01.02.2024, 01:09 ✶
— W takim razie, mów mi Erik, Vincencie. — Uścisnął jego dłoń.
Lubił myśleć, że przez to, że miał znajomych w różnych środowiskach, potrafił dostosować się do sytuacji. Poniekąd, wymagał tego też od niego zawód: czasem trzeba było siedzieć na oficjalnym spotkaniu z urzędnikami i tłumaczyć się z raportów, a parę godzin temu wyjść na ulicę i faktycznie ubrudzić sobie ręce. Obcowanie z innymi czarodziejami ze znanych rodów było jednak pełne niuansów. Różni ludzie mieli różne podejście do tego jak podchodzili do tego typu uroczystości.
— Jak jest okazja — potwierdził, uśmiechając się leniwie. Po tytoń sięgał przede wszystkim wtedy, gdy musiał się odstresować. Przynajmniej tak sobie mówił, wierząc, że w ten sposób ogranicza ryzyko nagłego uzależnienia. — A to chyba jest jeden z tych dni. — Machnął dłonią w stronę roztańczonego tłumu. — Urodziny i tak dalej.
Sięgnął po oferowanego papierosa, obracając go przez chwilę między palcami. Po chwili zaciągnął się mocno, pozwalając, aby dym rozlał się po jego płucach. Z lekkim zdziwieniem odnotował brak nawet symbolicznego dyskomfortu, chęci kaszlu czy odkrztuszenia. Może to krążący w jego żyłach alkohol niejako hamował działanie tytoniu? Erik wypuścił kłębek dymu, odchylając na moment twarz w bok.
— Tak myślałem, że się zmyła, ale nie byłem pewny.
Pokiwał głową z cichym westchnieniem. Jego zdaniem było to nieco nieodpowiedzialne ze strony Brenny, że go tak zostawiła, nawet jeśli w tym wypadku chodziło o ich wspólną krewną. Nawet jeśli rzuciła w jego stronę na odchodne jakieś szybkie ''do zobaczenia w domu'', to najwyraźniej wiadomość ta nie wbiła się wystarczająco mocno w pamięć Erika. Wprawdzie to on był tym starszym z rodzeństwa, ale to przecież Longbottomówna wszystko ''ogarniała''. Jak mogła to tak porzucić na pastwę losu? Pewnie nawet nie pożegnała się z gospodarzami, pomyślał z niezadowoleniem. Wszystko będzie na jego głowie...
— Czyli całkiem przyjemnie? — Uniósł pytająco brwi. — Musi być miło trzymać się z dala od tej calej biurokracji. — Oczy Erika rozszerzyły się nagle, jakby nagle nawiedziły go jakieś niepokojące wspomnienia z niedalekiej przeszłości. — Przy smoczognikach przynajmniej nie trzeba pisać tylu raportów, czyż nie?
Niewiele wiedział o magicznych stworzeniach, ale miał świadomość, że raczej nie oczekują od swych opiekunów wypełnienia kilkuset stronicowej dokumentacji przed posprzątaniem zagrody. Na pierwszy rzut oka nowa profesja Prewetta wydała mu się nawet ciekawa. Smoki były zwierzętami, które zdecydowanie ściągały na siebie uwagę ludzi. Liczne legendy, skala tych niezwykłych stworzeń... Opieka nad takimi od małego musiała być nad wyraz satysfakcjonujące.
— Poniekąd? — Zmrużył lekko oczy, nie wiedząc, czy zmiana branży była najlepszym określeniem. — Uważam się za estetę, ale w tym przypadku stałem się raczej ofiarą fotografii. I ludzi, którzy się nią trudnią. — Parsknął cichym śmiechem. — Czasem się trafia jakaś sesja w Proroku, gdy organizujemy jakieś przyjęcie charytatywne, a czasem Biuro Brygady Uderzeniowej robi ze mnie rzecznika prasowego.
A czasem Brenna rzuca mnie na pożarcie lwom, pomyślał z przekąsem. Otępiały umysł chłopaka ewidentnie dalej przeżywał to, że siostra zostawiła go samego, żeby cucić kuzynkę poza terenem imprezy. Ale jej wytknie to wszystko przy śniadaniu...
— Więc... Znasz solenizantkę albo jej rodziców? — zapytał z ciekawością. Kojarzył Lenorę z widzenia i rodzinnych zlotów Potterów, ale poza tym nie mógł powiedzieć, że wiedział o dziewczynie zbyt wiele. Z drugiej strony, grono Longbottomów było na tyle liczne, że nadrobienie zaległości u krewnych z Potterów zakrawało na zadanie, które było skazane na porażkę.
