Gdy Brenna zaczęła opowiadać, co robi dla Zakonu zrobiło mu się dziwnie smutno. Nie, nieugiełu mu się nogi, nie zbladł z tego powodu, ale po prostu poczuł żal, że musiała to robić. On uczył się tego od zawsze, od zawsze znał taką drogę, ale ona? Brenna Longbottom zawsze próbowała robić wszystko w odpowiedni sposób. Przynajmniej ta dawna Brenna, ta ze szkolnych lat. Miała w sobie ducha wojownika, kawałek zadziorności i takie poprawnej bezwględności, ale nie sądził, aby kiedykolwiek weszła na taką ścieżkę w jej życiu. Odruchowo połozył jej dłoń na ramieniu, a potem bez pytania przysunął ją do siebie i po prostu objął. Nie wtulał, nie wciskał w siebie. Po prostu po przyjacielsku, jednym ramieniem obejmował, bo wyczuł, że była nieswoja, że te słowa były dla niej ciężkie. Zrobił to oczywiście jeśli mu na to pozwoliła.
– Teraz będziesz mieć też mnie – odparł zerkając na nią. Miał nadzieję, że nie musiał więcej dodawać. Nie był dobry w pocieszaniu, wiedział tez, że nie potrzebowała pocieszenia. Po prostu chciał ją zapewnić, że wchodzi w to i da jej swoją ciemną stronę, aby jasna mogła wygrać.
– Już się tak nie denerwuj i nie stresuj. Zawsze dobrze rządziłaś – uśmiechnął się. – Chyba możemy wracać. Odprowadzić cię do twojego domu? – puścił ją i wytarmosił łeb psa, który ciągle się tu próbował do nich wgramolić. – I nie, dzięki. Obliviate nie będzie potrzebne. Nie wycofam się. Nie jestem tchórzem – nie przestawał się uśmiechać, wypuścił dym z ust i mocno znowu się zaciągnął.