24.11.2022, 20:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 20:19 przez Florence Bulstrode.)
- Do zobaczenia w poniedziałek - poinformowała krótko Camerona, rzeczywiście nie zamierzając dłużej zawracać mu głowy. Ani tracić własnego czasu.
Nie zdążyła jednak wrócić do Astorii i Alice. Początek występu Faye sprawił, że Florence zatrzymała się, nie chcąc biegać po sali i przerywać występu. Ten zresztą przyciągnął jej uwagę, chociaż Bulstrode nie należała do osób szczególnie wrażliwych na piękno muzyki. Nie miała pojęcia, czy to urok willi, czy może po prostu umiejętności śpiewaczki - tego pierwszego zresztą nawet nie podejrzewała - ale było coś w tej piosence, co sprawiło, że Florence przez moment skupiała się tylko na niej, choć wyraz twarzy kobiety pozostał nieodgadniony.
Czyjeś krzyki, ktoś popychający ją w ramię, to wszystko wytrąciło Florence z zamyślenia i sprawiło, że gwałtownie obróciła się tyłem do sceny. W samą porę, by zobaczyć pogoń dwóch osób za... bobrem? Bulstrode nie widziała samego momentu przemiany, bo patrzyła na scenę, nie do końca więc rozumiała, co się dzieje.
Wzywanie uzdrowiciela sprawiło, że postąpiła kilka kroków w stronę Theseusa, już chcąc się tam rzucać na pomoc, w zasięgu wzroku pojawił się jednak William, a jeżeli praktyka w Mungu czegoś kobietę nauczyła, to tego, że zbyt wielu magomedyków na jednym pacjentem nie jest dobrym interesem. (Nie mogła wszak wiedzieć, ile Lestrange już wypił. Ani że zamieniał ludzi w bobry.) Gdy pojęła, że ktoś tu padł ofiarą transmutacji, też w pierwszej chwili chciała ruszyć tam... ale wyglądało na to, że były już tam osoby gotowe pomagać.
W związku z tym postanowiła zrobić coś innego.
Florence była uzdrowicielką. Osobą, która niekoniecznie była dla wszystkich miła, ale na pewno miała dość empatii i spostrzegawczości, by dostrzec, że niewidoma Faye tkwi na scenie, nie śpiewając już i ewidentnie nie mają pojęcia, co robić ani co dzieje się na sali. Jej najbliżsi krewni natomiast albo znajdowali się w innych częściach sali, albo byli zajęci odczarowaniem transmutowanych czarodziejów.
Bulstrode bez chwili wahania, jakby miała do tego pełne prawo, wkroczyła na scenę, podchodząc do Faye. Nie martwiła się nawet tym, że ktoś zwróci na nią uwagę - podejrzewała, że większość pochłaniała raczej scena rozgrywająca się w innej części sali...
- Drobne zamieszanie, prawdopodobnie z powodu nieudanego zaklęcia, pani Longbottom - powiedziała uprzejmie. Jakby nikogo nie zamieniano w zwierzęta, nikt nie mdlał, nie wzywano medyków, nie ganiano się po sali, ciskając czary. - Może pomogę pani zejść ze sceny? - zaproponowała, gotowa ująć kobietę pod ramię i ostrożnie sprowadzić ze sceny. W miejsce pod ścianą, gdzie nikt nie stratuje jej podczas ewentualnego zamieszania.
Nie zdążyła jednak wrócić do Astorii i Alice. Początek występu Faye sprawił, że Florence zatrzymała się, nie chcąc biegać po sali i przerywać występu. Ten zresztą przyciągnął jej uwagę, chociaż Bulstrode nie należała do osób szczególnie wrażliwych na piękno muzyki. Nie miała pojęcia, czy to urok willi, czy może po prostu umiejętności śpiewaczki - tego pierwszego zresztą nawet nie podejrzewała - ale było coś w tej piosence, co sprawiło, że Florence przez moment skupiała się tylko na niej, choć wyraz twarzy kobiety pozostał nieodgadniony.
Czyjeś krzyki, ktoś popychający ją w ramię, to wszystko wytrąciło Florence z zamyślenia i sprawiło, że gwałtownie obróciła się tyłem do sceny. W samą porę, by zobaczyć pogoń dwóch osób za... bobrem? Bulstrode nie widziała samego momentu przemiany, bo patrzyła na scenę, nie do końca więc rozumiała, co się dzieje.
Wzywanie uzdrowiciela sprawiło, że postąpiła kilka kroków w stronę Theseusa, już chcąc się tam rzucać na pomoc, w zasięgu wzroku pojawił się jednak William, a jeżeli praktyka w Mungu czegoś kobietę nauczyła, to tego, że zbyt wielu magomedyków na jednym pacjentem nie jest dobrym interesem. (Nie mogła wszak wiedzieć, ile Lestrange już wypił. Ani że zamieniał ludzi w bobry.) Gdy pojęła, że ktoś tu padł ofiarą transmutacji, też w pierwszej chwili chciała ruszyć tam... ale wyglądało na to, że były już tam osoby gotowe pomagać.
W związku z tym postanowiła zrobić coś innego.
Florence była uzdrowicielką. Osobą, która niekoniecznie była dla wszystkich miła, ale na pewno miała dość empatii i spostrzegawczości, by dostrzec, że niewidoma Faye tkwi na scenie, nie śpiewając już i ewidentnie nie mają pojęcia, co robić ani co dzieje się na sali. Jej najbliżsi krewni natomiast albo znajdowali się w innych częściach sali, albo byli zajęci odczarowaniem transmutowanych czarodziejów.
Bulstrode bez chwili wahania, jakby miała do tego pełne prawo, wkroczyła na scenę, podchodząc do Faye. Nie martwiła się nawet tym, że ktoś zwróci na nią uwagę - podejrzewała, że większość pochłaniała raczej scena rozgrywająca się w innej części sali...
- Drobne zamieszanie, prawdopodobnie z powodu nieudanego zaklęcia, pani Longbottom - powiedziała uprzejmie. Jakby nikogo nie zamieniano w zwierzęta, nikt nie mdlał, nie wzywano medyków, nie ganiano się po sali, ciskając czary. - Może pomogę pani zejść ze sceny? - zaproponowała, gotowa ująć kobietę pod ramię i ostrożnie sprowadzić ze sceny. W miejsce pod ścianą, gdzie nikt nie stratuje jej podczas ewentualnego zamieszania.