Gdyby Thia powiedziała to prawie dekadę temu, nie miałby problemów, aby w to uwierzyć. Uwierzyć w skruchę, poczucie winny i jej ogólną niewinność. A czemu tak się nie stało tym razem? To było prostsze, niż się mogło wydawać. Młodsza wersja Flintówny, uciekała wzrokiem w takich sytuacjach czy unikała mówienia tego co było już na pograniczu zawału serca. Była dużo mniej odważna, niż teraz.
Stanley z jednej strony chciał się zgodzić, przyznać jej rację. Ustalić, że to bzdura. Udawać, że wcale go to nie obchodzi i że to było jak najbardziej w porządku... ale nie było i dobrze o tym wiedział. Szkoda, że dojście do takich wniosków zajęło mu tyle czasu. Tyle długich lat. Borgin odbierał to spotkanie jako swego rodzaju rozliczenie z przeszłością. Może okazję do tego, aby wyjaśnić niektóre rzeczy? Nie, to raczej nie. Bo do tego było potrzebne inne nastawienie i może wręcz neutralny grunt, a przede wszystkim chłodna głowa na którą teraz nie było szansy.
"Kłamstwo ma krótkie nogi"... to powtarzała mu Anne przez całe życie. Drugą sentencją, którą mu powtarzała było - "lepsza gorsza prawda, niż najsłodsze kłamstwo". Czasami niestety nie dało się tak po prostu zrobić - przyznać do winy, do błędu, do najgorszego. Do tego, że było się kimś innym, niż druga osoba zakładała czy sądziła. A mógł wypaść jeszcze gorzej kiedy Thia znała już wszystkie sztuczki z których korzystał. Rozstał przeczytany tak jak jednak z książek, które tak bardzo kochała i się w nich lubowała.
Nie było najmniejszego sensu aby stawiać opór, sprzeciwiać się czy oburzać jak rozwydrzony nastolatek. Stanley wolał, żeby dowiedziała się sama, niż aby wyczytała gdzieś z gazety i wtedy doszła do wniosku, że jej założenie sprzed lat było prawidłowe. Teraz chociaż wiedziała jak się sprawy mają i na czym de facto on stoi. Mogła też zauważyć czym kończy się brak kontroli - danie wolnej ręki do działania.
Ból spowodowany wbiciem paznokci był jedynie zjawiskiem maksymalnej łaski jaką otrzymał w tym momencie, wszak zasługiwał na dużo gorsze traktowanie. Wzrok był ten sam - osądzający, powodujący to, że nie chciało się nawet pyskować czy odpowiedzieć, a jedynie schować głowę wśród własnych barków, które miały stanowić niejako bezpieczny azyl. Thia mogła się rzucić na niego z pięściami, wyzywać go od "głupców" czy cokolwiek innego chciała... zrozumiałby to i pewnie się zgodził po chwili bo taka też prawda. W dłuższym rozrachunku zawsze miała rację i zawsze wychodziło na "jej".
Wpatrywanie się w ogień zawsze miało coś w sobie. Był w tym jakiś urok - może pewnego rodzaju zazdrość odnośnie mocy i potęgi pochodzącej od tego żywiołu? Może była to zwykła ludzka złość, że ktoś jest od nich silniejszy? A może próba odnalezienia samego siebie? Jakiejś drogi w tym wszystkim, wskazówki, podpowiedzi?
Po jej słowach, wiedział, że tak będzie. Że nikt go tu nie znajdzie, chociaż czy musiał się przed kimś albo przed czymś ukrywać?Kiedy Cynthia podeszła i wręczyła szklankę, a wręcz wymusiła przejęcie szkła z jej dłoni, przeniósł wzrok na moment na zawartość. Kusiło, aby to po prostu wylać do ognia by następnie obserwować jak alkohol jest trawiony przez żar. Patrząc na ten ognisty taniec, malujący się po ściankach szkła i rąbek sukienki Thii, Stanley, chciał aby czas się zatrzymał. Aby mogli tak postać minutę, dwie... kwadrans, godzinę... całą wieczność?
- Nie - odparł szybko, niemal automatycznie lub jakby miał odpowiedź na to gotową od zawsze - Nigdy w to nie wątpiłem bo zawsze prezentowałaś sobą poziom wyżej - dodał, nie pozwalając jej na jakiekolwiek niedopowiedzenia w tej kwestii - Byłaś niczym bankiet na który, my, nie mieliśmy wstępu - przejechał dłonią po twarzy - Sprawdzałem po prostu czy nadal tak jest... - stwierdził, unosząc na chwilę głowę w kierunku jej twarzy ale czym prędzej wrócił do szklanki z wódką. Zupełnie jakby to ona stanowiła gwóźdź tego wieczora. Jakby była jakimś rozjemcą.
Dopiero niejaki taniec Thii sprawił, że podniósł swój wzrok ponownie, a może wręcz odpowiedział na jej wezwanie. A może po prostu przegrał próbę ucieczki na bok lub nie było to w jego stylu? Bacznie przyglądał się jak uniosła szklankę, a następnie przygotowuje się do wzięcia łyka. Borgin nie odpowiedział tym samym - stał niczym wryty i przyglądał się temu co ona robi - Tak - zgodził się - Nie - zaprzeczył po chwili - Nie wiem - pokręcił przecząco głową z bezradności ale podniósł szklankę do swoich ust, chociaż wprawne oko zauważyło by, że był to raczej automatyczny ruch, wymuszony przez ośrodkowy układ nerwowy, niż własną wolę. Wódka była paskudna nawet schłodzona. Nie smakowała, nie miała w sobie nic z gracji czy damy. Była najzwyklejszą szmatą wśród alkoholi i to też robiła z ludźmi - sprowadzała ich na manowce, niszczyła ich życia.
- Będziemy się teraz zastanawiać co powinniśmy zrobić kilka lat temu, a czego nie zrobiliśmy? - zapytał, przejeżdżając językiem po ustach, aby pozbyć się tego ohydnego smaku z ich powierzchni. Dlaczego to w ogóle wybrałeś? Co Ci padło na ten durny łeb? zastanawiał się, nie mogąc pojąc swojego procesu decyzyjnego. Lewa brew uniosła się tak jak to miała w zwyczaju kiedy o coś pytał albo coś go dziwiło. Westchnął i raz jeszcze pokręcił głową z dezaprobatą, by ponownie zamoczyć usta w tym płynnym paskudztwie - Widzisz Thia... Ta wódka... - zakręcił lekko dłonią, aby wprowadzić trunek w ruch - Jest niczym gorycz, która została i teraz musimy ją pić - dodał, pozostawiając jej te słowa do własnej interpretacji. Była bardzo mądrą i inteligentną kobietą, więc wierzył w jej zdolności. Wiedział, że da radę, że zrozumie o co mu chodzi.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972