02.02.2024, 21:24 ✶
Nie było jej smutno: chyba tylko na myśl o tym, w co wciągała innych. Cokolwiek robiła, wierzyła, że postępuje słusznie i jeżeli czegoś żałowała, to wyłącznie tego, że nie była bardziej skuteczna. Po prostu przyznanie się do pewnych rzeczy na głos nie było wcale takie łatwe – przynajmniej niektórym.
Roześmiała się mimowolnie, kiedy powiedział, że „zawsze dobrze rządziła”. Tak naprawdę absolutnie się do tego nie nadawała – może rządziła się trochę w domu Longbottomów, ale poza nim?
– Nie stresuję się. I obawiam się, że w kwestii mojego rządzenia Erik może mieć inne zdanie – powiedziała, obejmując go po prostu również, mocno, ale krótko. Brenna nigdy nie była osobą, która miałaby problem z dotykiem czy dawaniem znać, że zależy jej na innych: wyciągała ręce do innych ludzi odruchowo, czy to w geście przyjacielskim, czy radości, czy pocieszenia. – Możemy wracać. Dam ci w najbliższych dniach znać, co i jak. Zwłaszcza jeśli będę miała coś dla ciebie do zrobienia – dodała, puszczając go i zsuwając się z poręczy mostka. Pochyliła się, znów chwytając psy na smycze.
Zwykły dzień.
Zwykły spacer.
I tylko nie była pewna, jak się z tym wszystkim czuć – bo z jednej strony zyskiwali potencjalnie cennego sprzymierzeńca, z drugiej kolejna z bliskich jej osób miała narażać życie. W pewnym sensie z jej powodu, bo to przecież ona go w to wciągała. Chociaż nie: powtarzała sobie, że przecież to wina Voldemorta i że nie mogą po prostu siedzieć i czekać aż ktoś inny załatwi sprawę.
I naprawdę nie chciała myśleć dziś o tym, że jedno jest pewne: jeżeli nawet kiedyś nadejdzie dzień końca Voldemorta, to wielu z nich go nie doczeka.
Roześmiała się mimowolnie, kiedy powiedział, że „zawsze dobrze rządziła”. Tak naprawdę absolutnie się do tego nie nadawała – może rządziła się trochę w domu Longbottomów, ale poza nim?
– Nie stresuję się. I obawiam się, że w kwestii mojego rządzenia Erik może mieć inne zdanie – powiedziała, obejmując go po prostu również, mocno, ale krótko. Brenna nigdy nie była osobą, która miałaby problem z dotykiem czy dawaniem znać, że zależy jej na innych: wyciągała ręce do innych ludzi odruchowo, czy to w geście przyjacielskim, czy radości, czy pocieszenia. – Możemy wracać. Dam ci w najbliższych dniach znać, co i jak. Zwłaszcza jeśli będę miała coś dla ciebie do zrobienia – dodała, puszczając go i zsuwając się z poręczy mostka. Pochyliła się, znów chwytając psy na smycze.
Zwykły dzień.
Zwykły spacer.
I tylko nie była pewna, jak się z tym wszystkim czuć – bo z jednej strony zyskiwali potencjalnie cennego sprzymierzeńca, z drugiej kolejna z bliskich jej osób miała narażać życie. W pewnym sensie z jej powodu, bo to przecież ona go w to wciągała. Chociaż nie: powtarzała sobie, że przecież to wina Voldemorta i że nie mogą po prostu siedzieć i czekać aż ktoś inny załatwi sprawę.
I naprawdę nie chciała myśleć dziś o tym, że jedno jest pewne: jeżeli nawet kiedyś nadejdzie dzień końca Voldemorta, to wielu z nich go nie doczeka.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.