Lubił myśleć, że przez to, że miał znajomych w różnych środowiskach, potrafił dostosować się do sytuacji. Poniekąd, wymagał tego też od niego zawód: czasem trzeba było siedzieć na oficjalnym spotkaniu z urzędnikami i tłumaczyć się z raportów, a parę godzin temu wyjść na ulicę i faktycznie ubrudzić sobie ręce. Obcowanie z innymi czarodziejami ze znanych rodów było jednak pełne niuansów. Różni ludzie mieli różne podejście do tego jak podchodzili do tego typu uroczystości.
— Jak jest okazja — potwierdził, uśmiechając się leniwie. Po tytoń sięgał przede wszystkim wtedy, gdy musiał się odstresować. Przynajmniej tak sobie mówił, wierząc, że w ten sposób ogranicza ryzyko nagłego uzależnienia. — A to chyba jest jeden z tych dni. — Machnął dłonią w stronę roztańczonego tłumu. — Urodziny i tak dalej.
Sięgnął po oferowanego papierosa, obracając go przez chwilę między palcami. Po chwili zaciągnął się mocno, pozwalając, aby dym rozlał się po jego płucach. Z lekkim zdziwieniem odnotował brak nawet symbolicznego dyskomfortu, chęci kaszlu czy odkrztuszenia. Może to krążący w jego żyłach alkohol niejako hamował działanie tytoniu? Erik wypuścił kłębek dymu, odchylając na moment twarz w bok.
— Tak myślałem, że się zmyła, ale nie byłem pewny.
Pokiwał głową z cichym westchnieniem. Jego zdaniem było to nieco nieodpowiedzialne ze strony Brenny, że go tak zostawiła, nawet jeśli w tym wypadku chodziło o ich wspólną krewną. Nawet jeśli rzuciła w jego stronę na odchodne jakieś szybkie ''do zobaczenia w domu'', to najwyraźniej wiadomość ta nie wbiła się wystarczająco mocno w pamięć Erika. Wprawdzie to on był tym starszym z rodzeństwa, ale to przecież Longbottomówna wszystko ''ogarniała''. Jak mogła to tak porzucić na pastwę losu? Pewnie nawet nie pożegnała się z gospodarzami, pomyślał z niezadowoleniem. Wszystko będzie na jego głowie...
— Czyli całkiem przyjemnie? — Uniósł pytająco brwi. — Musi być miło trzymać się z dala od tej calej biurokracji. — Oczy Erika rozszerzyły się nagle, jakby nagle nawiedziły go jakieś niepokojące wspomnienia z niedalekiej przeszłości. — Przy smoczognikach przynajmniej nie trzeba pisać tylu raportów, czyż nie?
Niewiele wiedział o magicznych stworzeniach, ale miał świadomość, że raczej nie oczekują od swych opiekunów wypełnienia kilkuset stronicowej dokumentacji przed posprzątaniem zagrody. Na pierwszy rzut oka nowa profesja Prewetta wydała mu się nawet ciekawa. Smoki były zwierzętami, które zdecydowanie ściągały na siebie uwagę ludzi. Liczne legendy, skala tych niezwykłych stworzeń... Opieka nad takimi od małego musiała być nad wyraz satysfakcjonujące.
— Poniekąd? — Zmrużył lekko oczy, nie wiedząc, czy zmiana branży była najlepszym określeniem. — Uważam się za estetę, ale w tym przypadku stałem się raczej ofiarą fotografii. I ludzi, którzy się nią trudnią. — Parsknął cichym śmiechem. — Czasem się trafia jakaś sesja w Proroku, gdy organizujemy jakieś przyjęcie charytatywne, a czasem Biuro Brygady Uderzeniowej robi ze mnie rzecznika prasowego.
A czasem Brenna rzuca mnie na pożarcie lwom, pomyślał z przekąsem. Otępiały umysł chłopaka ewidentnie dalej przeżywał to, że siostra zostawiła go samego, żeby cucić kuzynkę poza terenem imprezy. Ale jej wytknie to wszystko przy śniadaniu...
— Więc... Znasz solenizantkę albo jej rodziców? — zapytał z ciekawością. Kojarzył Lenorę z widzenia i rodzinnych zlotów Potterów, ale poza tym nie mógł powiedzieć, że wiedział o dziewczynie zbyt wiele. Z drugiej strony, grono Longbottomów było na tyle liczne, że nadrobienie zaległości u krewnych z Potterów zakrawało na zadanie, które było skazane na porażkę.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