Dziwna machina napędzała życie człowieka w społeczeństwie. Kompletowałeś znajomych i przyjaciół, kochanków i miłości, żyłeś w rodzinie z matką, ojcem i całą rzeszą krewnych, przechodziłeś pomiędzy współpracownikami i spoglądałeś na polityczne wzorce tego świata. Z tymi wszystkimi osobami łączyła cię jakaś relacja, nawet jeśli było tak, że ich nie łączyła z tobą. Może czuć się oddany Ministrowi Magii, ale Minister Magii wcale nie musi cię znać. Nie musi nawet wiedzieć o twoim istnieniu. W tych dziwotach i napisaniu, że każda z tych relacji rządziła się swoimi prawidłami, bycie komuś bliskim spadało z wysokiej górki i nakręcało perpetum mobile. Bliscy się o ciebie martwili - to było naturalne, w pełni zrozumiałe. Chcieli dla ciebie jak najlepiej, inaczej nie myślałbyś o nich jako o osobach bliskich. Myśleli o tym, jak ci pomóc i chcieli (czasem nadgorliwie) ułatwić ci funkcjonowanie w trudnych chwilach. Ty zaś nie chciałeś ich martwić i być dla nich ciężarem. Więc co się nagle działo? Tajemna moc rozrywa cię na kawałki, bo nie ma zgody między tym, że powinieneś coś powiedzieć, a tym, że niekoniecznie chcesz! Powinieneś - nie chcesz. Chcesz, ale czy powinieneś? W którą stronę to w końcu się obracało? Wypadało w końcu złapać za dźwignię i uruchomić hamulec bezpieczeństwa. Zatrzymać się. Przecież to nic nie da - takie rozrywanie się i bujanie. Ani nie osiągniesz spokoju, ani nie uchronisz bliskich przed nerwami i smutkiem. Na ile teraz Olivia była Laurentowi bliska? Na ile mówiła szczerze i na ile mogłaby się przejąć, a na ile trawiły ją własne problemy, bo nie było takiego bólu, który dałoby się porównać do innego. "On ma gorzej". Na pewno ktoś ma gorzej, kiedy patrzysz, że twoim największym problemem jest to, że zapomniałeś kupić mleka, a druga osoba chowa właśnie drugiego brata - rok temu pochowała matkę i ojca. Tylko maniera porównywania do siebie bólu była niesprawiedliwa. I myślał tak on, hipokryta z wypadku, który jednocześnie zawsze myślał, że każdy ma większe kłopoty i problemy od niego.
- Tak, oczywiście, zająłem się nim. - Powiedział na wydechu. To nie było proste. Znał schemat, wiedział, jak postąpić, wiedział, że jarczuk wypełnił swoją rolę. A i tak było to ciężkie. Bardzo ciężkie. Laurentowi się wydawało, że nie da się uczyć istoty czegoś, co stoi w całkowitym przeciwieństwie do twojego własnego mniemania o tym świecie. Tak ciężko było odpowiednio ugłaskać i uspokoić psa jednocześnie nie przekonując go, że źle zrobił. Bo zrobił dobrze. Dobrze według tego, czego był uczony. - Widzimy, jak to działa. Właśnie przez te lata. Ale nie mam na to takiego wpływu, jaki chciałbym mieć. - Rozłożył lekko ręce na boki w akcie swojej bezradności. Śmierciożercy wykraczali poza jego możliwości. - Kiedyś brałem udział w akcji ratowniczej magicznych stworzeń, w którą również zaangażowani byli Śmierciożercy. Tylko dlatego, że hodowlą zajmowali się mugole. A może dlatego, że czegoś od nich chcieli. Nie wiem. Naprawdę... nie rozumiem, jak można żyć na takim stosie ludzkiej krwi i kości. - Przymknął na moment oczy, złożył palce w odwrócony koszyczek przed swoją twarzą, na poziomie nosa. Brutalność świata przerażała i za każdym razem przypominała nam o kruchości i cenie życia.
- Nie, nie było w mojej intencji takie niezgrabne zmienianie tematu. - Trochę go tym rozbawiła, bo byłby do tego zdolny, ale nie w ten sposób. Zrobiłby to bardziej dyskretnie. Udałoby się? Poczuł się wręcz wywołany do tablicy, żeby spróbować. Tym nie mniej nie było to jego intencją, zwyczajnie ta informacja mocno przecięła jego rzeczywistość w tym momencie. Szczególnie, że sam myślał o przeprowadzce. - Niestety to kłopoty lubią czasem znajdować mnie. Twoja zdolność do znalezienia się w najmniej odpowiednich miejscach i pociągnięcie za sobą dziwnych wydarzeń chyba nie pomogłaby w utrzymaniu całkowitego spokoju. - Zażartował, uśmiechnął się szerzej, spoglądając łagodnie, z błyskiem oczu, na Olivię. Nic nie waliło się wokół niej poza tym jednym felernym wydarzeniem u Abby'ego. Mieli trochę swoich przygód i nie-przygód, ale żadna z nich nie była krwiożerczą opowieścią, jakie to przyniósł Laurent i zapodał tu, nad stołem. Podwieczorek do herbaty. - Jasnowidzka i wróżbitka przepowiedziały mi nieszczęście. Niestety ciężko walczy się z przeznaczeniem. Florence miała tę samą wątpliwość. - Imię kuzynki Laurenta, który czasem ją nazywał z rozpędu ciotką, a którą traktował właściwie jak matkę, padło nie raz i nie dwa. Laurent bardzo ją szanował i była dla niego ważna. Bardzo ważna. Jej mocy jasnowidzenia nie ignorował nigdy. - Czuję się niemal tak, jakbyś próbowała obrazić moją inteligencję. - Mrugnął do niej, czując przyjemne ciepło od niej bijące. To proste słowa, banalne, ale chyba każdy chciał je słyszeć. Laurent słyszał je od zbyt wielu osób i zastanawiał się, jaką naprawdę mają wartość. Ale on nad wieloma wartościami się od dawna zastanawiał. Większość z nich rozpływała się w jakiejś nicości.
Bardzo go to cieszyło, że rzuciła takie zdanie, choć wydawało mu się, że było ledwo... zdanie, nie obietnicą. Że przecież Olivia miała ważniejsze i bliższe sobie osoby, akurat w jej zdolność do przyciągania ludzi i zaskarbiania sobie sympatii (oj, antypatii też z jej charakterkiem!) nie wątpił. Temat braku pieniędzy, mieszkania razem, bo taniej, bo raźniej... to było dla niego coś trudnego do przyswojenia. Rozumiał, widział, pojmował, wiedział nawet jak to jest nie mieć grosza przy duszy - zasmakował tego, chociaż pamięć już była mętna z czasów dzieciństwa.
- Bardzo chętnie wrócę do zamówień eliksirów spod twojej ręki, jeśli to eliksirami dalej zamierzasz się zajmować. - Bo może stwierdziła, że chce otworzyć, no nie wiem, antykwariat? Bardzo wątpił, ale mogło tak być. - Co to za znajoma?