Przykład był zbyt skrajny w zasadzie, jak słusznie zauważyła to Guinevere, abstrakcyjny wręcz w odpowiednim ujęciu - ale tylko w odpowiednim. Mogli być magami, ale ciało kobiety i mężczyzny nie stawało się równością. Nadal, dokładnie tak samo jak mugole, byli rozgraniczeni tak fizycznie jak i psychicznie. Tak były to uwarunkowania zarówno magiczne. Bo były takie rodzaje magii, które przemawiały tylko do kobiet, albo ich głosem i dalej - takie rodzaje magii, które nie były zbyt dostępne dla kobiet. Tak i nawet kiedy kobieta w kopalni nie trzymała kilofa, tylko doglądała pracy goblinów, to nadal nadawała się do tego mniej niż mężczyzna. Czemu? Ponieważ warunki były ciężkie i magia nie wszystko potrafiła przewidzieć i nie wszystkiemu sprostać. Mugole mieli swoje zagrożenia pod ziemią, czarodzieje - swoi. Więc dalej - tak, kobieta może. Może wszystko! Nawet sikać na stojąco. Tylko nadal - po co, skoro były osoby, które lepiej się do tego nadawały. Potem były wyjątki takie jak Laurent. O tak kruchej budowie, że stawał obok kobiet pod tym względem możliwości niż koło mężczyzn. Były też kobiety o takiej budowie, że zwijały mężczyzn w precle.
- Nie ma dyskusji tam, gdzie nie ma różnych poglądów na sprawy. - Więc tak, mogła istnieć dyskusja, tylko ona kompletnie nic nie wnosiła. I znów to wspaniałe pytanie: więc po co! Tworzenie pewnych reguł i miejsc dla rzeczy, które zupełnie nie miały znaczenia. Robiło się je dla wyjątków, którym było tam komfortowo, ale Laurent nie należał do osób, którym dobrze zawsze przyjmowało się inny punkt widzenia dla samej idei dyskusji. Słowo "nie zawsze" było tutaj istotne, bo czasami rzeczywiście dobrze się tak bawił, kiedy miał dobry humor i bardziej sprawny umysł niż teraz. - Wiem, że nie... - Uśmiechnął się z wdzięcznością i tak też na nią spojrzał - jakby tymi słowami stworzyła parasolkę nad jego głową, na którą padał deszcz. Co za uczuciowa, uczciwa kobieta. Łatwo było poczuć się winnym nie własnych przekonań. Brzmi absurdalnie? Absurdalne nie było tak samo jak kobieta w kopalni. Niektórzy mieli po prostu niezdrowe skłonności przyjmowania na siebie win tego świata. - Nie czuję się komfortowo zaprzeczając tematowi, który jest przykry. Przykre jest to, że tak wiele nietolerancji i zwyczajów sprzed wieków nadal trawi trzewia magicznego społeczeństwa. Możliwość przyjęcia drugiej strony jako dyskutanta jest rozwijająca, ale w niektórych tematach, jak w tym, wręcz uwłaczająca. - Bo nie czuł się komfortowo po przeciwnej stronie barykady mówiącej o starych obyczajach i tym, że nie każdy trybik w machinie da się przesunąć. I tak już zbyt wiele ich próbował ruszać. Za dużo dotykał swoimi dłońmi. - W angielskich rodach głównie mężczyźni dziedziczą i są głowami rodów. Obyczaje panują różne, jak przebiega dziedziczenie, ale standardowo jest to pierworodny syn rodziny. - Wyjaśnił w uproszczeniu. Uproszczeniu, bo jak wcześniej mówił bywały różne obyczaje, jakieś małe druczki na marginesie, twisty ze spadkami, cuda się działy jak drzewo się rozgałęziało bardzo i nagle wszyscy bili się o stołek... iiii tak dalej. - Siła, jaka napędza całą tę machinę, skomplikowane czary w niej działające, by ożywić golema, to jest... jak Puszka Pandory. Jeśli spróbujesz się wyłamać ze schematów to w najlepszym razie zaczynasz być ignorowany. Zazwyczaj jednak jesteś wykluczany. Im wyżej siedzisz, tym upadek bardziej boli. - Więc możesz się albo dopasować i krakać jak wrony, albo skończyć jako wyrzutek. Gdyby było inaczej Laurent nie wahałby się ani chwili, żeby żyć "po swojemu". Nie był jednak gotów dźwigać konsekwencji. - Lestrange. - Poprawił kobietę gładko. Tak... tknęło go, przeszedł go dreszcz, melancholia wkradła się w uczucia i między słowa, porywając do tej Francji. Może to tam powinien się przeprowadzić, nie do Włoch? Może to Francuskiego powinien się uczyć? - Nie potrafię