31.01.2024, 13:56 ✶
Oczywiście, że Irlandczyk nie był kimś, komu się ufało. Gdyby było inaczej, Robert nie przyszedłby do niego po informacje o Carrowie. Tutaj, na Ścieżkach, każdy miał swoją cenę, wyrażaną niekoniecznie w złocie. Dla wielu osób z Nocturnu liczyły się nie galeony (chociaż były one niezwykle mile widziane), a przysługi, informacje, doświadczenia. Związki, biznesy, umowy i konszachty. Jednak nie było takiej ceny, której nie dało się przebić inną, bardziej wartościową. I tak samo jak Robert nie ufał Devinowi, tak samo Devin nie ufał Robertowi.
Irlandczyk słuchał jednak uważnie tego, co Mulciber ma do powiedzenia. Wyciągnął łapy po co, co należało do Roberta… Okradł go? Zabrał coś cennego? Rudobrody wlepiał swoje niebieskie oczy w Mulcibera, który tłumaczył że tak naprawdę nie interesuje go sam Carrow, ale to, co mu zabrał. Irlandczyk wydawał się być przekonany tą wersją wydarzeń. Wątpił co prawda, by rzecz skradziona Mulciberowi była aż tak cenna, by pogrążyć też każdą jedną osobę, z którą współpracował, ale to tłumaczenie naprawdę do niego przemówiło.
I wtedy Robert znowu się odezwał. Niebieskie spojrzenie pociemniało, a sam Devin westchnął głośno i ciężko. Gdyby nie ta ostatnia groźba…
- Jakim cudem, kurwa, jeszcze żyjesz, Mulciber? - zapytał po długiej, specjalnie przeciąganej chwili milczenia. Sięgnął po papierosa i odpalił go od świeczki, w dupie mając mugolskie przesądy o marynarzach i morzu. Nie spuszczał jednocześnie wzroku z Roberta. Ach, to ostatnie zdanie… Niby ostrzeżenie, a groźba. - Politykiem to ty nigdy nie zostaniesz. Moja nastoletnia córka ma więcej oleju w głowie niż ty w tej chwili. Musiał dać ci w kość.
Zauważył, jakby próbując go usprawiedliwić przed samym sobą. To nie był Robert, którego znał wcześniej. Tamten Robert nie popełniał błędów, nie dawał się okradać i nie wpadał mu do biura, by wyrażać zawoalowane groźby. Gówno, mimo że było zawinięte w ozdobny papierek, nadal pozostawało gównem.
- Ze względu na naszą współpracę udam, że nie słyszałem tego ostatniego - rudy zaciągnął się papierosem, mrużąc oczy z przyjemności, która pojawiła się w chwili gdy gęsty, siwy dym wślizgnął się do przełyku i dalej - do płuc. Tym samym wyświadczał mu przysługę, bo przecież mógł zarzucić dupą i się obrazić, wykopać go na ulicę i zamknąć drzwi. Najwyraźniej jednak zauważył jakąś zmianę w zachowaniu Mulcibera, która go zaniepokoiła na tyle, że postanowił spłacić zaciągnięty dług. Zwłaszcza że nie chodziło Robertowi o radosne mordowanie kogo popadnie. - Wiem z kim jest i gdzie jest. Ale nie przypominam sobie, bym coś wiedział o skoku. Mniejsza. Dam ci adres, ale jak chcesz z nim gadać, musisz być bardziej przekonujący niż w rozmowie ze mną. A sądząc po tym, co słyszałem przed chwilą i co mówiłeś sekundę temu, to wybitnie nie masz dzisiaj szczęścia w gadaniu. Chyba że masz coś, czym go przekonasz do oddania twojej własności?
Irlandczyk słuchał jednak uważnie tego, co Mulciber ma do powiedzenia. Wyciągnął łapy po co, co należało do Roberta… Okradł go? Zabrał coś cennego? Rudobrody wlepiał swoje niebieskie oczy w Mulcibera, który tłumaczył że tak naprawdę nie interesuje go sam Carrow, ale to, co mu zabrał. Irlandczyk wydawał się być przekonany tą wersją wydarzeń. Wątpił co prawda, by rzecz skradziona Mulciberowi była aż tak cenna, by pogrążyć też każdą jedną osobę, z którą współpracował, ale to tłumaczenie naprawdę do niego przemówiło.
I wtedy Robert znowu się odezwał. Niebieskie spojrzenie pociemniało, a sam Devin westchnął głośno i ciężko. Gdyby nie ta ostatnia groźba…
- Jakim cudem, kurwa, jeszcze żyjesz, Mulciber? - zapytał po długiej, specjalnie przeciąganej chwili milczenia. Sięgnął po papierosa i odpalił go od świeczki, w dupie mając mugolskie przesądy o marynarzach i morzu. Nie spuszczał jednocześnie wzroku z Roberta. Ach, to ostatnie zdanie… Niby ostrzeżenie, a groźba. - Politykiem to ty nigdy nie zostaniesz. Moja nastoletnia córka ma więcej oleju w głowie niż ty w tej chwili. Musiał dać ci w kość.
Zauważył, jakby próbując go usprawiedliwić przed samym sobą. To nie był Robert, którego znał wcześniej. Tamten Robert nie popełniał błędów, nie dawał się okradać i nie wpadał mu do biura, by wyrażać zawoalowane groźby. Gówno, mimo że było zawinięte w ozdobny papierek, nadal pozostawało gównem.
- Ze względu na naszą współpracę udam, że nie słyszałem tego ostatniego - rudy zaciągnął się papierosem, mrużąc oczy z przyjemności, która pojawiła się w chwili gdy gęsty, siwy dym wślizgnął się do przełyku i dalej - do płuc. Tym samym wyświadczał mu przysługę, bo przecież mógł zarzucić dupą i się obrazić, wykopać go na ulicę i zamknąć drzwi. Najwyraźniej jednak zauważył jakąś zmianę w zachowaniu Mulcibera, która go zaniepokoiła na tyle, że postanowił spłacić zaciągnięty dług. Zwłaszcza że nie chodziło Robertowi o radosne mordowanie kogo popadnie. - Wiem z kim jest i gdzie jest. Ale nie przypominam sobie, bym coś wiedział o skoku. Mniejsza. Dam ci adres, ale jak chcesz z nim gadać, musisz być bardziej przekonujący niż w rozmowie ze mną. A sądząc po tym, co słyszałem przed chwilą i co mówiłeś sekundę temu, to wybitnie nie masz dzisiaj szczęścia w gadaniu. Chyba że masz coś, czym go przekonasz do oddania twojej własności?