31.01.2024, 16:26 ✶
- Czyjego? - odparła Brenna odruchowo. W jej głosie pobrzmiewała odrobina rozbawienia: wydawało się, że nie wpływała nijak na nią ta atmosfera rodem z horrorów.
- Tak szczerze, to nie - szepnęła, kiedy Olivia schowała się za jej plecami spytała, czy Brenna spodziewa się poltergeista. Takiego obecność mugole chyba by odnotowali i ktoś wezwałby tutaj ministerstwo? - Może to jakiś trochę specyficzny duch, który umie trochę wpływać na otoczenie? - zastanowiła się, wciąż szeptem. Nie znała się na duchach: wiedziała tylko, że choć najczęściej zdarzały się takie jak w Hogwarcie, które same zawróciły nim przeszły na drugą stronę, to bywają i bardziej... specyficzne przypadki.
- Niestety, jestem pewna - przyznała, z odrobiną żalu, bo moce telekinetyczne, nie wymagające użycia różdżki, bardzo by się jej przydały. W pracy byłyby nieocenione, a ile można by z nimi zrobić w Zakonie? Na nieszczęście: nie miała niczego wspólnego ze spadkiem talerzyka.
Przez kaplicę przeszedł podmuch zimnego powietrza. Brenna rozejrzała się, poszukując jego źródła i tym razem w ciemnym kącie faktycznie dostrzegła kobietę: półprzezroczysta zjawa przemknęła przez kaplicę, kierując się ku ołtarzowi. W locie obróciła się, spoglądając na dwie czarodziejki wielkimi, ciemnymi oczyma. Na jej szyi znaczyły się ślady, świadczące o tym, że prawdopodobnie gdyby zechciała, mogłaby zrobić dokładnie to, o czym marzył Nick: zdjąć głowę z ramion. Nie była ubrana we wspaniałe szaty, a ubranie, w którym zapewne została poprowadzona na szafot.
I tym razem Brenna wzdrygnęła się mimowolnie, bo trochę co innego pleść o zbrodniach dokonanych w Tower wiele, wiele lat temu, a co innego zobaczyć ofiarę takiej na własne oczy.
Ona nie żyje.
Jest tylko echem, powiedziała sobie Brenna, chociaż odruchowo wyprostowała się, a jej dłoń spoczęła bliżej różdżki.
Kobieta jednak nie zaczęła ciskać w nich talerzami. Nie odezwała się też – najwyraźniej nie chciała żadnej pomocy, a może nie wierzyła, że te mogą jej udzielić. Przeniknęła po prostu przez ołtarz i znikła gdzieś pod ziemią.
– No to… Tower chyba naprawdę jest nawiedzone – powiedziała w końcu Brenna, przynajmniej częściowo odzyskując rezon, chociaż wciąż czuła się odrobinę nieswojo. – Chyba trochę odechciało mi się rozglądania po tej kaplicy – dodała, odruchowo spoglądając w dół.
Kto wie.
Może kości tej kobiety spoczywały gdzieś pod nimi, pośród ciał setek niezidentyfikowanych ofiar, które postradały swoje życie w tym więzieniu – pałacu.
- Tak szczerze, to nie - szepnęła, kiedy Olivia schowała się za jej plecami spytała, czy Brenna spodziewa się poltergeista. Takiego obecność mugole chyba by odnotowali i ktoś wezwałby tutaj ministerstwo? - Może to jakiś trochę specyficzny duch, który umie trochę wpływać na otoczenie? - zastanowiła się, wciąż szeptem. Nie znała się na duchach: wiedziała tylko, że choć najczęściej zdarzały się takie jak w Hogwarcie, które same zawróciły nim przeszły na drugą stronę, to bywają i bardziej... specyficzne przypadki.
- Niestety, jestem pewna - przyznała, z odrobiną żalu, bo moce telekinetyczne, nie wymagające użycia różdżki, bardzo by się jej przydały. W pracy byłyby nieocenione, a ile można by z nimi zrobić w Zakonie? Na nieszczęście: nie miała niczego wspólnego ze spadkiem talerzyka.
Przez kaplicę przeszedł podmuch zimnego powietrza. Brenna rozejrzała się, poszukując jego źródła i tym razem w ciemnym kącie faktycznie dostrzegła kobietę: półprzezroczysta zjawa przemknęła przez kaplicę, kierując się ku ołtarzowi. W locie obróciła się, spoglądając na dwie czarodziejki wielkimi, ciemnymi oczyma. Na jej szyi znaczyły się ślady, świadczące o tym, że prawdopodobnie gdyby zechciała, mogłaby zrobić dokładnie to, o czym marzył Nick: zdjąć głowę z ramion. Nie była ubrana we wspaniałe szaty, a ubranie, w którym zapewne została poprowadzona na szafot.
I tym razem Brenna wzdrygnęła się mimowolnie, bo trochę co innego pleść o zbrodniach dokonanych w Tower wiele, wiele lat temu, a co innego zobaczyć ofiarę takiej na własne oczy.
Ona nie żyje.
Jest tylko echem, powiedziała sobie Brenna, chociaż odruchowo wyprostowała się, a jej dłoń spoczęła bliżej różdżki.
Kobieta jednak nie zaczęła ciskać w nich talerzami. Nie odezwała się też – najwyraźniej nie chciała żadnej pomocy, a może nie wierzyła, że te mogą jej udzielić. Przeniknęła po prostu przez ołtarz i znikła gdzieś pod ziemią.
– No to… Tower chyba naprawdę jest nawiedzone – powiedziała w końcu Brenna, przynajmniej częściowo odzyskując rezon, chociaż wciąż czuła się odrobinę nieswojo. – Chyba trochę odechciało mi się rozglądania po tej kaplicy – dodała, odruchowo spoglądając w dół.
Kto wie.
Może kości tej kobiety spoczywały gdzieś pod nimi, pośród ciał setek niezidentyfikowanych ofiar, które postradały swoje życie w tym więzieniu – pałacu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.