01.02.2024, 02:09 ✶
Najwyraźniej musiał. Może zbyt uważnie słuchał w celu wybrania najbardziej smakowitych kąsków? Ale czy naprawdę prosił o tak wiele? To było proste, jasne polecenie. Przysługa. Nie poddawaj się, nie spisuj mnie na straty, nie przestawaj mnie kochać - wiedział dobrze, że to było zachłanne, w gruncie rzeczy wierzył, że się tym koszmarnie ośmieszał, ale desperacja była silniejsza. Poza tym - ośmieszenie? Tutaj było tak wiele emocji. Tak wiele głębokich emocji. Bletchley próbował je w sobie zdusić, Bell tego nie potrafił - bo jak to było nie czuć nic, nie przeżywać czegoś, co targało tobą, jak wzburzony wiatr targał morze? Nawet kiedy wokół była tylko cisza i ciemność, on odczuwał tę ciszę i ciemność całkowicie. Nawet spokój potrafił być olbrzymi, bezlitośnie intensywny. Tylko czasami czuł się wolny, mógł wtedy odpocząć, ale to były urywki - stan, do którego potrafił doprowadzić się tak żałośnie rzadko. I prawie nigdy sam. Czym więc w skali tego było ośmieszenie?
- Jak... jak ja mam to odebrać Cain, kiedy drzesz się na mnie, bo kazałem ci się kochać, a teraz pieprzysz coś o oświadczynach? - Nie dał mu na to odpowiedzieć, bo po jednym wdechu dodał, nawet jeżeli to miało mu przerwać: Błagam, usiądź. I nie mów nic, bo chwilowo nie daję rady tego słuchać.
I zaczął zbierać w sobie jakąś wypowiedź. Coś, czym mógłby to wszystko spiąć. Siedział nieruchomo, z dłońmi zasłaniającymi twarz. Nie chciał słyszeć tych wszystkich słów, które zostały tu wypowiedziane. Jasne, że połowa rzeczy wypowiedzianych podczas tej gry była stekiem bzdur. Zabawą, a nie prawdziwą, szczerą rozmową, ale... chociaż nie miał nic do szczerych rozmów, a nawet sam zaoferował, że może pokazać mu najprawdziwszą ze swoich twarzy, to dałby sobie uciąć palec za powrót do tej chwili, kiedy żartowali sobie, pijąc to cholerne wino. Z zaznaczeniem, że bez jednego palca prawdopodobnie nie mógłby już ćwiczyć na trapezie, a było to aktualnie jedyne jego zajęcie poza byciem upierdliwym bratem snującym się po Fantasmagorii jak duch.
Milczał. Tak piekielnie długo, że sąsiedzi poruszeni sprawą przestali głośno tupać w pomieszczeniu obok. Było cholernie późno i ciemno, gdzieś tam żyła w nim świadomość, że ten debil pewnie wstaje rano do pracy, ale i tak żadne z nich by teraz nie zasnęło, więc trzymał ich tak w niepewności jeszcze dobrych kilkanaście minut. Nie czuł się już ani trochę pijany i... tak naprawdę to żałował, że nie był spity, bo po wódce takie rzeczy wychodziły łatwiej, niż kiedy męczył się z tym na trzeźwo lub na oparach. Wreszcie, słysząc dźwięk zatrzymującego się pod kamienicą, mugolskiego samochodu, przyćmionego wcześniejszym zamknięciem okna, Flynn odetchnął. Podniósł na niego spojrzenie i rozchylił usta, ale odezwał się dopiero po kilku długich sekundach.
- Nie wiem - przerwał na jeszcze jedną chwilkę, przygryzając przy tym wargę - nie mam pojęcia, co jest tym, czego ode mnie oczekujesz, a ja nie mogę ci tego dać. Pewnie jest masa takich rzeczy, bo jestem tylko sobą, ale... Poproś mnie o coś, to przyniosę ci to zębach i wcale nie chcę za to, żebyś był silny i nieomylny. Jest tylko jedna rzecz... Jedna rzecz, której nigdy nie obejdziesz, nigdy tego we mnie nie zmienisz. Jeżeli kiedykolwiek zwątpisz w to uczucie i dasz mi to odczuć, to więcej mnie nie zobaczysz. - A on niestety dostarczał powodów do tych zwątpień. Momentami więcej niż jeden człowiek był w stanie udźwignąć. Nie zaprzeczył temu wszystkiemu, co Cain mu wyrzygał, bo sam wiedział, że chłopak dużo się nie pomylił.
