03.02.2024, 23:00 ✶
Gdzie się zaczynał ten sarkazm i gdzie kończył? Gdzie mieli prawo jeszcze biegać po piasku, skakać jak zakochane w sobie dzieciaki, a gdzie zaczynała się dorosłość, w której równie dorosłe decyzję zamieniały nas w rzucające się do gardeł bestie. Miał przed sobą wilka, nie owcę. Tygrysa, nie sarnę. Kim był w takim ataku? Łatwo jest nadepnąć na węża, kiedy ten wcale nie chce pokąsać, chociaż przyszedł tuż bojowym nastawieniem i myślą, że nie ulegnie. Nie będzie roztapiał się w palcach Kaydena jak plastelina. Mężczyzna jednak dobrze się bawił sytuacją, pięknie nią kręcił, albo kręcił po prostu nim samym. Zarzuty, jakie tu padały, chwilowe mięknięcia, fale łagodne i tsunami, które pochłaniało ciebie z całym twoim światem - to nie miało sensu. Kayden taki nie był, prawda? Prawda?! Nie zakochał się w takim człowieku.
Spodziewał się takich słów, przecież dla tego postawa miała być bojowa. Była tak bojowa, że myślał, że ud ani się wszystko wyjaśnić i okaże się to nieporozumieniem. Laurent przecież nie potrafił skrzywdzić nawet muchy. Człowieka, którego pokochał, nie potrafiłby skrzywdzić tym bardziej. Rozbrojony, nie myśląc o zbroi, przyjmował ciosy, starał się je tylko przyblokować. Odepchnąć ciosy, wyznaczyć granicę. Im dalej ta rozmowa szła tym granicą znikała bardziej. I w końcu Kayden przełamał ją całkowicie. Powiedział dokładnie to, co sądził, że się stało. Z tą okropną miną. Z tym okrutnym spojrzeniem. Jakby przybijał skrzydła motyla pinezkami do drewna. Jego uśmiech, jego gęsty, jego ton. Wszystko jego, które były zupełnym przeciwieństwem tego, co do tej pory mu dał.
Laurent bym tylko słabym deszczem tego sierpniowego poranka, który po same brzegi wypełnił właśnie granicę swojego smutku.
To było jak śmierć. Przez moment Laurent nawet zapomniał o oddychaniu. Zapomniał też o słowach, zdaniach i znaczeniach. Podniósł się zaraz za Kaydenem.
- Ah tak... - Poruszył wargami, wpatrując się w tego człowieka tak, jakby dusza opuściła już jego ciało. Jakby nawet już nie widział Kaydena. A palce powoli odpięły pierwszy i drugi guzik koszuli. - Udawanie wychodzi ci najlepiej. - Poznał schemat tego człowieka. Jego szarość, szukanie barw. - Przepraszam pana. Zapomniałem, jak każda tymczasowa prostytutka, ustawić zasady tej relacji. - Jeśli w ogóle można było to nazwać relacją z perspektywy tego spotkania. - To w tym problem? - Rozłożył ręce, odrywając je z tej częściowo odpiętej koszuli. - Bo... Bo... nie padłem przed tobą na kolana? - Serce już waliło mu jak szalone, oddychał niespokojnie. Wrócił dłonią do klatki piersiowej. - Tego... Potrzebujesz, żeby nie mówić, że... Że mi się nie znudziło? - Z tej pustki tchnęła iskra człowieka na krawędzi, który zbyt wiele razy został pchnięty do tej studni. - Nigdy... Nigdy nie traktowałem cię jak wystawy. Zawsze odpowiadalem, na wszystko. Wszystko... - Złapał głębiej powietrze w płuca
Spodziewał się takich słów, przecież dla tego postawa miała być bojowa. Była tak bojowa, że myślał, że ud ani się wszystko wyjaśnić i okaże się to nieporozumieniem. Laurent przecież nie potrafił skrzywdzić nawet muchy. Człowieka, którego pokochał, nie potrafiłby skrzywdzić tym bardziej. Rozbrojony, nie myśląc o zbroi, przyjmował ciosy, starał się je tylko przyblokować. Odepchnąć ciosy, wyznaczyć granicę. Im dalej ta rozmowa szła tym granicą znikała bardziej. I w końcu Kayden przełamał ją całkowicie. Powiedział dokładnie to, co sądził, że się stało. Z tą okropną miną. Z tym okrutnym spojrzeniem. Jakby przybijał skrzydła motyla pinezkami do drewna. Jego uśmiech, jego gęsty, jego ton. Wszystko jego, które były zupełnym przeciwieństwem tego, co do tej pory mu dał.
Laurent bym tylko słabym deszczem tego sierpniowego poranka, który po same brzegi wypełnił właśnie granicę swojego smutku.
To było jak śmierć. Przez moment Laurent nawet zapomniał o oddychaniu. Zapomniał też o słowach, zdaniach i znaczeniach. Podniósł się zaraz za Kaydenem.
- Ah tak... - Poruszył wargami, wpatrując się w tego człowieka tak, jakby dusza opuściła już jego ciało. Jakby nawet już nie widział Kaydena. A palce powoli odpięły pierwszy i drugi guzik koszuli. - Udawanie wychodzi ci najlepiej. - Poznał schemat tego człowieka. Jego szarość, szukanie barw. - Przepraszam pana. Zapomniałem, jak każda tymczasowa prostytutka, ustawić zasady tej relacji. - Jeśli w ogóle można było to nazwać relacją z perspektywy tego spotkania. - To w tym problem? - Rozłożył ręce, odrywając je z tej częściowo odpiętej koszuli. - Bo... Bo... nie padłem przed tobą na kolana? - Serce już waliło mu jak szalone, oddychał niespokojnie. Wrócił dłonią do klatki piersiowej. - Tego... Potrzebujesz, żeby nie mówić, że... Że mi się nie znudziło? - Z tej pustki tchnęła iskra człowieka na krawędzi, który zbyt wiele razy został pchnięty do tej studni. - Nigdy... Nigdy nie traktowałem cię jak wystawy. Zawsze odpowiadalem, na wszystko. Wszystko... - Złapał głębiej powietrze w płuca