mówić po francusku, ale nauczyłem się całej piosenki w tym języku. - To była mieszanina czegoś ciepłego i smutnego. Chyba tym właśnie była melancholia. - Flamel, hmm... - Laurent zaczął się zastanawiać, czy to nazwisko w ogóle było obecne na dworach w ostatnich latach i... nie. Jakoś nie mógł nikogo skojarzyć. - Prawdę mówiąc uważam, że rola kobiet w społeczeństwie jest bardziej wartościowa, niż mężczyźni to dostrzegają. Spora część ma poczucie, że im się to wszystko należy. Dbanie o dom, o prozaiczne, codzienne rzeczy, dawki czułości i głaskanie po głowie w trakcie gorączki. - Ten ostatni przykład powiedział trochę żartem, ale miało to pokrycie z rzeczywistością. Nie raz i nie dwa widział panikę i płacze, bo mężczyzna miał katarek. Już gotów był miejsce pogrzebowe rezerwować. - Maniera zmuszania do małżeństw, gdzie to często mężczyzna ma większe prawo wyboru niż kobieta uważam za barbarzyńskie. Zajmuję się hodowlą, a nie paruję ze sobą abraksanów, które nie mają się ku sobie. - Można znów powiedzieć, że trochę przesada w porównaniu, ale Laurent miał dość drastyczne spojrzenie na ten temat. Tylko nie lubił mówić o tym głośno. Tak jak zresztą o większości swoich poglądów. Z prostego względu - bał się oceny. Ale zaufał Ginny. - Już nawet abstrahując od biologii, która woła o pomstę do Merlina, to czarodzieje czystej krwi szczycą się taką mądrością i inteligencją, a kulturą małżeństw są niżej od ptactwa. - Bo nawet ptaki wybierały sobie partnerów same. A niektóre nawet partnerów na całe życie.
- Nie dziwię się, że tysiące lat temu mugole czczili takich McGonagall jak bogów. - Wypowiedział na głos część myśli Ginny, bo właściwie to gładko spajały się w to samo stwierdzenie, kiedy już Laurent zebrał się trochę po tym widowisku. Widzieć, jak ta skóra się zmienia, jak gładko obrasta w pierz, jak te oczy stają się pięknie przenikliwe, jak zniekształcają się usta... - Wygląda to na bezbolesny proces? - Wyglądało, jakby nie bolało, animagia ponoć nie bolała, a przynajmniej on nie widział, żeby jakiś animag cierpiał. Inaczej byłaby to o wiele mniej popularna sztuka, a szczególnie w Hogwarcie dzieciaki uwielbiały próbować w tym swoich sił. Nic dziwnego. To pozwalało uciekać i biegać, gdzie się chciało. Laurent po prostu nigdy nie miał takiej ciągoty i w szkole miał większy kij w tyłku. W końcu musiał się uczyć. - Wtedy na polanie ognisk miałem okazję poznać jednego mugolaka. Poetę. Serce mi pękało, kiedy widziałem żal i smutek tego człowieka, że zostaje odcięty od naszego pełnego cudów świata. - Do dzisiaj było mu żal. - Czasem go odwiedzam. Napisał dla mnie piękny wiersz i dał mi kilka swoich. Ciągle zastanawiam się, co powinienem z nimi zrobić. Bardzo chciałem znów mu pokazać naszą rzeczywistość, ale to pragnienie jest prostowane rzeczywistością, że z czegoś takiego nie może wyjść coś dobrego. Gdyby moja przyjaciółka to słyszała to chyba dałaby mi gazetą w łeb. - Victoria, rzecz jasna, która pracowała z mugolami i widziała, do jakich tragedii doprowadzają.
- Zobacz, tu ma skrzydła, łapy... - Przesunął palcami, jakby chciał go wyrysować, bo może Ginny dostrzeże to, co on? Nie pomyślał jednak o takiej oczywistości jak obracanie talerzyka. - Czy to normalne, że można zobaczyć kilka symboli? Nie czyni to wróżby... naciąganą? - Bo wydawało mu się to wtedy z jakiegoś powodu niepoprawne, za łatwo było ulec autosugestii, nie? Albo tak? Czekał na odpowiedź swojej wspaniałej mentorki, a kiedy ta padła to obrócił talerzy, żeby rzeczywiście poszukać innego symbolu. - Od drugiej strony wygląda jak łeb wilka... chociaż w pierwszej chwili pomyślałem o Omenie. - Widmie, albo legendzie czarodziejskiej. Tym czarnym psie, który zwiastował śmierć. Laureent aż się wzdrygnął i odsunął talerzyk, odwracając od niego wzrok. Ostatnie chyba, o czym chciał myśleć. - Tka, bardzo chętnie. - Zgodził się natychmiast.