25.11.2022, 03:10 ✶
Patrick obserwował jak Brenna przykucnęła by przejrzeć korespondencję. Listy, które otrzymywała Emily Hill nie należały do najbardziej pasjonujących. Większość z nich stanowiły te dotyczące opłat za prąd, gaz, wodę, telefon i raty kredytu za samochód. Było też kilka listów ze szkoły, w której musiał się uczyć Lyndon. Między nimi znalazła dwie podejrzanie wyglądające koperty. Były wyraźnie grubsze od pozostałych. Widniejący na każdej z nich, ten sam adres Emily Hill, został zapisany różnymi charakterami pisma. Brakowało nadawcy. Poza korespondencją, panna Longbottom natknęła się także na oferty promocyjne pobliskiej pizzerii i restauracji z indyjskim żarciem. Najstarsze z nich sięgały daty sprzed miesiąca.
- Może musieli niespodziewanie szybko opuścić dom? – podsunął Patrick. – Zajrzę do sypialni. Sprawdzę, czy spakowała ubrania.
Jak miało się okazać, Emily Hill nie należała do kobiet, które oszczędzały na butach. Zaglądając do szafki, Brenna mogła naliczyć aż piętnaście par. Jej syn miał ich jeszcze więcej. Jeśli czegoś brakowało to najwyżej obuwia, w którym obydwoje wyszli i zniknęli.
Steward zagłębił się w jednym z pokoi na dole. Trochę za mocno trzasnęły za nim drzwi, jakby zamknięte z impetem przez kogoś innego. Kogoś wściekłego, że w ogóle ośmielił się tu przyjść.
Na korytarzu zapanowała ciężka, świdrująca cisza. Każdy mebel, każdy sęk w podłodze, drobny kwiatek na tapecie – wszystko to obserwowało Brennę z nienawiścią. Dom nią cuchnął. Była tu niechcianym gościem. I to tak bardzo niechcianym, że gdy zaciągnęła się wonią, która go przenikała, niemal zrobiło jej się słabo.
Tak, stało się tutaj coś bardzo złego. Ale czy miało związek z czarną magią? Może minęło zbyt wiele czasu, bo nie mogła tego wyczuć. Nie w tym miejscu. Nie na świdrującym, obserwującym ją korytarzu. Wystarczyło jednak mrugnięcie by zobaczyła czarny cień sunący do kuchni. Nie miał twarzy. Brakowało mu nawet rąk lub nóg. Mignął przez krótką chwilę, jak dawne echo kogoś innego i zniknął. Ale zanim to zrobił, Brenna znowu poczuła jego płonącą jak pochodnia nienawiść. I to nienawiść, która była skierowana bezpośrednio w jej stronę.
Kuchnia okazała się ciemna i brązowa, za to obfitująca w szafki, półki i blaty. W pierwszej chwili wyglądała na starannie uprzątniętą. Jakby jej właścicielka całkiem niedawno skończyła robić obiad, a teraz musiała wyjść do sklepu po produkty na kolację. Na suszarce stały zupełnie suche już talerze i kubki. W misie na owoce leżały wysuszone i zgniłe banany. Pod stołem, obok przewróconej miseczki, leżała jakaś zastygła i wysuszona papka. Przy drzwiach prowadzących do ogrodu, Brenna zobaczyła łyżkę stołową. Na lodówce przypięto magnesami trochę zdjęć. Wszystkie były mugolskie i musiały przedstawiać Lyndona (od czasów gdy był słodkim bobasem do momentu aż stał się młodym, ośmioletnim mężczyzną). Na dwóch nawet był z matką – niską, drobną trzydziestoparolatką, która całowała go w czoło albo obejmowała ramieniem podczas górskiej wycieczki. Obok tego Brenna zobaczyła plan lekcji Lyndona i dopisane (jego niewprawioną jeszcze ręką) oznaczenia zajęć pozaszkolnych, w tym zajęć z basenu i hiszpańskiego.
I wtedy nagle wydarzyły się dwie rzeczy: najpierw stuknęły drzwi prowadzące do ogrodu (jakby smagnięte wiatrem) a potem jedna z fotografii – ta chyba najnowsza z ośmioletnim Lyndonem spadła na ziemię. Jakby nagle rozmagnesował się magnes, na którym wisiała.
- Może musieli niespodziewanie szybko opuścić dom? – podsunął Patrick. – Zajrzę do sypialni. Sprawdzę, czy spakowała ubrania.
Jak miało się okazać, Emily Hill nie należała do kobiet, które oszczędzały na butach. Zaglądając do szafki, Brenna mogła naliczyć aż piętnaście par. Jej syn miał ich jeszcze więcej. Jeśli czegoś brakowało to najwyżej obuwia, w którym obydwoje wyszli i zniknęli.
Steward zagłębił się w jednym z pokoi na dole. Trochę za mocno trzasnęły za nim drzwi, jakby zamknięte z impetem przez kogoś innego. Kogoś wściekłego, że w ogóle ośmielił się tu przyjść.
Na korytarzu zapanowała ciężka, świdrująca cisza. Każdy mebel, każdy sęk w podłodze, drobny kwiatek na tapecie – wszystko to obserwowało Brennę z nienawiścią. Dom nią cuchnął. Była tu niechcianym gościem. I to tak bardzo niechcianym, że gdy zaciągnęła się wonią, która go przenikała, niemal zrobiło jej się słabo.
Tak, stało się tutaj coś bardzo złego. Ale czy miało związek z czarną magią? Może minęło zbyt wiele czasu, bo nie mogła tego wyczuć. Nie w tym miejscu. Nie na świdrującym, obserwującym ją korytarzu. Wystarczyło jednak mrugnięcie by zobaczyła czarny cień sunący do kuchni. Nie miał twarzy. Brakowało mu nawet rąk lub nóg. Mignął przez krótką chwilę, jak dawne echo kogoś innego i zniknął. Ale zanim to zrobił, Brenna znowu poczuła jego płonącą jak pochodnia nienawiść. I to nienawiść, która była skierowana bezpośrednio w jej stronę.
Kuchnia okazała się ciemna i brązowa, za to obfitująca w szafki, półki i blaty. W pierwszej chwili wyglądała na starannie uprzątniętą. Jakby jej właścicielka całkiem niedawno skończyła robić obiad, a teraz musiała wyjść do sklepu po produkty na kolację. Na suszarce stały zupełnie suche już talerze i kubki. W misie na owoce leżały wysuszone i zgniłe banany. Pod stołem, obok przewróconej miseczki, leżała jakaś zastygła i wysuszona papka. Przy drzwiach prowadzących do ogrodu, Brenna zobaczyła łyżkę stołową. Na lodówce przypięto magnesami trochę zdjęć. Wszystkie były mugolskie i musiały przedstawiać Lyndona (od czasów gdy był słodkim bobasem do momentu aż stał się młodym, ośmioletnim mężczyzną). Na dwóch nawet był z matką – niską, drobną trzydziestoparolatką, która całowała go w czoło albo obejmowała ramieniem podczas górskiej wycieczki. Obok tego Brenna zobaczyła plan lekcji Lyndona i dopisane (jego niewprawioną jeszcze ręką) oznaczenia zajęć pozaszkolnych, w tym zajęć z basenu i hiszpańskiego.
I wtedy nagle wydarzyły się dwie rzeczy: najpierw stuknęły drzwi prowadzące do ogrodu (jakby smagnięte wiatrem) a potem jedna z fotografii – ta chyba najnowsza z ośmioletnim Lyndonem spadła na ziemię. Jakby nagle rozmagnesował się magnes, na którym wisiała.