Guinevere jawiła się tęczą na niebie, której nie możesz dosięgnąć. Nie musisz. Sama do ciebie zejdzie. Uśmiechnie się, utuli, złoży pocałunek na ustach. Och, całowała jak tęcza! Całowała tak romantycznie, całowała tak wspaniale! Była miękka, była zmysłowa, gorąca i pełna pomysłów, pełna życia, pełna słońca! Nie brakowało jej pewności siebie, nie miała problemu by łapać dłoń i przesuwać ją tam, gdzie tego chciała i potrzebowała. Wiedziała, czego chciała. Pragnęła, więc sięgała. Podobało mu się to kilka lat temu i podobało mu się teraz, kiedy dyskutowali i kiedy docierało do niego na nowo, jaki urok rzucała na człowieka. Jak rzucała woal na ich dwójkę - taki jak ten welonik ślubny, którym zasłaniasz twarz jeszcze panienki. Ten woal był większy - i miał różowy materiał. Dobrze się trwało w tym azylu, kiedy zewnętrzny świat tak mocno umykał przez palce. Ona tymi palcami sięgała do umysłu i przenikała do duszy. Nie robiła tego siłą, to było jak poruszanie się promieni światła na pokrytej kurzem szybie. Naturalne. Chciane. Ładne, choć czujesz się sam brudny. Nie od dotyku słońca - od samego mniemania o sobie samym. Czy brudna szyba zasługuje na to, by w taki sposób go dotykano, chociaż dłoń Guinevere go nie nie sięgała?
A czy zasługuje na to szyba czysta?
- Przeprosiny przyjęte, ale uważam, że nie jesteś ich winna. - Nie widział w tym żadnej jej winy, była delikatna i wyczulona na ludzkie zmiany, a Laurent czuł się przy niej na tyle swobodnie, żeby w ogóle mówić o dyskomforcie, a nie uciekać chyłkiem, czy starać się pokierować rozmową inaczej. Zresztą też kwestia była taka, że Ginny znała takie zagrywki. Manipulacja nią... to była wyższa szkoła jazdy, on nie uważał, żeby ją opanował. Nie czuł też potrzeby na dany moment, skoro zaufał, żeby się do takich zagrywek uciekać. Na każdym kroku udowadniała mu, że to zaufanie było dobrą inwestycją. W godzinie Śmierciożerców naprawdę tego potrzebował. - Jestem wręcz zobowiązany do podziękowania. Podziękowania za to, że pozwalasz mi cieszyć się nie tylko twoją urodą, mądrością i inteligencją, ale również wyrozumiałością. - Tworzyło to kokon z jedwabiu. Drogi, pewnie każdy człowiek żarłocznie chciałby go rozebrać, ale oprócz nich nie było tu nikogo. Tylko pieczony chleb zapachem przypominał, że ktoś mógł wejść do tej kuchni. - Nie potrzebujesz różdżki, żeby człowieka oczarować. - Uśmiechnął się delikatnie. Można to było odebrać na kilka sposobów, w tym ten oczywisty cisnął się na gardło, że przecież istniała magia bezróżdżkowa. Tak, istniała. Ale to nie o to chodziło. - To prawda. Określenie "czysta krew" stała się zamiennikiem słowa "elita", albo "arystokracja". - Jeszcze parę takich by się znalazło, ale wiadomo było, o co chodzi. Przynajmniej Laurent był pewien, że Ginny zrozumie. Pokiwał głową na jej następne słowa z trochę smętną miną, bo z czego tu się cieszyć? Niestety aż za dobrze rozumiał biologię i to, do czego może doprowadzić, kiedy... no cóż. Pomijając jakie to było... moralnie niepoprawne. A moralność Laurenta wcale nie była bardzo wysoko pod kątem romantycznych występków. - Nie mam siły przebicia. Nie zamierzam robić krzywdy sobie i nazwisku mojego rodu, kiedy wiem, że niewiele tam znaczę. - Albo że Edward go potem zamknie w wieży. Nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz za zachowania, które mu się nie podobały. Ojciec nigdy nie podniósł na niego ręki, ale czasami wcale tej ręki nie trzeba podnosić, żeby zaszczuć własne dziecko. - Dziękuję za komplement. Historia zna już przypadki rodów czystej krwi, które upadły przez obsesję na punkcie jej czystości. - Ten najsłynniejszy - Guinevere na pewno o nich słyszała.
- Ach... mugolak. Przepraszam. Chodziło mi o mugolaka. - Przejęzyczenie, które potrafiło bardzo wiele zmienić w odbiorze, dlatego dobrze, że w sumie Guinevere pojawiła się z tym komentarzem. Był wręcz zdziwiony, że zdarzyło mu się palnąć taką porażkę, ale w sumie... chyba miał problem z tymi dwoma słowami. Zgrozo - wstyd... będzie musiał zwrócić na to większą uwagę. Teraz jednak rozganiał to jak nikotynowy dym. - Serce bywa ślepym doradcom. Nie zwykłem mu ufać. - To bardzo wiele mówiło o człowieku, ale Laurent akurat tego nie bał się mówić. Wręcz powtarzał to chyba każdemu, do kogo poczuł miętę i z kim chciał się spotkać więcej niż raz czy dwa. Miłość? Heh. Laurent wiele razy słyszał "kocham cię" i zostało mu złożonych trochę serduszek do tych anielskich dłoni. Dostał za swoje. Ludzie to nazywali karmą. - To jest niebezpieczne. Ten człowiek wydawał się bardzo nieszczęśliwym wyrzutkiem. Jakby nie pasował do świata, w którym przyszło mu żyć. - Jedna noga tu, druga tam. Jego znajomi się z niego naśmiewali, od rodziny był odseparowany. Nieszczęśliwy poeta. - Ale wydać tomik jego poezji w świecie czarodziei... ciągle chodzi mi po głowie, żeby to zrobić. Chciałem. Potem zrobiło się to zamieszanie ze Śmierciożercami i nagle ten pomysł został odsunięty bardzo daleko. - Bo stało się to niebezpieczne. Czysta przyjemność dla uhonorowania imienia, którego i tak by nie mógł wtedy podać, żeby nie dawać znaku Śmierciożercom. Nie. Nie mógłby tego zrobić.
- Zdecydowanie bardziej przypomina mi to nietoperza. - Istnienie ponuraka było czymś, co pewnie by go bardziej absorbowało, gdyby nie widma. Należał do osób, które mogłyby w tym samym wzorze dostrzec parę rzeczy. Sama gra wyobraźni. Tu dodasz, tam ujmiesz. Ale przy wróżbach tak nie do końca można było. Wyjaśnienia Ginny były bardzo pomocne pod tym względem. - Kiedyś do ciebie przyjdę i usłyszę bardzo dobrą wróżbę. - Zapewnił z uśmiechem, bo tak musiało się któregoś dnia stać. Musiały się skończyć te nieszczęścia... prawda? Przecież... na pewno musiały. Wpatrywał się przez moment w te fusy, jakby nie był do końca przejęty tym, co słyszy. Nie było zdziwienia, smutku, strachu. Wyglądał jak człowiek, który nie potrafi się tym przejąć i jest mu to obojętne.
Dokładnie tak było.
- Koniecznie. - Zgodził się i podniósł ze swojego miejsca. Złożył sztućce odpowiednio, sygnalizując zakończenie posiłku, przemył jeszcze dłonie i ruszył za kobietą do sadu.