24.11.2022, 19:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 20:05 przez Eden Lestrange.)
Do Williama:
Nie mogła pojąć, czy była to kwestia skradającego się coraz bliżej upojenia alkoholowego a razem z nim nieposkromionej buty, czy raczej problem leżał we wrodzonym skurwysyństwie Eden. Swoją drogą to drugie po paru promilach i tak zaczynało biegać wolno, więc obydwie odpowiedzi mogły być poprawne. W każdym razie złamała obietnicę o działaniu w dobrej wierze, którą sama wymusiła na Williamie, chcąc, by odbudowali to małżeństwo. Czy była hipokrytką? Owszem, jeszcze jak. Nie miała żadnych logicznych kontrargumentów, nic na swoje wytłumaczenie. Oczywiście mogła zachować się po szczeniacku, tupnąć nogą, oświadczyć mężowi, że należało mu się, bo ją zdenerwował i podał w wątpliwość jej zdolność poprawnej oceny sytuacji. Jednak, między Merlinem a prawdą, po ostatnim koncertowym załamaniu psychicznym miał pełne prawo nie ufać w stabilność mentalną żony.
I w sumie dobrze zrobił.
Wzdrygnęła się, kiedy szkło pękło w rękach Willa. Odruchowo odsunęła się krok do tyłu, patrząc to na dłonie męża, to na kawałki kieliszka spadające na parkiet. Chciała zapytać "zgłupiałeś?", już czuła, jak nagana przeciskała się przez zaciśnięte zęby, ale kiedy spostrzegła krople krwi na palcach mężczyzny, nagła chęć pomocy mu i troska o niego wypłukała zbierający się w ustach jad.
Niestety nie miała okazji zapytać, czy wszystko w porządku.
Zachłysnęła się powietrzem, słysząc szowinistyczną zagrywkę męża. Po wielu osobach spodziewała się takiego tekstu, ale nie po Williamie. Przepełniony goryczą grymas wpłynął na twarz Eden, wyglądała przez ułamek sekundy, jakby szczerze chciała się rozpłakać na środku sali balowej, ale dzielnie przełknęła ślinę, wyprostowała się niczym struna i zacisnęła usta w szczelną, wąską kreskę. Nie da mu po raz drugi tej satysfakcji i nie uroni ani jednej łzy z jego powodu. Nie umiała przegrywać, ale to nie zmieniało faktu, że zdawała sobie sprawę z własnej porażki tego wieczoru. Chciała prawdziwego mężczyzny i go dostała. Szkoda tylko, że z tego wszystkiego zapomniała, że prawdziwi, rasowi mężczyźni, to jebane świnie.
Dobrze, że w tym momencie ją opuścił, bo namiętnie zaczęła się zastanawiać, jak szybko byłaby w stanie zamordować człowieka łopatką do nakładania ciasta, a ta była w niebezpiecznie bliskim zasięgu. Uniosła dłoń, lecz zatrzymała się w powietrzu, zastanawiając się, czy warto w tym momencie dać się ponieść emocjom. Opuściła dłoń. Doszła do wniosku, że nie, bo żadna wojna jeszcze nie została wygrana w gniewie. Na dodatek błyskawicznie przetrzeźwiała i równie szybko zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie musiałaby się zastanawiać nad konsekwencjami morderstwa w afekcie, gdyby czasem zastanowiła się nad tym, co mówi.
Bober i spółka:
Ogłoszenie zwycięzcy licytacji odwróciło uwagę jasnowłosej od wewnętrznego konfliktu. Nie cieszyła się szczęściem Elliotta, co to, to nie, niemniej zadowolił ją fakt, że przynajmniej wszystko zostało w rodzinie. Chciała zapytać bliźniaka, co podkusiło go do zmarnowania takiej sumy na kolację z Longbottomem, a więc zaczęła z wolna zmierzać w jego kierunku podczas trwania koncertu. Niemniej, wraz z pierwszymi dźwiękami wydanymi przez śpiewającą kobietę, zatrzymała się w miejscu i gapiła się w nią wręcz zauroczona, ni stąd, ni zowąd odnajdując w sobie nagle pasję do muzyki. A może po prostu chodziło o to, że Eden zwracała uwagę na kobiety w równie intensywny sposób, co mężczyźni?
Niestety występ został przerwany w nader nieprzyjemny sposób, co wytrąciło ją z transu i pozwoliło wrócić do przepychania się między gośćmi.
Usłyszała znajomy krzyk; błyskawicznie zwróciła ku niemu wzrok, jednak to nie Moody najpierw przyciągnął jej uwagę. Skąd u licha na sali wziął się bóbr? Czy to któryś z animagów, czy zwyczajny najazd szkodników? A może to jeden z gości, jakiś przyjaciel Brenny? Wyglądała jak ktoś, kto z desperacji przyjaźniłby się z kimkolwiek i czymkolwiek, może akurat ten bóbr był w stanie wysłuchać jej niekończące się paplanie, bo nic z tego nie rozumiał?
