30.01.2024, 20:46 ✶
- To jak mój brat. Wszystkie ważne zaznaczam mu na wszelki wypadek w kalendarzu - roześmiała się Brenna, która może i tych historycznych nie pamiętała, ale już urodzin i ważnych rocznic krewnych i znajomych starała się pilnować. Nie wspominając o tych pracowych, w rodzaju "rozprawa tego i tego będzie 3 sierpnia" albo "raporty muszą trafić na biurko Bonesa w piątek do dwunastej".
*
- O... dobrze, że mówisz. Wprawdzie żadnemu nie dawałam czekolady, ale Gałgan ostatnio koniecznie chciał poczęstować się czekoladowym ciastem? Istnieje szansa, że prędzej czy później bym uległa...
Nie znała się na zwierzętach. To znaczy, oczywiście, wiedziała jak zajmować się psami, na tym poziomie, na którym wiedziała większość ludzi - a może nawet większym, bo psy Longbottomów sypiały w domu, miały swoje posłania, którymi mogły pogardzić na rzecz kanap i łóżek, wszystkie zostały po adoptowaniu wykąpane oraz odpchlone i dostawały trzy razy dziennie jedzenie, i to nie resztki ze stołu. Co w latach siedemdziesiątych nie było takie oczywiste. Brenna jednak nie miała zielonego pojęcia, że czekolada może być dla nich aż tak szkodliwa... Bo jasne, dla ludzi też nie była zdrowa, dlatego Brenna nie uległa błagalnym spojrzeniom psa ostatnio, ale żeby była aż tak niebezpieczna...?
- Nie jestem pewna - przyznała uczciwie, kiedy Olivia spytała, co widziała. - Nie wyglądało jak turysta, ale mogło być grą światła i cieni. Albo wytworem mojej zbyt bujnej wyobraźni.
Nie rozglądała się nawet, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze patrzył w okno. Była pewna, że jeśli nawet coś tu było, to niewidzialne dla mugoli: inaczej ktoś z turystów lub mieszkańców Tower musiałby zwrócić na to uwagę już dawno temu. Nie oderwała więc wzroku do okna, nie dostrzegła już jednak niczego więcej.
To mogła być wyobraźnia.
Ale Brenna nie byłaby sobą, gdyby nie chciała tego sprawdzić. Nie tylko Olivia była ciekawa, czy coś faktycznie kryło się we wnętrzu kaplicy. Longbottom uśmiechnęła się więc tylko z rozbawieniem na sugestię, że ktoś może potrzebować pomocy, bo ależ Quirke dawała jej piękny pretekst – bez którego i tak przecież by się tam wpakowała, bo po prostu nie zdołałaby się powstrzymać…
- Chyba wolno tam wchodzić. Najwyżej ktoś weźmie nas za wariatki albo Strażnicy wyrzucą nas stąd na kopach, jak zacznę szukać nie wiadomo czego nie wiadomo po co.
Ruszyła ku wejściu, gotowa, gdyby ktoś spróbował je zatrzymać, po prostu zapewniać, że sądziła, że ta część kompleksu jest otwarta dla zwiedzających. Być może tak faktycznie było - a może tylko miały szczęście – bo nikt nie stanął im na drodze. Brenna pchnęła drzwi wejściowe i chociaż normalnie rozglądałaby się po wnętrzu, szczególnie dużo uwagi poświęcając ołtarzowi, tym razem jej wzrok niemal natychmiast powędrował ku oknu, gdzie – jak się jej zdawało – widziała wcześniej ruch.
Tym razem to Olivii zdało się, że coś mignęło jej w ciemnym kącie – ale może był to jakiś turysta albo gra światła…?
*
- O... dobrze, że mówisz. Wprawdzie żadnemu nie dawałam czekolady, ale Gałgan ostatnio koniecznie chciał poczęstować się czekoladowym ciastem? Istnieje szansa, że prędzej czy później bym uległa...
Nie znała się na zwierzętach. To znaczy, oczywiście, wiedziała jak zajmować się psami, na tym poziomie, na którym wiedziała większość ludzi - a może nawet większym, bo psy Longbottomów sypiały w domu, miały swoje posłania, którymi mogły pogardzić na rzecz kanap i łóżek, wszystkie zostały po adoptowaniu wykąpane oraz odpchlone i dostawały trzy razy dziennie jedzenie, i to nie resztki ze stołu. Co w latach siedemdziesiątych nie było takie oczywiste. Brenna jednak nie miała zielonego pojęcia, że czekolada może być dla nich aż tak szkodliwa... Bo jasne, dla ludzi też nie była zdrowa, dlatego Brenna nie uległa błagalnym spojrzeniom psa ostatnio, ale żeby była aż tak niebezpieczna...?
- Nie jestem pewna - przyznała uczciwie, kiedy Olivia spytała, co widziała. - Nie wyglądało jak turysta, ale mogło być grą światła i cieni. Albo wytworem mojej zbyt bujnej wyobraźni.
Nie rozglądała się nawet, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze patrzył w okno. Była pewna, że jeśli nawet coś tu było, to niewidzialne dla mugoli: inaczej ktoś z turystów lub mieszkańców Tower musiałby zwrócić na to uwagę już dawno temu. Nie oderwała więc wzroku do okna, nie dostrzegła już jednak niczego więcej.
To mogła być wyobraźnia.
Ale Brenna nie byłaby sobą, gdyby nie chciała tego sprawdzić. Nie tylko Olivia była ciekawa, czy coś faktycznie kryło się we wnętrzu kaplicy. Longbottom uśmiechnęła się więc tylko z rozbawieniem na sugestię, że ktoś może potrzebować pomocy, bo ależ Quirke dawała jej piękny pretekst – bez którego i tak przecież by się tam wpakowała, bo po prostu nie zdołałaby się powstrzymać…
- Chyba wolno tam wchodzić. Najwyżej ktoś weźmie nas za wariatki albo Strażnicy wyrzucą nas stąd na kopach, jak zacznę szukać nie wiadomo czego nie wiadomo po co.
Ruszyła ku wejściu, gotowa, gdyby ktoś spróbował je zatrzymać, po prostu zapewniać, że sądziła, że ta część kompleksu jest otwarta dla zwiedzających. Być może tak faktycznie było - a może tylko miały szczęście – bo nikt nie stanął im na drodze. Brenna pchnęła drzwi wejściowe i chociaż normalnie rozglądałaby się po wnętrzu, szczególnie dużo uwagi poświęcając ołtarzowi, tym razem jej wzrok niemal natychmiast powędrował ku oknu, gdzie – jak się jej zdawało – widziała wcześniej ruch.
Tym razem to Olivii zdało się, że coś mignęło jej w ciemnym kącie – ale może był to jakiś turysta albo gra światła…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.