To, co chcesz od kogoś, a co ten ktoś nie może ci dać. Dlaczego tego nie może? Bo nie chce? Bo cię AŻ TAK nie kocha? To tak nie działało i nigdy nie było takie proste. Cain o tym wiedział cholernie dobrze, dlatego właśnie to było takie słodkie kłamstewko, w jakim żył. Odsuwał to od siebie, odsuwał jak najdalej, nie musiał o tym myśleć, na to patrzeć. Mógł manipulować nawet samym sobą, ale na końcu tej ścieżki tajemnic, gdzie już posypią się nasze czarno-białe pióra odkryjemy, że nie ma tu boskości. Że jesteś przede wszystkim istotą ludzką. Ten ból był kałużą wody, po której sunęły zaschnięte liści, a skoro Cain był z niej zbudowany to musiał być przeźroczysto-oczywisty. Z tym, że oczywistości nigdy nie wpisywały się w encyklopedię człowieczeństwa, kiedy to emocje stanowiły klucz do jego zrozumienia.
- Dlatego nazwałem to ładnym kłamstwem. - Chciał posłuchać o jego nowym domu, nowych znajomych, właściwie to nie mieli jeszcze na tyle czasu, żeby wszystko nadrobić. A Cain chciał nadrabiać. Był tego żarłoczny. Żarłoczny na wiedzę o nim, na wszystko, co z nim związane. Jego masochistyczna miłość, która przetrącała mu żebra i wciskała je w bebechy. Jego sadystyczna miłość pozwalająca się niszczyć, gnieść i jęcząca przy tym w podnieceniu, bo przecież sama się tego dopominała. Tak, miał rację. Gdyby położył na nim dłonie, zsunął je niżej, odpiął jego pasek, gdyby zjechał pocałunkami na jego klatkę piersiową, gdyby ubezwłasnowolnił go swoimi pieszczotami w tamtej jednej chwili, niedługo po tym, jak tu dotarł, to sytuacja wyglądałaby inaczej. Byłoby więcej opamiętania w nim samym - dla jego Obsesji i dla samego siebie. Ale Fleamonta to nie satysfakcjonowało, tak jak Caina nie satysfakcjonowała połowiczność tego wszystkiego. Niby jego czas i wspomnienia po cofnięciu się znów zostały pobłogosławione przyciskiem "play", ale musiał naciskać ciągle guzik "przyśpieszenie 0,5". Inaczej chyba nie mógłby funkcjonować. Chciał obedrzeć tego człowieka ze skóry, ubrać się w nią, chciał rwać jego włosy, wykroić serce z piersi i wgryźć się w nie. Chciał szaleństwa i chciał absolutnej łagodności. Przecież to serce wyciągałby z wręcz nabożną czcią. Ta wiwisekcja żywego człowieka nie była aż tak chora, żeby dosłownymi wizjami wciskać się do jego głowy, bo przecież fizycznie mógł co najwyżej ugryźć go do krwi albo do tej krwi podrapać. Zostawić za dużo siniaków. Ale mentalnie, och, kochany... Emocjonalnie i mentalnie nie było takiego narzędzia, którym nie chciałby pracować nad Fleamontem Bellem. - Nie potrafię stawiać przed tobą takich żądań, bo chcę, żebyś był szczęśliwy. Nie potrafię o takie rzeczy pytać, bo gdybyś mi odmówił byłbym bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Nie wszystkiego powinno się żądać od ludzi. Szczególnie tych, na których zależy ci najbardziej. - Przybrał ten mentorski ton, nawet ten specyficzny ton głosu, kiedy mówił do Flynna rzeczy prawie tak, jakby... może tak, jak stary człowiek mógł młodemu chłopcu opowiadać o swoich mądrościach nabytych w pustelni. Cain żył wśród ludzi, ale ludzi nie widywał wcale. Sylwetka człowieka była drzewem, którą niewyraźnie mijałeś jadąc pociągiem. - Ugh... znam się na twoim chuju, a nie na związkach i ich problemach. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. - Nie chciał, żeby Flynn zaraz znowu to odebrał jakoś dziwnie, żeby pomyślał, że to dalej ZRYWANIE, albo że Cain go nie chce, że to gdzoieś podprogowo próbuje mu przekazać... nawet nie potrafił sobie wyobrazić, co Flynn MÓGŁBY pomyśleć. Co mógłby wyłuskać z jego bardzo nieudolnego próby powiedzenia, że zależy mu na nim tak bardzo, że nie chce go ograniczać. Że... och, no właśnie... - Zawsze chodziłeś swoimi ścieżkami. Nie chcę cię ograniczać. Ale w swoim egoizmie chciałbym cię tylko dla siebie. - Tak? Czy tak było to zrozumiałe? Doznał jakiegoś malutkiego oświecenia. Chyba tak było dobrze.
