Tak, dzieci kochały warunkowo. Potrafiły nazwać ojcem tego, kto więcej się nim zajmował i to jego za rodzica uznać. Kto dawał im więcej miłości. A potem była miłość patologiczna, w której kochałeś rodzica, chociaż był zwykłą kurwą. Chociaż nie wiesz, czemu i jakim cudem w ogóle cię wykarmił i odział, bo wychowałeś się sam, zasłaniając się rękoma przed latającymi talerzami. Dziś znaleźliby na to mnóstwo usprawiedliwień. Choroba tarczycy, hormony, stres, depresja. Biedna matka, ma jeszcze takiego męża, nic dziwnego, że odreagowuje... a dziecko na pewno kocha, bo przecież mówi wszem i wobec, jakiego ma wspaniałego synka. I to nie tak, że Cain naiwnie wierzył we wspaniałego ojca Flynna. On wierzył, że Flynn miałby szansę, gdyby miał pomoc. A za tą pomoc, arogancko, uważał siebie samego. Pomógłby mu. Nauczył. Zapewnił stabilność. Tak, tak, byłby tym, co daje ryby, ale wędki nie pomijał - ją też by przynosił i namawiał namolnie, żeby połowili razem. Był tak zapatrzony we Flynna, że tak, jak zawsze wypatrywał własną śmierć i niepowodzenie, tak w jego oczach widział nadzieję na coś lepszego. Dla niego. I dla samego siebie też.
Nauczenie się kogoś nie było minutą. Nie było nawet całym dniem. To były całe miesiące, które rodziły w swoich związkach lata. Takie to niepokorne i niegrzeczne dzieci, że pozwalały nam więcej cieszyć się sobą wzajem i jednocześnie zamieniały piękne twarze, znacząc je zmarszczkami. Sprawiedliwość była sprzedajną ladacznicą, której omyłkowo wręczono miecz i wagę, by mogła ścinać głowy tych, co padali przed nią na kolana jak i tych, którzy próbowali uciekać. Cain nie próbował. Zamiast tego mówił: nie, to nie tego Caina Bletchleya szukałaś" z tym swoim niezmiennie sympatycznym uśmiechem, który mógł sprzedać każdemu. Flynnowi też mógłby go sprzedawać. Mógłby sprzedawać mu swoje usta i mógłby cieszyć się fizycznymi zbliżeniami, a potem nie myśleć o tym, żeby wytrzeć mu włosy, nie zastanawiałby się, czy jednak nie było mu chłodno, albo co mógłby zrobić, żeby było lepiej. Jak blisko musiał być i jak często, żeby było najlepiej. Odpowiedzialność za drugiego człowieka, nad którą Fleamont poświęcił chwilę (wiele chwil) zastanowienia była bezradna w obliczu tej pannicy Sprawiedliwości. Wzruszała ramionami i spoglądała od jednego do drugiego. Chcieli wziąć za siebie odpowiedzialność, ale czy w zasadzie potrafili? Miecz lśnił na górze. Dzisiaj mogły się posypać głowy pod nogi tej Ślepej Kurwy o dźwięcznym, nadanym przez Greków imieniu Temida.
Brzmiało to strasznie dramatycznie, a wyglądało jeszcze gorzej. Och, nie... Brwi Caina opadły w dół w zmartwieniu. Tak jak ze zmartwieniem teraz przesunął dłońmi po ramionach tego kruchego człowieka, który zawsze potrafił być taki pyskaty. Chciał złapać go za nadgarstki, żeby nie chował twarzy, żeby nie chował się tak, jakby było przed czym. Ale może tego właśnie potrzebował? Nie, nie chciał pozwolić mu na ucieczkę, nie teraz, nie tu.
- Flynn, nie... - nie płacz. Zdanie nie zostało dokończone, tak jak nie oderwał od głowy czarnowłosego jego własnych rąk. Fleamont uciekł przed dotykiem i uciekł przed odtrąceniem. Tak, dystans potrafił być bardzo zimny. Tak zimny, że Caina przeszedł dreszcz, choć przysiągłby, że to przez chłód nocnego powietrza wpadającego tu z okna. I tak z tym chceniem było, że chce się bardzo wiele. Zmartwione oczy wbite w Edga mówiły bardzo wiele słów, które były zmiętą papką w jego głowie. Krążyły tam będąc wszystkim i będąc niczym jednocześnie. Chciał wybrać odpowiednie słowa, chciał teraz podejść, objąć go znowu, uspokoić, powiedzieć, że przecież niczego nie kończy, tylko mówi, że chciałby nawet więcej. Tylko to wszystko było za wolne wobec huraganu, którego wycie zapowiadały słowa Flynna. I potem ta groźba. Groźba, która go przeszyła. Już był pewien, że to wcale nie było zimno powietrza, bo nawet ta wyciągnięta za Fleamontem dłoń mu lekko drżała. Cisza zabijała. Odpowiedź była taka prosta i oczywista. Milczał nie dlatego, że nie znał odpowiedzi, a dlatego, że nagle te wszystkie słowa, jakie miał, zostały rozbite w pył. Zniknęły. Już nie było kotłowaniny, z której trzeba wybrać perły, które byłyby (jego zdaniem) dla Flynna najcenniejsze, a i tak na nic ten wybór, bo naprawdę ten mężczyzna go otępiał i robił z niego jakiegoś nieporadnego kalekę we wszystkich jego staraniach i próbach poruszania się w czymś... nowym. W relacji, w której dopuszczał kogoś tak boleśnie blisko siebie, jak nikogo na świecie. W relacji, w której machał ogonem, gdy po tylu latach mógł go zobaczyć i znów z nim porozmawiać, ale te słowa "bo stąd wyjdę" wyły w jego czaszce wściekle, bez opamiętania. - Chciałem ci powiedzieć - zaczął cicho, ostrożnie - że chciałbym ci oddać wszystko. Próbuję dać ci wszystko. Ale ty mi nigdy wszystkiego nie oddasz. - Był o tym święcie przekonany. Bo Flynn był kotem, a koty chodziły swoimi ścieżkami. Więc tak - musiał pozwalać temu odchodzić i wracać, ale Dobry Boże, nie chciał wpaść w pułapkę własnego mózgu. - Kocham cię, Fleamoncie. Nigdy nie było takiego dnia, w którym bym przestał. - Opuścił dłoń, mając wrażenie, że Flynn jest dla niego nieosiągalny. Nie chciał pożądać czegoś nieosiągalnego i nie był na tyle marzycielem, żeby snuć sobie ułudne historie o happily ever after. - Robisz ze mnie obrzydliwie nieporadnego człowieka. - Chociaż alkohol robił swoje. Cain był teraz cały napięty, starając się kontrolować bodźce i emocje, które w niego próbowały uderzać i doprowadzić go... do czegoś. Sam nie wiedział, do czego. Pewnie do stanu podobnego, w jakim stykali się ze sobą czasem z matką.