Nieporozumienia chodzą parami tak jak i nieszczęścia. W całej tej złości, rozdrażnieniu i żalu nie dotarło do niego, że zadaje mu rany, choć niesłusznie. Chlastał jak nóż po tkaninie. Prowokował i bronił się atakiem, ale wcale nie miał po co tego robić... bo... bo Laurent wydawał się teraz taki kruchy pod jego słowami. Jakby się rozpadał. Głucha realizacja uderzyła go w twarz i rozwiała chłód. Pisał...? Jak to pisał? - O czym ty mówisz? - Zapytał, tym razem cicho, czując, jakby go ktoś ściskał za gardło. Zrobiło mu się duszno. - Pisałem... prawie codziennie. Kiedy tylko mogłem, wysyłałem do ciebie listy. Myślałem, że... że nie masz czasu, a potem, że... - Zacisnął usta w wąską kreskę i napiął mięśnie szczęki, próbując przełknąć ślinę. Odwrócił wzrok, próbując to sobie jakoś poukładać w głowie. Pomylił coś w adresach? Niemożliwe, przecież dobrze go znał... Nawet jeśli Laurent nie rezydował już w New Forest, to jego skrzat na pewno by je przekazał, albo chociaż poinformował o próbie kontaktu. Poza tym nie robił takich głupich pomyłek... Czy to możliwe, że listy w jakiś sposób nie dotarły? Może z jednej strony, ale z obu? To już za dużo na zbieg okoliczności, zwłaszcza że nie mówimy tu o dwóch czy trzech kopertach. Zamrugał nerwowo, bo za dużo dziwnych rzeczy już się wydarzyło, a potem ugryzł się w wargę i zmarszczył brwi, przeklinając swoją głupotę. Dlaczego z góry założył taki scenariusz? Te wszystkie niedopowiedzenia i oskarżenia zamotały się wzajemnie, tworząc kołtun na włóczce. - Merde... - Zaklął cicho, przecierając oczy. I ten krok z prowokacyjnego nagle zanikł. Zmienił się w łagodny, jakby lód momentalnie się roztopił i zatrzymał go w miejscu. Czuł się winny... czuł się paskudnie, patrząc w lśniący od łez błękit. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nic poza nierównym oddechem z warg nie wypłynęło.
Dopiero po chwili milczenia dotarło do niego, że jak zaraz czegoś nie zrobi, to tego dogłębnie pożałuje. - Cich... U-uspokój się... - Wydusił i w końcu wziął się w garść. - Przepraszam... Laurent, przepraszam... - Nie podchodził bliżej, widząc strach wymalowany na ślicznej twarzy, chociaż chciał go przyciągnąć do siebie i zgarnąć w objęcia. Niepewnie tylko zrobił ruch ręką, jakby go chciał złapać za ramię. Nienawidził się za to, że doprowadził go do takiego stanu. Quel crétin! - Masz rację, nie zasłużyłeś na to... To... to wszystko nieporozumienie... ja- - Co to znaczyło, że potrzebował pomocy? I dlaczego łajał siebie, zamiast niego? To wszystko było nie tak...
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)