25.11.2022, 12:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2022, 13:03 przez Brenna Longbottom.)
– Nie ma ich tu od miesiąca – poinformowała Patricka. Krótko, sztywno, już nie tylko na skutek podejrzeń wobec tego, jaką sprawę badają, gdy żaden żart nie przeszedłby Brennie przez usta, ale też przez to, co czuła w tym domu.
Brenna bywała już na miejscach zbrodni.
Wbrew opinii wielu, BUM nie zajmował się tylko wystawianiem mandatów za złe parkowanie. I istniały morderstwa, w których nie użyto czarnej magii, nie trafiały więc do Biura Aurorów. Czarodziej, spychający kochankę ze schodów. Tajemnicze otrucie. Wypadek, który mógł, ale nie musiał być wypadkiem.
Nie miała w teorii żadnych dowodów na to, że ktoś zginął lub ucierpiał w tym domu. A jednak, całą sobą czuła, że stało się tu coś złego. Nie chodziło nawet o popsute owoce, o papkę przy miseczce, o plan zajęć – Emily nie wyjechałaby w ciągu roku szkolnego, jeden rzut oka na ilość zajęć dodatkowych jasno na to wskazywał. Może była to aura czarnej magii. A może coś innego. Może to było to samo uczucie, które dręczyło ją czasem, gdy była jeszcze dzieckiem, na długo zanim wpadło jej do głowy rozpalić krąg świec. Kiedy przeszłość zdawała się wyzierać z kątów, napierać na nią, kiedy ściany szeptały, obrazy nakładały się na siebie, przenikały do snów. Mieszkała w domu pełnym antyków i przedmiotów używanych przez całe pokolenia jej przodków, i sny Brenny od małego pełne były wspomnień martwych ludzi.
Szła przez dom, z grubymi, podejrzanymi kopertami w rękach. Nie wiedziała, co się dzieje, ale miała przeczucie graniczące z pewnością, że dalsze przeszukania nie mają sensu. Emilly Hill nie żyła. Nie żył prawdopodobnie jej mały synek, spoglądający ze zdjęcia na lodówce. A ona albo traciła zmysły, albo jedno z dwóch – lub oba na raz – któreś zginęło w tym miejscu lub wróciło nawiedzać je po śmierci.
Oby nie, bo byłby to Lyndon.
Obróciła się, tym razem idąc do salonu, by przysiąść tam na pierwszym wolnym siedzisku. Nie zwróciła uwagi na spadające zdjęcie, na trzaskanie drzwi, jakby była zahipnotyzowana. Mimo to koperty zachowała rozsądek: najpierw obejrzała uważnie, pod światło, a potem jeszcze stuknęła je różdżką, szepcąc finite, tak na wszelki wypadek, nim je otworzyła.
– Mam zamiar dowiedzieć się, gdzie jest Emily Hill – oświadczyła głośno i wyraźnie, nieważne, jak było to głupie. Może mówiła do siebie. Może do tego nieprzyjaznego domu: niech spada ze swoimi sztuczkami, nie powstrzyma jej.
A może składała tylko obietnicę martwej charłaczce, że jest ktoś, kto się nią przejmie.
Brenna bywała już na miejscach zbrodni.
Wbrew opinii wielu, BUM nie zajmował się tylko wystawianiem mandatów za złe parkowanie. I istniały morderstwa, w których nie użyto czarnej magii, nie trafiały więc do Biura Aurorów. Czarodziej, spychający kochankę ze schodów. Tajemnicze otrucie. Wypadek, który mógł, ale nie musiał być wypadkiem.
Nie miała w teorii żadnych dowodów na to, że ktoś zginął lub ucierpiał w tym domu. A jednak, całą sobą czuła, że stało się tu coś złego. Nie chodziło nawet o popsute owoce, o papkę przy miseczce, o plan zajęć – Emily nie wyjechałaby w ciągu roku szkolnego, jeden rzut oka na ilość zajęć dodatkowych jasno na to wskazywał. Może była to aura czarnej magii. A może coś innego. Może to było to samo uczucie, które dręczyło ją czasem, gdy była jeszcze dzieckiem, na długo zanim wpadło jej do głowy rozpalić krąg świec. Kiedy przeszłość zdawała się wyzierać z kątów, napierać na nią, kiedy ściany szeptały, obrazy nakładały się na siebie, przenikały do snów. Mieszkała w domu pełnym antyków i przedmiotów używanych przez całe pokolenia jej przodków, i sny Brenny od małego pełne były wspomnień martwych ludzi.
Szła przez dom, z grubymi, podejrzanymi kopertami w rękach. Nie wiedziała, co się dzieje, ale miała przeczucie graniczące z pewnością, że dalsze przeszukania nie mają sensu. Emilly Hill nie żyła. Nie żył prawdopodobnie jej mały synek, spoglądający ze zdjęcia na lodówce. A ona albo traciła zmysły, albo jedno z dwóch – lub oba na raz – któreś zginęło w tym miejscu lub wróciło nawiedzać je po śmierci.
Oby nie, bo byłby to Lyndon.
Obróciła się, tym razem idąc do salonu, by przysiąść tam na pierwszym wolnym siedzisku. Nie zwróciła uwagi na spadające zdjęcie, na trzaskanie drzwi, jakby była zahipnotyzowana. Mimo to koperty zachowała rozsądek: najpierw obejrzała uważnie, pod światło, a potem jeszcze stuknęła je różdżką, szepcąc finite, tak na wszelki wypadek, nim je otworzyła.
– Mam zamiar dowiedzieć się, gdzie jest Emily Hill – oświadczyła głośno i wyraźnie, nieważne, jak było to głupie. Może mówiła do siebie. Może do tego nieprzyjaznego domu: niech spada ze swoimi sztuczkami, nie powstrzyma jej.
A może składała tylko obietnicę martwej charłaczce, że jest ktoś, kto się nią przejmie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.