01.02.2024, 13:08 ✶
Brenna nie próbowała opierać się, gdy Olivia pociągnęła ją ku wyjściu. W tej chwili czuła się tutaj trochę nie na miejscu - jakby naruszały spokój umarłych. Przy wejściu obejrzała się jeszcze za siebie, ale nie dostrzegła ducha. Kobieta znikła.
- Sama nie wiem. Większość duchów, z którymi rozmawiałam... zdawała się lubić mówić o tym, jak zginęła? Jakby to było szczególnie ważne. Nick podobno nawet na okrągłe rocznice urządzał przyjęcie, a Jęcząca Marta jak zwykle tylko płacze i narzeka, opowiadała o swojej śmierci całkiem chętnie - stwierdziła Brenna z pewnym namysłem. Wydawało się jej to niepojęte, ale czy żywy mógł zrozumieć ducha? Na ile te widmowe istoty, wciąż krążące po świecie, były tymi, którzy niegdyś umarli, a na ile ich odciskiem, echem zaledwie?
Nie lubiła myśleć o takich rzeczach. A w świetle padającym na dziedziniec Tower chłód, jaki ogarnął ją w kaplicy odpływał powoli, zostawał gdzieś z tyłu.
- Ale gdyby miała ochotę o tym pogadać, pewnie by nas zaczepiła - oceniła w końcu Brenna. W końcu jak często wpadali tutaj jacyś czarodzieje? I to tacy, którzy jasno dali duchowi znać, że go widzą? Nawet jeżeli jakiś czarodziej wpadał odwiedzić Tower, niekoniecznie musiał zauważyć tę kobietę. I niekoniecznie mógł dać znać, że ją widzi, gdy wokół byli mugole.
Ujęła w końcu Olivię pod rękę i pociągnęła nieco w bok, rozglądając się po budynkach. Nie znała nazw ich wszystkich – nie była w końcu mugolką, a wizyta była spontaniczna, kojarzyła więc tylko te największe atrakcje albo te, z którymi wiązały się jakieś historyczne ciekawostki, mogące utkwić w pamięci.
- Darujmy sobie może Bowyer Tower, nie chciałabym wpaść na ducha Jerry'ego Clarence, utopionego małmazią. Nie wiem, jak wygląda ciało topielca z beczki wina, ale mogę sobie wyobrazić, że niezbyt dobrze. Może jeszcze tylko Jewel House? - rzuciła. Wprawdzie wątpiła, by książęta z rodu Yorków byli czarodziejami i mogli stać się duchami, ale wolała nie ryzykować po tym ostatnim spotkaniu. Zwłaszcza, że Jerry nie był chyba miłym człowiekiem i ani myślała pomagać mu w załatwieniu niedokończonych spraw. Zresztą jakie byłyby to sprawy? Zdobycie korony? - Tam chyba trzymają różne klejnoty, to brzmi nieszkodliwe. Chociaż dobrze, że nie wolno ich dotykać, idę o zakład, że jakbyśmy jakieś ruszyły, okazałyby się przeklęte – stwierdziła, szukając, którędy mogły dostać się do odpowiedniego miejsca.
- Sama nie wiem. Większość duchów, z którymi rozmawiałam... zdawała się lubić mówić o tym, jak zginęła? Jakby to było szczególnie ważne. Nick podobno nawet na okrągłe rocznice urządzał przyjęcie, a Jęcząca Marta jak zwykle tylko płacze i narzeka, opowiadała o swojej śmierci całkiem chętnie - stwierdziła Brenna z pewnym namysłem. Wydawało się jej to niepojęte, ale czy żywy mógł zrozumieć ducha? Na ile te widmowe istoty, wciąż krążące po świecie, były tymi, którzy niegdyś umarli, a na ile ich odciskiem, echem zaledwie?
Nie lubiła myśleć o takich rzeczach. A w świetle padającym na dziedziniec Tower chłód, jaki ogarnął ją w kaplicy odpływał powoli, zostawał gdzieś z tyłu.
- Ale gdyby miała ochotę o tym pogadać, pewnie by nas zaczepiła - oceniła w końcu Brenna. W końcu jak często wpadali tutaj jacyś czarodzieje? I to tacy, którzy jasno dali duchowi znać, że go widzą? Nawet jeżeli jakiś czarodziej wpadał odwiedzić Tower, niekoniecznie musiał zauważyć tę kobietę. I niekoniecznie mógł dać znać, że ją widzi, gdy wokół byli mugole.
Ujęła w końcu Olivię pod rękę i pociągnęła nieco w bok, rozglądając się po budynkach. Nie znała nazw ich wszystkich – nie była w końcu mugolką, a wizyta była spontaniczna, kojarzyła więc tylko te największe atrakcje albo te, z którymi wiązały się jakieś historyczne ciekawostki, mogące utkwić w pamięci.
- Darujmy sobie może Bowyer Tower, nie chciałabym wpaść na ducha Jerry'ego Clarence, utopionego małmazią. Nie wiem, jak wygląda ciało topielca z beczki wina, ale mogę sobie wyobrazić, że niezbyt dobrze. Może jeszcze tylko Jewel House? - rzuciła. Wprawdzie wątpiła, by książęta z rodu Yorków byli czarodziejami i mogli stać się duchami, ale wolała nie ryzykować po tym ostatnim spotkaniu. Zwłaszcza, że Jerry nie był chyba miłym człowiekiem i ani myślała pomagać mu w załatwieniu niedokończonych spraw. Zresztą jakie byłyby to sprawy? Zdobycie korony? - Tam chyba trzymają różne klejnoty, to brzmi nieszkodliwe. Chociaż dobrze, że nie wolno ich dotykać, idę o zakład, że jakbyśmy jakieś ruszyły, okazałyby się przeklęte – stwierdziła, szukając, którędy mogły dostać się do odpowiedniego miejsca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.