01.02.2024, 09:50 ✶
Może ktoś obcy wchodząc do pokoju Morpheusa zdziwiłby się panującemu w nim nieładowi i ze zdumieniem przyjrzał popiersiu Apolla, bóstwa muzyki, piękna oraz wróżb. Brenna jednak po pierwsze przywykła, po drugie, widziała w życiu wiele różnych pokoi, po trzecie wiedziała, jak duże znaczenie przywoływał do symboliki, po czwarte wreszcie w jej własnym półki uginały się od ksiąg i pamiątek, a ze ścian spoglądały ze zdjęć dziesiątki postaci. Po piąte wreszcie przegląd pokoi w domu Longbottomów mógł być zadziwiającym doświadczeniem, bo domownicy tutaj byli bardzo różni. Nie rozglądała się więc nawet, uwagę skupiając na wuju, szybko oceniając po jego minie, postawie i tonie, w jakim był nastroju.
Ona sama wciąż miała na sobie mundur. Zwykle przebierała się jeszcze w pracy lub zaraz po powrocie, ale tym razem nie chciała tracić czasu. Jej włosy – nieposłuszne jak u większości Potterów (chyba że było się jej matką: ale Brenna wiedziała, że idealne fryzury Elise to w dużej mierze zasługa odpowiednich specyfików, zaklęć oraz szczotek), powoli odrastające po ścięciu w maju, zostały zebrane w krótki, niedbały kucyk.
- Nic dziwnego, że ta przepowiednia nie jest opisana. Mogłaby dotyczyć setek kobiet - powiedziała, a jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Morpheus mówił na tyle żartobliwie, że chyba przynajmniej nie wpadł w żadne kłopoty w pracy przez jej prośbę. - Nie tak dawno byłam ze znajomą w Tower i rozmawiałyśmy o żonach Henryka Tudora: przynajmniej trzy z nich mogłyby odnaleźć w tej wróżbie siebie. A co do Erika, o sykle w skarbu nie musimy się martwić, jeśli zobaczymy dno skrytki, wystawimy go znowu na licytację - oświadczyła, podchodząc bliżej i podpierając się biodrem o blat.
Uśmiech zgasł, kiedy Morpheus podał jej kartonik. Powinna się cieszyć: zdobyli dokładnie to, co zdobyć chcieli. Ale słowa zapisane na kawałku pergaminu niosły ze sobą coś złowróżbnego. Przeczytała ją dwa razy, tak dla pewności, a potem uniosła wzrok na wuja.
– Sądzisz, że jest prawdziwa? – spytała rzeczowo. Mógł to być bzdurny wierszyk, czyjeś bajania, nic, czym należało się przejmować, a mogła być złowroga wróżba: mogła istnieć jakaś broń, i jeśli trafiłaby w nieodpowiednie ręce, kto wie, jak zostanie wykorzystana. A jeżeli istniała przepowiednia, to zwykle nie była wygłaszana bez powodu.
Albo oni zaczną działać, albo zrobi to ktoś inny.
Przynajmniej wróżba nie przesądzała ani w czyje ręce ta broń trafi – ani do czego zostanie użyta.
Wszystko zależało od tego, kim był ten, kto ją wygłosił. Pijakiem, który plótł pod wpływem alkoholu? Profetą, który spojrzał do przodu, i na moment odsłonięto przed nim tajemnice przyszłości?
A pod tym względem Brenna ufała osądowi wuja.
Ona sama wciąż miała na sobie mundur. Zwykle przebierała się jeszcze w pracy lub zaraz po powrocie, ale tym razem nie chciała tracić czasu. Jej włosy – nieposłuszne jak u większości Potterów (chyba że było się jej matką: ale Brenna wiedziała, że idealne fryzury Elise to w dużej mierze zasługa odpowiednich specyfików, zaklęć oraz szczotek), powoli odrastające po ścięciu w maju, zostały zebrane w krótki, niedbały kucyk.
- Nic dziwnego, że ta przepowiednia nie jest opisana. Mogłaby dotyczyć setek kobiet - powiedziała, a jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Morpheus mówił na tyle żartobliwie, że chyba przynajmniej nie wpadł w żadne kłopoty w pracy przez jej prośbę. - Nie tak dawno byłam ze znajomą w Tower i rozmawiałyśmy o żonach Henryka Tudora: przynajmniej trzy z nich mogłyby odnaleźć w tej wróżbie siebie. A co do Erika, o sykle w skarbu nie musimy się martwić, jeśli zobaczymy dno skrytki, wystawimy go znowu na licytację - oświadczyła, podchodząc bliżej i podpierając się biodrem o blat.
Uśmiech zgasł, kiedy Morpheus podał jej kartonik. Powinna się cieszyć: zdobyli dokładnie to, co zdobyć chcieli. Ale słowa zapisane na kawałku pergaminu niosły ze sobą coś złowróżbnego. Przeczytała ją dwa razy, tak dla pewności, a potem uniosła wzrok na wuja.
– Sądzisz, że jest prawdziwa? – spytała rzeczowo. Mógł to być bzdurny wierszyk, czyjeś bajania, nic, czym należało się przejmować, a mogła być złowroga wróżba: mogła istnieć jakaś broń, i jeśli trafiłaby w nieodpowiednie ręce, kto wie, jak zostanie wykorzystana. A jeżeli istniała przepowiednia, to zwykle nie była wygłaszana bez powodu.
Albo oni zaczną działać, albo zrobi to ktoś inny.
Przynajmniej wróżba nie przesądzała ani w czyje ręce ta broń trafi – ani do czego zostanie użyta.
Wszystko zależało od tego, kim był ten, kto ją wygłosił. Pijakiem, który plótł pod wpływem alkoholu? Profetą, który spojrzał do przodu, i na moment odsłonięto przed nim tajemnice przyszłości?
A pod tym względem Brenna ufała osądowi wuja.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.