Byłoby idealnie, gdyby człowiek przy człowieku równał się zawsze człowiekowi. Gdyby nikt nikogo nie cofał do roli drugoplanowej postaci, albo nie zsuwał jeszcze niżej - zamieniał człowieczeństwo w zezwierzęcenie, by inni mówili, że lepiej traktuje się psa. Mieli oboje takie samo podejście do zwierząt, do traktowania ich jak członków rodziny. Ale miłość? Laurent zrozumiał, co to miłość - ta prawdziwa i głęboka. Poczuł ją całym sobą, kiedy motyle fruwały w brzuchu i gdy rumieniłeś się na każde słówko, jakie padało z ust z drugiej strony. Wiedział, jak to jest się zakochać. Powiedziałby też, że wie, czym jest miłość rodzicielska - i jednocześnie czym jest ból, kiedy ten rodzic cię odtrąca. Tak pojawiały się pierwsze niepewności i kompleksy - nie wynoszone z placu zabaw, a z własnego domu. Przygany i nakazy, tłuczenie do głowy prawd życiowych, chodzenie od linijki, żeby zostać zauważonym i docenionym, żeby nie żyć w cieniu drugiej osoby. Ten doping mógł być wtedy rozumiany na różne sposoby. Chodziło w końcu o to samo - żeby dziecko się pięknie rozwijało i pokonywało swoje własne limity. Nawet teraz Edward go tak chętnie "dopingował".
- Niee, w żadnym wypadku nie będzie to przesada. - Mógłby chyba godzinami, z pasją, opowiadać o swoim najlepszym przyjacielu, jakim był Michael, Dumie, reszcie abraksanów i istotach z New Forest. Olivia należała do tego grona, które z przejęciem by słuchały - bo zawsze ją to wszystko ciekawiło, zawsze podpytywała. To było niesprawiedliwe z jego strony, że o wszystkim wyrażał się z takim minimalizmem, bo przecież... skoro Olivia chciała mu wybaczyć... nie, wróć. Ona mu wybaczyła - i z jakiegoś powodu przepraszała jego. Nie było przecież za co. Niczego złego mu nie wyrządziła, a dała mu garść pięknych wspomnień. - Ktoś wkradł się do New Forest, poplecznicy Śmierciożerców prawdopodobnie. Gonili miejscowego fachmistrza, który zbiegł do lasu. Próbowałem ich zatrzymać. Duma prawie oderwał rękę jednemu z nich. - Laurent mówiąc to uśmiechnął się tak przepraszająco, jakby było tu za co co przepraszać. To byli Śmierciożercy. Czy przesadą byłoby powiedzenie, że PODludzie? Pewnie nie. A jednak każdy zasługiwał na życie i nikt nie zasługiwał na bycie kaleką. A w tamtym momencie Laurent tylko patrzył, jak ta bestia prawie rozrywa ciało człowieka i nie potrafił z tym nic zrobić. Nie, nie że nie potrafił. Niczego z tym nie zrobił. Potem zmywał krew z psa, który uradowany machał ogonem i lizał go po twarzy. I pochwalił go. Oczywiście, że go pochwalił, choć wcale nie chciał chwalić. Nie mógł spać - wymiotował ze stresu i przerażenia tego, co przyszło mu zobaczyć. - Sprawa trafiła do biura aurorów. Nie wiem jednak, czy posunęła się do przodu. - Mógł dowiadywać się wielu rzeczy, jakoś tak to wyszło, że kuzyn, który był mu jak brat i przyjaciółka, jaką była Victoria, pracowali jako aurorzy. Nie wspominając o drugim kuzynie czy o znajomym Alastorze, który... wyłowił go kiedyś siecią, kiedy hasał w foczej skórze po morzu. To był jeden z dziwniejszych początków znajomości, jakie miał. W każdym razie jakoś tak to wychodziło, że miał aż nadmiernie dużo znajomości w biurze aurorów. Żadnej z tych znajomości nie chciał jednak nadużywać. - Wyprowadzasz się? - Zapytał z lekkim zdziwieniem i zainteresowaniem zarazem. Olivia była dość mocno uzależniona od swojej rodziny, która lubiła mówić "ale wróć przed 22" i tym podobne rzeczy. Było to słodkie, ale jednocześnie... bardzo dziwne. Olivia była dojrzałą kobietą, nie dzieckiem. - A co z twoją pracą? - Miał na myśli to, że pracowała razem z mamą i czy nadal to będzie robić. Bo pierwsze co przyszło mu do głowy to to, że wyprowadza się właśnie za pracą. - Dokąd się wyprowadzasz? Nadal Londyn? - Czy może wybrała sobie zacisze, gdzie będzie miała wielki ogród i... pare memortków zdobiących ulubioną jabłoń, którą zasadzi.
Olivia całkowicie źle odebrała jego zdanie. Bo nie chciał tego w zasadzie ucinać, a jedynie zasygnalizować, że to długa opowieść... i może niekoniecznie na kawiarnię. Nie na teraz, nie na dziś. Nie zauważył jednak tego wycofania z jej strony, raczej odebrał to jako oczekiwanie na ciąg dalszy. Głównie dlatego tak wyrwały go z zamyślenia nad tym wszystkim, nad tym, co powiedzieć, te następne słowa.
- Jakoś nie potrafię chować uraz. Chyba jest tylko jedna osoba, której udało się doprowadzić do tego, że mam do niej żal i nie chce jej widzieć. I jest to właśnie Aydaya. - Szybko wybaczał. Kończył zazwyczaj na tym, że było mu żal drugiej strony. Wszystko usprawiedliwiał i dla wszystkich znajdował powód ich czynów, które jakoby ich rozgrzeszały. A czasem rozgrzeszenia nie było, a jednak bardziej było mu żal tych ludzi, niż siebie samego. Ostatni czasy jednak użalanie się nad sobą samym wychodziło mu naprawdę wybitnie. - Wpadłem w serię bardzo niefortunnych wydarzeń, szczególnie kiedy rozpoczął się czerwiec. Na początku tego miesiąca ledwo wyszedłem z krytycznego stanu z Munga tylko po to, żeby znowu skończyć w stanie krytycznym przykuty do łóżka. A niedawno zwabił mnie zew morza na nawiedzony statek pełen nieumarłych. - Uśmiechnął się smętnie, stukając opuszkiem w filiżankę. - Więc... jest dość... ciężko. - Obrócił głowę w stronę okna, wypowiadając te słowa z lekkim zamyśleniem. Było to niezłe niedopowiedzenie dramatu, jaki się toczył. - Nie chciałbym cię martwić i wprowadzać grobowej atmosfery. Twój list był bardzo miły, naprawdę. I jeszcze milsza jest możliwość napicia się z tobą herbaty. Przebiłoby to tylko zaproszenie na herbatę parzoną przez ciebie. - Uśmiechnął się do kobiety, spoglądając na jej okrągłą twarzyczkę.