05.02.2024, 08:52 ✶
Miały za mało czasu.
Celem ich wycieczki nie był w końcu urlop, a szukanie wiedzy - i choć tę znalazły, to odpowiedzi zrodziły tylko kolejne pytania, a niektóre słowa specjalisty wciąż odbijały się w głowie Brenny echem i wywoływały nieprzyjemny skręt w żołądku. Odwróci się to lub umrą, szanse mniej więcej pięćdziesiąt na pięćdziesiąt...
Mimo to uśmiechała się i paplała. I podczas nocnego spaceru ulicami Paryża, bo przecież szkoda spać, gdy jest się we Francji, i skoro świt, płacąc za bilety w jednym z muzeów. Bo jak tu nie wpaść do jednego z nich, gdy jest się w stolicy sztuki, a Mavelle uwielbiała tego typu rzeczy? Później czekała je jeszcze wycieczka po sklepach, po francuskich cukierniach i butikach, i może gdzieś że smakiem makaroników, z dotykiem jedwabi i satyny, na moment chociaż uda się nie myśleć o niczym innym: tylko o tej wycieczce. Jeszcze tego wieczora zaś miały wsiąść na prom, a z angielskiego wybrzeża teleportować się bezpośrednio do Doliny Godryka.
- Na pewno masz rację - przytaknęła bez oporów, bo jej wiedza o rzemiośle pozwalała akurat na powiedzenie "ładne', gdy spoglądała na niewielką rzeźbę. - Naprawdę bardzo kochasz takie rzeczy - dodała.
Nie doceniała eksponatów w takim stopniu jak Mavelle, ale nie dało się powiedzieć, żeby była obojętna. Brenna miała w zwyczaju ekscytować się niemal wszystkim i jeśli jej entuzjazm nie był teraz ogromny, to tylko z uwagi na okoliczności. Odsunęła się od gablotki i przeszła ku największej rzeźbie, najbardziej zwracającej uwagę: Pocałunkowi Rodina, parze splecionej w miłosnym uścisku.
- Może się uda - skwitowała słowa Mav o dłuższym urlopie, ale w duchu wiedziała, że nie, nie uda się, a przynajmniej nie jej. Nie mogła opuścić Anglii na dłużej, by wypoczywać: oszalałaby chyba. Nie chodziło tylko o pracę, bo w tej gdyby bardzo się uprzeć, mogłaby wziąć wolne, ale i o obawę o bliskich o wreszcie Zakon. Co gdyby była potrzebna właśnie wtedy, gdy zwiedzałaby Luwr?
- A jak o kochaniu, to miłość ma chyba w zwyczaju bardzo inspirować artystów. Chociaż nie jestem pewna, czemu wszyscy zachwycają się tak akurat tą rzeźbą. Za bardzo rozpieściły moje oczy Hogwarckie posągi? - spytała, zerkając na Bones, bo może ona potrafiła lepiej wskazać, co sprawiło, że akurat ta rzeźba stała się tak kultową, jak wspomniano im przy wejściu: najbardziej znanym eksponatem w tym muzeum, a przecież mieli coś nawet Van Gogha, o którym słyszała i Brenna, choć był mugolem.
Okrążyła powoli posąg: był ładny, na tej samej zasadzie, na której ładne wydawały się jej inne rzeźby w muzeum. Nie umiała jednak w pozycji czy mimice pary - niewidocznej niemal zresztą - wyczuć emocji, ani czułości, ani pożądania, ani miłości. Może była za mało wrażliwa, a może posągi z magicznego świata nadto przyzwyczaiły ją do czegoś zupełnie innego, bo przecież zdarzało się jej patrzyć na jakąś rzeźbę, także zakochanych, i od razu czuć, co artysta chciał przekazać.
- A może jestem po prostu absolutnie za mało romantyczna - dodała jeszcze, z uśmiechem czającym się w kącikach ust.
Celem ich wycieczki nie był w końcu urlop, a szukanie wiedzy - i choć tę znalazły, to odpowiedzi zrodziły tylko kolejne pytania, a niektóre słowa specjalisty wciąż odbijały się w głowie Brenny echem i wywoływały nieprzyjemny skręt w żołądku. Odwróci się to lub umrą, szanse mniej więcej pięćdziesiąt na pięćdziesiąt...
Mimo to uśmiechała się i paplała. I podczas nocnego spaceru ulicami Paryża, bo przecież szkoda spać, gdy jest się we Francji, i skoro świt, płacąc za bilety w jednym z muzeów. Bo jak tu nie wpaść do jednego z nich, gdy jest się w stolicy sztuki, a Mavelle uwielbiała tego typu rzeczy? Później czekała je jeszcze wycieczka po sklepach, po francuskich cukierniach i butikach, i może gdzieś że smakiem makaroników, z dotykiem jedwabi i satyny, na moment chociaż uda się nie myśleć o niczym innym: tylko o tej wycieczce. Jeszcze tego wieczora zaś miały wsiąść na prom, a z angielskiego wybrzeża teleportować się bezpośrednio do Doliny Godryka.
- Na pewno masz rację - przytaknęła bez oporów, bo jej wiedza o rzemiośle pozwalała akurat na powiedzenie "ładne', gdy spoglądała na niewielką rzeźbę. - Naprawdę bardzo kochasz takie rzeczy - dodała.
Nie doceniała eksponatów w takim stopniu jak Mavelle, ale nie dało się powiedzieć, żeby była obojętna. Brenna miała w zwyczaju ekscytować się niemal wszystkim i jeśli jej entuzjazm nie był teraz ogromny, to tylko z uwagi na okoliczności. Odsunęła się od gablotki i przeszła ku największej rzeźbie, najbardziej zwracającej uwagę: Pocałunkowi Rodina, parze splecionej w miłosnym uścisku.
- Może się uda - skwitowała słowa Mav o dłuższym urlopie, ale w duchu wiedziała, że nie, nie uda się, a przynajmniej nie jej. Nie mogła opuścić Anglii na dłużej, by wypoczywać: oszalałaby chyba. Nie chodziło tylko o pracę, bo w tej gdyby bardzo się uprzeć, mogłaby wziąć wolne, ale i o obawę o bliskich o wreszcie Zakon. Co gdyby była potrzebna właśnie wtedy, gdy zwiedzałaby Luwr?
- A jak o kochaniu, to miłość ma chyba w zwyczaju bardzo inspirować artystów. Chociaż nie jestem pewna, czemu wszyscy zachwycają się tak akurat tą rzeźbą. Za bardzo rozpieściły moje oczy Hogwarckie posągi? - spytała, zerkając na Bones, bo może ona potrafiła lepiej wskazać, co sprawiło, że akurat ta rzeźba stała się tak kultową, jak wspomniano im przy wejściu: najbardziej znanym eksponatem w tym muzeum, a przecież mieli coś nawet Van Gogha, o którym słyszała i Brenna, choć był mugolem.
Okrążyła powoli posąg: był ładny, na tej samej zasadzie, na której ładne wydawały się jej inne rzeźby w muzeum. Nie umiała jednak w pozycji czy mimice pary - niewidocznej niemal zresztą - wyczuć emocji, ani czułości, ani pożądania, ani miłości. Może była za mało wrażliwa, a może posągi z magicznego świata nadto przyzwyczaiły ją do czegoś zupełnie innego, bo przecież zdarzało się jej patrzyć na jakąś rzeźbę, także zakochanych, i od razu czuć, co artysta chciał przekazać.
- A może jestem po prostu absolutnie za mało romantyczna - dodała jeszcze, z uśmiechem czającym się w kącikach ust.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.