Wstał z tego krzesła i chciał do niego podejść, ale słyszał dźwięk ciężkich butów dobiegający z klatki schodowej, więc wbił wzrok w podłogę.
- Przepraszam. - Za hałas. Na pewno nie za to, co tutaj powiedział.
- Jak... jak ja mam to odebrać Cain, kiedy drzesz się na mnie, bo kazałem ci się kochać, a teraz pieprzysz coś o oświadczynach? - Nie dał mu na to odpowiedzieć, bo po jednym wdechu dodał, nawet jeżeli to miało mu przerwać: Błagam, usiądź. I nie mów nic, bo chwilowo nie daję rady tego słuchać.
I zaczął zbierać w sobie jakąś wypowiedź. Coś, czym mógłby to wszystko spiąć. Siedział nieruchomo, z dłońmi zasłaniającymi twarz. Nie chciał słyszeć tych wszystkich słów, które zostały tu wypowiedziane. Jasne, że połowa rzeczy wypowiedzianych podczas tej gry była stekiem bzdur. Zabawą, a nie prawdziwą, szczerą rozmową, ale... chociaż nie miał nic do szczerych rozmów, a nawet sam zaoferował, że może pokazać mu najprawdziwszą ze swoich twarzy, to dałby sobie uciąć palec za powrót do tej chwili, kiedy żartowali sobie, pijąc to cholerne wino. Z zaznaczeniem, że bez jednego palca prawdopodobnie nie mógłby już ćwiczyć na trapezie, a było to aktualnie jedyne jego zajęcie poza byciem upierdliwym bratem snującym się po Fantasmagorii jak duch.
Milczał. Tak piekielnie długo, że sąsiedzi poruszeni sprawą przestali głośno tupać w pomieszczeniu obok. Było cholernie późno i ciemno, gdzieś tam żyła w nim świadomość, że ten debil pewnie wstaje rano do pracy, ale i tak żadne z nich by teraz nie zasnęło, więc trzymał ich tak w niepewności jeszcze dobrych kilkanaście minut. Nie czuł się już ani trochę pijany i... tak naprawdę to żałował, że nie był spity, bo po wódce takie rzeczy wychodziły łatwiej, niż kiedy męczył się z tym na trzeźwo lub na oparach. Wreszcie, słysząc dźwięk zatrzymującego się pod kamienicą, mugolskiego samochodu, przyćmionego wcześniejszym zamknięciem okna, Flynn odetchnął. Podniósł na niego spojrzenie i rozchylił usta, ale odezwał się dopiero po kilku długich sekundach.
- Nie wiem - przerwał na jeszcze jedną chwilkę, przygryzając przy tym wargę - nie mam pojęcia, co jest tym, czego ode mnie oczekujesz, a ja nie mogę ci tego dać. Pewnie jest masa takich rzeczy, bo jestem tylko sobą, ale... Poproś mnie o coś, to przyniosę ci to zębach i wcale nie chcę za to, żebyś był silny i nieomylny. Jest tylko jedna rzecz... Jedna rzecz, której nigdy nie obejdziesz, nigdy tego we mnie nie zmienisz. Jeżeli kiedykolwiek zwątpisz w to uczucie i dasz mi to odczuć, to więcej mnie nie zobaczysz. - A on niestety dostarczał powodów do tych zwątpień. Momentami więcej niż jeden człowiek był w stanie udźwignąć. Nie zaprzeczył temu wszystkiemu, co Cain mu wyrzygał, bo sam wiedział, że chłopak dużo się nie pomylił.
Wstał z tego krzesła i chciał do niego podejść, ale słyszał dźwięk ciężkich butów dobiegający z klatki schodowej, więc wbił wzrok w podłogę.
- Przepraszam. - Za hałas. Na pewno nie za to, co tutaj powiedział.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.