W normalnych warunkach pewnie zaniosłaby się perfidnym śmiechem, gdy stworzenie zaczęło obgryzać laskę Percy'ego jak kolbę kukurydzy, jednak uwaga Eden wróciła do pierwotnego punktu wyjścia. Odwróciła wzrok z powrotem na Alastora, który ewidentnie nabzdryngolony do reszty próbował zgrywać bohatera. Swoim krzykiem zwrócił na siebie całą uwagę, a nawet sprawił, że ucichła muzyka. Westchnęła ciężko, widząc próby rzucania zaklęcia. Nie miała pojęcia, co go skłoniło do zrobienia z siebie kretyna, ale wyszło mu koncertowo. Dosłownie.
Zaszła starego przyjaciela od tyłu (właściwie to elegancko podbiegła, by za nim nadążyć), chcąc położyć mu dłonie na ramionach. Zrobiła to w miarę delikatnie, starając się Alastora nie wystraszyć - wiedziała, że jego dewizą była stała czujność, lecz obawiała się, że jej obecny stan był raczej ciekły niż stały, gwoli dopasowania się do ilości alkoholu płynącego w żyłach aurora. Toteż wolała podejść do sprawy ostrożnie, żeby czasem z przestrachu nie odwinął jej prosto w nos. Doskonale wiedziała, że jak jej przywali, to ją na miejscu zabije.
- Alastor - zaczęła, zdawać by się mogło, spokojnie. - Wybacz, że zadam ci takie niedyskretne, acz dość istotne pytanie - kontynuowała, zaciskając mocniej palce na jego ramionach. - Ale co ty, kurwa, wyprawiasz? - zapytała cicho, tak między nimi, dochodząc wreszcie do sedna sprawy. Spojrzała na Moody'ego z konsternacją, która naprawdę musiała być spora, skoro z ust pani Lestrange wydostało się przekleństwo. Nie była zła, ale zdecydowanie wolała zabrać go z centrum uwagi, zanim oślepią go światła fleszy. Coś przeczuwała, że nie będzie bawił się wybitnie dobrze w pracy, widząc, jak cała reszta jego współpracowników czyta o jego popisie w jutrzejszym Proroku Codziennym.
Nie mogła pojąć, czy była to kwestia skradającego się coraz bliżej upojenia alkoholowego a razem z nim nieposkromionej buty, czy raczej problem leżał we wrodzonym skurwysyństwie Eden. Swoją drogą to drugie po paru promilach i tak zaczynało biegać wolno, więc obydwie odpowiedzi mogły być poprawne. W każdym razie złamała obietnicę o działaniu w dobrej wierze, którą sama wymusiła na Williamie, chcąc, by odbudowali to małżeństwo. Czy była hipokrytką? Owszem, jeszcze jak. Nie miała żadnych logicznych kontrargumentów, nic na swoje wytłumaczenie. Oczywiście mogła zachować się po szczeniacku, tupnąć nogą, oświadczyć mężowi, że należało mu się, bo ją zdenerwował i podał w wątpliwość jej zdolność poprawnej oceny sytuacji. Jednak, między Merlinem a prawdą, po ostatnim koncertowym załamaniu psychicznym miał pełne prawo nie ufać w stabilność mentalną żony.
I w sumie dobrze zrobił.
Wzdrygnęła się, kiedy szkło pękło w rękach Willa. Odruchowo odsunęła się krok do tyłu, patrząc to na dłonie męża, to na kawałki kieliszka spadające na parkiet. Chciała zapytać "zgłupiałeś?", już czuła, jak nagana przeciskała się przez zaciśnięte zęby, ale kiedy spostrzegła krople krwi na palcach mężczyzny, nagła chęć pomocy mu i troska o niego wypłukała zbierający się w ustach jad.
Niestety nie miała okazji zapytać, czy wszystko w porządku.
Zachłysnęła się powietrzem, słysząc szowinistyczną zagrywkę męża. Po wielu osobach spodziewała się takiego tekstu, ale nie po Williamie. Przepełniony goryczą grymas wpłynął na twarz Eden, wyglądała przez ułamek sekundy, jakby szczerze chciała się rozpłakać na środku sali balowej, ale dzielnie przełknęła ślinę, wyprostowała się niczym struna i zacisnęła usta w szczelną, wąską kreskę. Nie da mu po raz drugi tej satysfakcji i nie uroni ani jednej łzy z jego powodu. Nie umiała przegrywać, ale to nie zmieniało faktu, że zdawała sobie sprawę z własnej porażki tego wieczoru. Chciała prawdziwego mężczyzny i go dostała. Szkoda tylko, że z tego wszystkiego zapomniała, że prawdziwi, rasowi mężczyźni, to jebane świnie.
