Zawsze istniała możliwość poznania historii od kropki. Otwierasz ostatnią stronę i tam nie ma nic, zupełnie nic. Tylko jedna kropka. Poznanie, prolog, nawet nie pierwszy rozdział, a drugi to już epilog. Epilog kropki. Ta możliwość pojawiłaby się wtedy, gdyby napotkał zamknięte drzwi. Zrezygnowałby wtedy? Odpuścił? Nie, oczywiście, że nie. Mogły dzielić ich tysiące kilometrów od Tuluzy do New Forest, ale łączyło ich dlaczego. I to jedno niebo, które nie ważne czy dzienne czy nocne zawsze stroiło się w różne kolory. Zupełnie tak, jak ta dziwna relacja, która miała taki gorzki smak.
Nie musiał pukać drugi raz. Drzwi zostały otworzone może nie od razu, ale nie wypadało się namolnie dobijać. Nie wypadało w ogóle się narzucać i być namolnym. Słyszał kroki, a kiedy kroki się zbliżały, to jego serce trochę przyśpieszyło rytmu. Tylko trochę. Nie było szaleńczego pędu, to pewnie przez to zmęczenie. A czym to zmęczony może być ten, który wcale nie zajmował się skrobaniem tej książki? Samymi staraniami i szukaniem inspiracji, drogi Świecie, można było się zadławić. Wiele energii potrzebowało ciało, żeby się po zadławieniu uspokoić, a umysł musiał przepracować strach i przeświadczenie, że kolejny kęs skończy się tak samo. Tak oto stanął - jego objawiona Spadająca Gwiazda. Gwiazda jednej nocy, jak to kiedyś sam określił, ta co mignie i spadnie, potem jej nie ma. Laurent widział to inaczej. Ta gwiazda wcale nie spadała, wcale nie znikała. Ona jedynie frywolnie udawała się w podróż dokąd chciała, kiedy jej siostry i bracia zamierały w nic nieznaczącym bezruchu. Był tak samo piękny jak tamtego dnia, kiedy go spotkał i poznał. Tak samo zjawiskowy. Dzieło sztuki, boska doskonałość. Marmur, który jakimś cudem dostał oddech życia w darze od Matki Wody i Ojca Ziemi. Oblekała go perfekcja tak gładka jak kaszmir pod palcami, tak nieludzko ludzka w swoich podwojach, że rozpływałeś się przed jej świętością i znów stawałeś całością w jedno mrugnięcie jego oka później. Ale tym razem nie było tyle niepewności w selkie wobec tego przenikliwego spojrzenia. Tak jak tamtego dnia przy wozie. Ten sam uśmiech, to samo spojrzenie, tylko nie spoglądał na niego zza okularów, bo tym razem nie miał mapy. A przydałaby mu się. Mapa, która pozwoliłaby mu znaleźć drogę do zrozumienia tego piekielnego dlaczego.
Mimo to minimalnie drgnął mu kącik ust, kiedy pomyślał, że te drzwi się zaraz zamkną ze słowami chciałem ci powiedzieć, że mnie obrzydziłeś. I koniec. Oto moja kropka. Dopisane niestarannie zdanie zaraz za nią, bo nawet nie przyszło nikomu do głowy, że ta kropka powinna być na końcu.
- Dziękuję. - Wszedł do środka. Przekroczył jaskinię wilka, którego stalowe oczy zaraz miały z precyzją chirurga ciąć skórę jego karku i wbijać się między kręgi, zarysowywać je i szukać odpowiedzi. [i]A może... ty też jesteś Śmierciożercą?[i/] Myśli czasami lubiły zdradzać człowieka. Zdradzały bardzo często Laurenta, który przeszedł przez korytarz, żeby wejść (zapewne) do salonu, zatrzymując się tam, by gospodarz mógł zaprowadzić go do miejsca ich ostatniej bitwy. Choć to niekulturalne to jakoś blondyn pomyślał, że wolałby załatwić to przez próg, niż czuć się teraz więźniem groty tego wilka. - Owszem, nie zastałeś mnie w New Forest, bo aktualnie tam nie rezyduję. - Wyjaśnił spokojnie. Bardzo wiele przyczyn składało się na lęk, który pchnął go do unikania spania w New Forest. Nawet unikał przebywania tam samemu zbyt długo. Duma czuł się przez to upuszczony. - Nie sądziłem, że mnie jeszcze odwiedzisz. - To dawało jednak jakąś maleńką nadzieję na to, że nie wszystko było stracone. Tylko czy to nie była chora nadzieja?