To był trudny temat, szczególnie trudny, kiedy głowa nie pracowała, jak należy. Cain zatrzymał się w półkroku czując dotyk Flynna, spojrzał na niego półprzymkniętymi oczami, po których widać było wysiłek, jakim było utrzymanie skupienia i ból, który się z tym wiązał. Złapał go za tę dłoń, kiedy miała się prześlizgnąć i przytulił go. Tak mocniej. Tak czule. Uścisk misia.
- Masz fetysz przepoconych ubrań? - Są różne dziwne rzeczy, które przychodziły ludziom do głowy i różne dziwne rzeczy, jakie można mówić w dziwnych sytuacjach. A że mózg Caina działał bardzo długą drogą skojarzeń sięgającą nawet lat wstecz, to potem potrafiły powstać takie rzeczy. No bo czemu on to ubrał, przecież chciał mu dać ubranie..! Ale nie dał czasu na odpowiedź, bo zaraz puścił go i udał się do tych drzwi, żeby zniecierpliwiony sąsiad nie musiał dobijać się więcej. Nawet nie połączył tego, że dźwięk samochodu o tej godzinie był sygnałem, że to może nie być jedyny gość tego wieczoru. On teraz niewiele łączył, bo cały ten bzyczący ul skupiony był na Flynie i na to, jak wiele rzeczy powiedział źle i jak wiele powinien poprawić. Bardzo chętnie zacisnął swoje palce na dłoniach. Bardzo chętnie dał się poprowadzić. Jego wizja była tunelowa - tylko Flynn. Mógłby go wyprowadzić z domu i wyrzucić na śmietnik, pozwoliłby mu na to. Zamiast tego ten wolał go wyrzucić do sypialni. Na łóżko. - Wytulę. - Zgodził się jak grzeczny szczeniaczek, który zaraz zacznie machać ogonkiem. Ale nie miał ogonka - dlatego tylko pomachał głową. Twierdząco. Było fajnie. Miało być fajnie... będzie, tylko jeszcze przeszkoda.
Zazdrość. Zazdrość była Cainowi kompletnie obcym uczuciem. Obcym przez pryzmat samego siebie, bo przez pryzmat innych ludzi znał go doskonale. Rozumiał, wiedział, z czego wynika i było to jedno z tych uczuć, które WIEDZIAŁ, że się pojawią, kiedy tylko zobaczyłby kogoś obok Flynna. A już na pewno kiedy Flynn będzie się wdzięczyć do jakiegoś... aż z jego gardła wydobył się niezadowolony pomruk, który był zmemłanym przekleństwem. Dobrze, że zostawił na stole różdżkę, albo dobrze, że już mu się jebało w głowie.
- Przepraszam za ciszę nocną. ZNOWU. - Ile można, kurwa, przepraszać? Jak potrzeba to i milion razy. Cain mógł mówić każdemu to, co chcą usłyszeć, żeby tylko dali mu to, czego chce on. Ale mógł też pierdolić trzy po trzy, żeby ludzi wkurwiać i żeby już niczego nie chcieli od niego. Cain objął Flyna od tyłu i oparł mu podbródek na barku, patrząc na tego policjanta, który zaraz gotów był tutaj chyba dołączyć do grona spoconych mężczyzn. Odetchnął ze znużeniem. - Jeżeli przyszedł pan na trójkąt to już za późno. Pewnie stąd te skargi...
- A... aha... to... ja nie będę panom przeszkadzać. Cieszę się, że... sytuacja się uspokoiła. - Uśmiechnął się nawet i chyba miał to być sympatyczny uśmiech. Aleee coś nie wyszło. Nie do końca. - Chociaż... powinienem panów wylegitymować. Pryzbyłem tu, oficjalny patrol, dokumenty muszą się zgadzać...