03.02.2024, 01:36 ✶
Łzy spływały diamentami po policzkach i za nic nie chciały przestać, nawet kiedy zamknął oczy, zacisnął mocniej dłoń na blacie, poczuł ból od zaciskanych zębów. W jego umyśle jednak zaczęło się wszystko klarować, gdy po chwili uniesienia zanikały ostatnie ślady przytłoczone okrutną rzeczywistością. Świat go weryfikuje w każdym momencie, ocenia i sprawdza. Ilu testom już nie podołał? Wszystko byłoby zdecydowanie lepsze gdyby przykładał się bardziej do zachowania maski, jaką nosił codziennie. Trzeba było udawać kolejne dwa lata. Uczucie na pewno by wygasło, na pewno... Kiedyś musiało, prawda?
Nieświadomy obecności Morpheusa tuż obok, zalał herbatę, choć przez drżące dłonie nie dał rady zalać ich pod sam brzeg, centymetr szyderstwa i pogardy pozostał. Dezaprobata, to teraz czuł. Niepocieszenie i zawód. Oraz strach. Jest teraz sam... Nigdy nie myślał, że nie będzie miał kompletnie nikogo do dzielenia się swoimi problemami. Zawsze Morpheus był jego oparciem, to on słuchał, on pomagał, tłumaczył, doradzał, a teraz? Do kogo ma się zwrócić? Nawet mówiąc do lustra nie usłyszy nic godnego zaufania. Z resztą nie mógł o tym mówić, nie mógł ryzykować, że w przypływie kolejnych młodzieńczych emocji wypowie jego nazwisko, zdradzi kim jest.
Odkręcił lodowatą wodę, którą nabrał w dłonie, z ostatnim wydechem szlochu przemył nią twarz, skupiając się na schłodzeniu czerwonych oczu, na oddychaniu, które nie chciało wrócić do normy. Ścierką na szybko starł wodę i rzucił materiał na blat z bezsilną złością. Pociągnął nosem, spróbował zebrać myśli, zaczepić je o znaną dobrze codzienność o coś co się nie zmieni nagle o coś bezstronnego.
-Cukier...-rzucił do siebie, odwracając się w stronę stolika w kuchni. Od razu wyłapał ciemny kształt w przejściu, na który wzdrygnął się całym ciałem i krzyknął krótko, zaraz przykładając dłoń co serca. Szybkie orzeźwienie przez panikę i przerażenie. Mężczyzna jednak nie stał z pięściami gotowymi do bicia, z dłońmi gotowymi do duszenia za splamienie jego godności tak bardzo niechcianym pocałunkiem. Przynajmniej jeszcze nie stał.
Zmarszczył brwi, zacisnął szczęki. Nie miał do niego prawa. Opuścił wzrok. Nie był kimś kto może mówić mu, że ma zostać. Zostać? Całym sercem wierzył, że mężczyna przyszedł się pożegnać, w końcu po co miałby tu przychodzić z bezpiecznego miejsca w pokoju, który miał cały dla siebie?
Bezradnie splótł ze sobą ręce, męcząc palce w silnym ścisku znęcającym się nad samym sobą, karząc się za wyciągnięcie dłoni do bóstwa, i za bycie zdziwionym, że to nie jest nim zainteresowane.
Nie umiał na niego spojrzeć, nie tylko nie miał odwagi, a po prostu się bał. Herbata nie miała znaczenia, nigdy nie miała, zrobił ją tylko po to żeby uciec, a mężczyzna i tak do niego przyszedł. Zmienił zdanie? Nie, niech tego nie robi. Kolejny raz go odtrąci, a tego już nie zniesie, miał dosyć, dosyć tego dnia, mieszkania, pracy, magii, ludzi, wszystkiego. Gdyby tylko mógł zniknąć, rozpłynąć się w niebyt nie mieszać w życiach innych ludzi.
Milcząc czekał na pożegnanie, na odwrócenie się mężczyzny i wyjście bez słowa, na komentarz obrzydzenia, na uderzenie. Ludzie boją się tego czego nie rozumieją, a dzisiaj czarodziej niezwykle namieszał w głowie wilkołaka.
Nieświadomy obecności Morpheusa tuż obok, zalał herbatę, choć przez drżące dłonie nie dał rady zalać ich pod sam brzeg, centymetr szyderstwa i pogardy pozostał. Dezaprobata, to teraz czuł. Niepocieszenie i zawód. Oraz strach. Jest teraz sam... Nigdy nie myślał, że nie będzie miał kompletnie nikogo do dzielenia się swoimi problemami. Zawsze Morpheus był jego oparciem, to on słuchał, on pomagał, tłumaczył, doradzał, a teraz? Do kogo ma się zwrócić? Nawet mówiąc do lustra nie usłyszy nic godnego zaufania. Z resztą nie mógł o tym mówić, nie mógł ryzykować, że w przypływie kolejnych młodzieńczych emocji wypowie jego nazwisko, zdradzi kim jest.
Odkręcił lodowatą wodę, którą nabrał w dłonie, z ostatnim wydechem szlochu przemył nią twarz, skupiając się na schłodzeniu czerwonych oczu, na oddychaniu, które nie chciało wrócić do normy. Ścierką na szybko starł wodę i rzucił materiał na blat z bezsilną złością. Pociągnął nosem, spróbował zebrać myśli, zaczepić je o znaną dobrze codzienność o coś co się nie zmieni nagle o coś bezstronnego.
-Cukier...-rzucił do siebie, odwracając się w stronę stolika w kuchni. Od razu wyłapał ciemny kształt w przejściu, na który wzdrygnął się całym ciałem i krzyknął krótko, zaraz przykładając dłoń co serca. Szybkie orzeźwienie przez panikę i przerażenie. Mężczyzna jednak nie stał z pięściami gotowymi do bicia, z dłońmi gotowymi do duszenia za splamienie jego godności tak bardzo niechcianym pocałunkiem. Przynajmniej jeszcze nie stał.
Zmarszczył brwi, zacisnął szczęki. Nie miał do niego prawa. Opuścił wzrok. Nie był kimś kto może mówić mu, że ma zostać. Zostać? Całym sercem wierzył, że mężczyna przyszedł się pożegnać, w końcu po co miałby tu przychodzić z bezpiecznego miejsca w pokoju, który miał cały dla siebie?
Bezradnie splótł ze sobą ręce, męcząc palce w silnym ścisku znęcającym się nad samym sobą, karząc się za wyciągnięcie dłoni do bóstwa, i za bycie zdziwionym, że to nie jest nim zainteresowane.
Nie umiał na niego spojrzeć, nie tylko nie miał odwagi, a po prostu się bał. Herbata nie miała znaczenia, nigdy nie miała, zrobił ją tylko po to żeby uciec, a mężczyzna i tak do niego przyszedł. Zmienił zdanie? Nie, niech tego nie robi. Kolejny raz go odtrąci, a tego już nie zniesie, miał dosyć, dosyć tego dnia, mieszkania, pracy, magii, ludzi, wszystkiego. Gdyby tylko mógł zniknąć, rozpłynąć się w niebyt nie mieszać w życiach innych ludzi.
Milcząc czekał na pożegnanie, na odwrócenie się mężczyzny i wyjście bez słowa, na komentarz obrzydzenia, na uderzenie. Ludzie boją się tego czego nie rozumieją, a dzisiaj czarodziej niezwykle namieszał w głowie wilkołaka.