Dobrze, że w tym momencie ją opuścił, bo namiętnie zaczęła się zastanawiać, jak szybko byłaby w stanie zamordować człowieka łopatką do nakładania ciasta, a ta była w niebezpiecznie bliskim zasięgu. Uniosła dłoń, lecz zatrzymała się w powietrzu, zastanawiając się, czy warto w tym momencie dać się ponieść emocjom. Opuściła dłoń. Doszła do wniosku, że nie, bo żadna wojna jeszcze nie została wygrana w gniewie. Na dodatek błyskawicznie przetrzeźwiała i równie szybko zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie musiałaby się zastanawiać nad konsekwencjami morderstwa w afekcie, gdyby czasem zastanowiła się nad tym, co mówi.
Bober i spółka:
Ogłoszenie zwycięzcy licytacji odwróciło uwagę jasnowłosej od wewnętrznego konfliktu. Nie cieszyła się szczęściem Elliotta, co to, to nie, niemniej zadowolił ją fakt, że przynajmniej wszystko zostało w rodzinie. Chciała zapytać bliźniaka, co podkusiło go do zmarnowania takiej sumy na kolację z Longbottomem, a więc zaczęła z wolna zmierzać w jego kierunku podczas trwania koncertu. Niemniej, wraz z pierwszymi dźwiękami wydanymi przez śpiewającą kobietę, zatrzymała się w miejscu i gapiła się w nią wręcz zauroczona, ni stąd, ni zowąd odnajdując w sobie nagle pasję do muzyki. A może po prostu chodziło o to, że Eden zwracała uwagę na kobiety w równie intensywny sposób, co mężczyźni?
Niestety występ został przerwany w nader nieprzyjemny sposób, co wytrąciło ją z transu i pozwoliło wrócić do przepychania się między gośćmi.
Usłyszała znajomy krzyk; błyskawicznie zwróciła ku niemu wzrok, jednak to nie Moody najpierw przyciągnął jej uwagę. Skąd u licha na sali wziął się bóbr? Czy to któryś z animagów, czy zwyczajny najazd szkodników? A może to jeden z gości, jakiś przyjaciel Brenny? Wyglądała jak ktoś, kto z desperacji przyjaźniłby się z kimkolwiek i czymkolwiek, może akurat ten bóbr był w stanie wysłuchać jej niekończące się paplanie, bo nic z tego nie rozumiał?
W normalnych warunkach pewnie zaniosłaby się perfidnym śmiechem, gdy stworzenie zaczęło obgryzać laskę Percy'ego jak kolbę kukurydzy, jednak uwaga Eden wróciła do pierwotnego punktu wyjścia. Odwróciła wzrok z powrotem na Alastora, który ewidentnie nabzdryngolony do reszty próbował zgrywać bohatera. Swoim krzykiem zwrócił na siebie całą uwagę, a nawet sprawił, że ucichła muzyka. Westchnęła ciężko, widząc próby rzucania zaklęcia. Nie miała pojęcia, co go skłoniło do zrobienia z siebie kretyna, ale wyszło mu koncertowo. Dosłownie.
Zaszła starego przyjaciela od tyłu (właściwie to elegancko podbiegła, by za nim nadążyć), chcąc położyć mu dłonie na ramionach. Zrobiła to w miarę delikatnie, starając się Alastora nie wystraszyć - wiedziała, że jego dewizą była stała czujność, lecz obawiała się, że jej obecny stan był raczej ciekły niż stały, gwoli dopasowania się do ilości alkoholu płynącego w żyłach aurora. Toteż wolała podejść do sprawy ostrożnie, żeby czasem z przestrachu nie odwinął jej prosto w nos. Doskonale wiedziała, że jak jej przywali, to ją na miejscu zabije.
- Alastor - zaczęła, zdawać by się mogło, spokojnie. - Wybacz, że zadam ci takie niedyskretne, acz dość istotne pytanie - kontynuowała, zaciskając mocniej palce na jego ramionach. - Ale co ty, kurwa, wyprawiasz? - zapytała cicho, tak między nimi, dochodząc wreszcie do sedna sprawy. Spojrzała na Moody'ego z konsternacją, która naprawdę musiała być spora, skoro z ust pani Lestrange wydostało się przekleństwo. Nie była zła, ale zdecydowanie wolała zabrać go z centrum uwagi, zanim oślepią go światła fleszy. Coś przeczuwała, że nie będzie bawił się wybitnie dobrze w pracy, widząc, jak cała reszta jego współpracowników czyta o jego popisie w jutrzejszym Proroku Codziennym.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~