25.11.2022, 15:27 ✶
Patrick zmarszczył czoło, chyba trochę zaskoczony tym, że Norze naprawdę nie przydarzyła się żadna większa krzywda. Może chodziło o to, że patrząc na nią widział kogoś jeszcze niezwykle młodego, prawie dziecko jeszcze, kto nie nadawał się do walki? Albo też wziął ją za charłaczkę, która przyszła na marsz by bronić swoich praw?
Pokręcił głową, choć równie dobrze mógł właściwie wzruszyć ramionami lub nie zareagować w ogóle. Prawda wyglądała tak, że nie miał zielonego pojęcia kto i dlaczego zaatakował manifestujących. Całość wydawała mu się niepokojąco abstrakcyjna i jednocześnie taka do bólu przewidywalna... Ale myśli Patricka były dużo bardziej przyziemne niż Nory, w pierwszej chwili gotów był obwiniać raczej skostniały, konserwatywny czarodziejski świat niż cokolwiek (i kogokolwiek) innego.
- Obawiam się, że to raczej uprzedzenia i zacofanie odegrały tu najważniejszą rolę – powiedział wreszcie.
Kątem oka obserwował co się działo dookoła nich. W pewnej chwili nawet złapał za ramię jednego z mijających ich brygadzistów i wskazał mu podbródkiem cel, którym ten najwyraźniej miał się zająć. Patrick pozostawał niespokojny, jakby spodziewał się, że dalej będzie tylko gorzej, więc próbował na siłę zapobiec zwiększeniu zagrożenia. Nawet jeśli tak naprawdę nie miał na nie żadnego wpływu. Ludzi było za dużo a tych, którzy mieli zadbać o bezpieczeństwo marszu, za mało.
Może też, dlatego, gdy Nora wyciągnęła rękę by wskazać miejsce, gdzie jaśniała na jego policzku czerwona szrama, zapatrzył się na nią osobliwie, jakby nie do końca rozumiał, co chciała zrobić.
- Ach, to nic takiego – odpowiedział, uśmiechając się blado. Dotknął ręką zadrapania, by zetrzeć krew. Uśmiechnął się szerzej do kobiety. – Nie musisz mi się odwdzięczać. Po prostu uważaj na siebie – rzucił jeszcze, a potem ruszył do przodu, w stronę z której dostrzegł błysk kolejnego zaklęcia.
Po krótkiej chwil zniknął w tłumie.
Pokręcił głową, choć równie dobrze mógł właściwie wzruszyć ramionami lub nie zareagować w ogóle. Prawda wyglądała tak, że nie miał zielonego pojęcia kto i dlaczego zaatakował manifestujących. Całość wydawała mu się niepokojąco abstrakcyjna i jednocześnie taka do bólu przewidywalna... Ale myśli Patricka były dużo bardziej przyziemne niż Nory, w pierwszej chwili gotów był obwiniać raczej skostniały, konserwatywny czarodziejski świat niż cokolwiek (i kogokolwiek) innego.
- Obawiam się, że to raczej uprzedzenia i zacofanie odegrały tu najważniejszą rolę – powiedział wreszcie.
Kątem oka obserwował co się działo dookoła nich. W pewnej chwili nawet złapał za ramię jednego z mijających ich brygadzistów i wskazał mu podbródkiem cel, którym ten najwyraźniej miał się zająć. Patrick pozostawał niespokojny, jakby spodziewał się, że dalej będzie tylko gorzej, więc próbował na siłę zapobiec zwiększeniu zagrożenia. Nawet jeśli tak naprawdę nie miał na nie żadnego wpływu. Ludzi było za dużo a tych, którzy mieli zadbać o bezpieczeństwo marszu, za mało.
Może też, dlatego, gdy Nora wyciągnęła rękę by wskazać miejsce, gdzie jaśniała na jego policzku czerwona szrama, zapatrzył się na nią osobliwie, jakby nie do końca rozumiał, co chciała zrobić.
- Ach, to nic takiego – odpowiedział, uśmiechając się blado. Dotknął ręką zadrapania, by zetrzeć krew. Uśmiechnął się szerzej do kobiety. – Nie musisz mi się odwdzięczać. Po prostu uważaj na siebie – rzucił jeszcze, a potem ruszył do przodu, w stronę z której dostrzegł błysk kolejnego zaklęcia.
Po krótkiej chwil zniknął w tłumie.