Spokojnie. Powtarzał sobie jak mantrę w głowie. Trudne tematy zawsze wywoływały reakcję zwrotną, podnosiły ciśnienie krwi, Flynn zawsze był wybuchowy i nerwowy, teraz jest jeszcze równie pijany co ty. Weź wszystko na spokojnie i nie myśl nadmiernie o tym, że to, co zostanie tutaj powiedziane czy szarpnięte w gniewie może być bardziej poważne, może być tak "naprawdę". Z drugiej strony przecież on sam mówił całkiem poważnie. I wiedział, że ta reakcja była równie poważna.
- Kto kogo zostawi? - Stał w tej samej pozycji, w tym samym miejscu, czując mocniejsze uderzenia serca i zmęczenie zacinającego się umysłu, nie bronił się nawet przed ręką, która szarpnęła go za koszulę. Stał tam też wtedy, kiedy go odepchnął i kiedy w swoim zwierzęcym wyciu cofnął się do reszty pokoju. Stał tak, kiedy w drugim mrugnięciu okiem był przy ścianie, przy oknie i spoglądał, jak to zranione zwierzę rzuca się po klatce, którą pozornie było jego mieszkanie. Prawdziwą klatką była tylko głowa Flynna. - Nie mów tak do mnie. - Nie chciał tego zapamiętywać. Nie chciał tego pamiętać. Nie chciał potem powtarzać w głowie tych obelg i gniewu, jakiegoś rodzaju nienawiści prowadzącej Flynna do autodestrukcji, która była w niego wymierzana. Jego własne demony, które wyciągał i obdarowywał nimi świat. Wtedy mniej bolało. Ale Cain nie chciał żyć jak jego matka, a miał wrażenie, że w tym momencie ta scena za bardzo to wszystko przypominała. Popychanie, napinanie pięści, jakby zaraz ktoś miał ci przywalić w twarz, krzyki i obelgi. Wyrzucanie gówna na drugą osobę, bo samemu nie chciało się słuchać i przyjąć niektórych rzeczy na fakty. Starał się akceptować i rozumieć, ale była taka granica, której naprawdę nie chciał przekroczyć, bo za nią... za nią już nie było niczego. Mógł prowadzić zjebane, nic nie warte życie, ale nawet w tym syfie miał minimalny szacunek do statusu Nikogo. - Nie, nie mówię o dziecku. - Odpowiedział ciągle tym samym przyciszonym, spokojnym głosem. Względnie spokojnym, bo wkładał wiele wysiłku w zachowanie odpowiedniego tonu. Gdyby powiedział coś głośniej to ten głos drżałby mu tak samo jak dłonie. Chciał podejść do tego odpowiednio, odpowiedzialnie, opanować sytuację, ale czuł się jak dziecko we mgle. Nie wiedział, czy krzyczeć, czy mówić coś mądrego, czy podejść do tego człowieka i go przytulić, czy może wyrzucić go za to, że zamieniał to wszystko w koszmar. W jego oczach niczym nie różnili się od jego rodziców w tym momencie. Ach... tak działają te dzieci z patologicznych rodzin? Pomyślał, zamykając w końcu okno, żeby te krzyki nie były słyszalne. Jakby w ogóle teraz cokolwiek miało to zmienić. Jakby nagle prywatność stała się istotna. Oni obaj. Choć w przypadku Flynna czy w ogóle można było mówić o rodzinie?
A potem trzasnęło szkło i Cain się aż skulił, chowając instynktownie głowę między ramiona, jakby ta butelka miała się rozbić tuż obok niego. Albo co gorzej - na nim. Dopiero po pięciu sekundach zorientował się, że wstrzymuje oddech i nabrał głębszej dawki tlenu, szerzej otwartymi powiekami wpatrując się w podłogę. Uniósł głowę. Uniósł spojrzenie na Fleamonta, który przy tym trzasku się zatrzymał. Zatrzymał się też Flynn. W zastoju nie była tylko resztka wina spływająca po ścianie.
W ciszy obserwował, jak ten się ubiera, czekając na cokolwiek. Znak od Boga, chichot Diabła, trzaśnięcie drzwi, jak Fleamont sam poradziłby sobie z wyjściem. W końcu, w tej pustce swoich myśli, białym szumie dudniącym w bębenkach usznych, doczekał się słów. Ale jakich! Jakież to były słowa, jakież żądania! Cain bardzo chciał niedowierzać, chciał być bardzo zdziwiony, ale właśnie - nie dziwiło go to wcale. To było właśnie to kłamstwo, którym oplatał się i ten brak odpowiedzialności z jego strony, że jak zbity psiak w ogóle postanowił spojrzeć na Flynna.
- Pierdol się, Flynn. - Spoglądał teraz na niego z urazą. Nie mylić z: odrazą. To było poczucie zranienia, to szarpnięcie serca. - Nie potrafisz poradzić sobie z własnym brakiem zaufania i przerzucasz wszystkie oczekiwania na drugą osobę. TY tego potrzebujesz. Pomyślałeś, czego JA potrzebuję? - Był zły. Teraz był zły i to było widać w jego twarzy, która się napięła w rysach, w ściągniętych brwiach, w nerwowym ruchu rąk, kiedy pokazał na siebie samego. - Chciałbym żyć tak... tak codziennie jak ci opisałem. Poznawać cię, żyć... żyć. Chciałbym żyć i pomóc tobie. Sobie. Nie z dnia na dzień. - Sam zaczął się coraz mocniej trząść. Czuł, że stracił kontrolę - i teraz już sam też płakał. - Nie obracaj teraz kota ogonem, że to ja chce ciebie zostawiać! To wy nigdy niczego, kurwa, nie pamiętacie! Kurwa, niczego! Pierdolone uczucia są dla was jak pstryknięcie palcami. Obrażasz się i obrażasz mnie za to, że nawet nie potrafisz zaufać moim słowom, bo ty... ty mi po prostu nie ufasz. Nigdy nie ufałeś, bo nie ufasz sobie samemu. I jak JA mam ufać? Jak mam myśleć, że ty pokochasz mnie, skoro nienawidzisz i brzydzisz się samym sobą? Wyjdziesz stąd i pewnie pójdziesz do pięciu innych swoich kochanków, a ja będę musiał forsować swoje myśli do ucinania niewygodnych prawd, że... że jestem dla ciebie używką na dowartościowywanie się. Bo TY potrzebujesz. - Obrócił się, oddychając ciężej i wytarł twarz w koszulę, żeby potem potrzeć ją rękoma. - Widzisz... znalazłem cię po tylu latach i czekałem jak pies. Ale dla ciebie byłem tylko kimś, kto pewnie przyszedł sprawić kłopoty. - Dodał już ciszej, po wydechu.