05.02.2024, 10:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 12:08 przez Lorraine Malfoy.)
O ile Lorraine nie do końca rozumiała całe to frustrujące zamieszanie, do którego doszło w świętym kręgu, doskonale zdawała sobie sprawę z trzech rzeczy:
po pierwsze, los Agathy był jej absolutnie obojętny - Malfoy nie zwykła nadstawiać karku dla byle kogo, a już na pewno nie zamierzała tracić energii na pertraktowanie z fanatyczną gówniarą i jej wściekłą protektorką, czy nawet kiwnąć małym palcem, coby solidarnie wyrazić sprzeciw wobec całej tej degrengolady; to nie była jej walka, jeszcze przypadkiem złamałaby sobie paznokieć!, a jeżeli mężczyźni zgromadzeni na polanie chcieli być obrońcami daru życia, proszę bardzo - Lorraine była święcie przekonana, że jako przedstawicielka płci pięknej może bezkarnie leżeć, pachnieć, i pięknie wyglądać, np. opłakując misteryjne ofiary albo taplając się w krwi konsekrowanych dziewic jak w blasku księżyca - przedstawiciele płci brzydszej, biegli w sztuce brutalnych rozwiązań siłowych, skoro tak bardzo lubią dużo gadać, i dywagować na poważne tematy etyki, wiary i poświęcenia jakby pozjadali wszystkie rozumy, sami powinni się zająć się brudną robotą i uspokoić owczy pęd rozhisteryzowanych dewotek zmierzający w stronę stołu ofiarnego i stamtąd prosto na zielone niwy Limbo;
po drugie, skoro Isobelle nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami, to Lorraine bynajmniej nie oczekiwała od niej, że ta zapanuje nad chaosem, który wybuchł po deklaracji Agathy; starsza kobieta widocznie nie nadawała się już do przewodzenia tak podniosłemu rytuałowi - a może i samemu kowenowi jako arcykapłanka? - może to wszystko to był właśnie sygnał od Pani Księżyca, że potrzeba im innej duchowej przewodniczki? Ciekawiło ją, co pomyślałby o tym rytuale Sebastian Macmillan, a Lorraine była całkiem pewna, że część młodszych kapłanek mogła już wręcz szeptać o szaleństwie Isobelle po kątach, w końcu większość z nich miała poza kowenem także inne życiowe zobowiązania, a męczeństwo nie wydawało się w społeczeństwie czarodziejskim atrakcyjną perspektywą przyszłego rozwoju, a nuż Mojry stwierdziłyby, że na wieki pisane im reinkarnować jako baranki ofiarne;
no i wreszcie, po trzecie, nie ma nic bardziej uroczego niż mężczyźni angażujący się w konkurs porównywania penisów, choć, oczywiście, Murtagh od razu zdeklasował konkurencję swoją big dick energy, zmuszając wszystkich innych uczestników rytuału do rozpaczliwej obrony szczątków tkliwej męskości, kiedy to jako pierwszy rzucił Isobelle wyzwanie swoją płomienną przemową, prawdziwy trendsetter. Kompletnie nie zaskoczyło to Malfoy - przez ich legilimencką więź, Lorraine postrzegała Murtagha w kategoriach nieco innych niż większość znanych jej mężczyzn, i chociaż nie omieszkała wyrzucać mu jego błędów prosto w twarz, imponował jej inteligencją, sprytem i siłą - przyzwyczajona była do tego, że Macmillan umie brać sprawy w swoje ręce, więc tylko utwierdziła się w przekonaniu, że oto właśnie jest na tej polanie ktoś, kto zapanuje nad całym chaosem (a przynajmniej obróci go na własną korzyść), obroni ją i jej bliskich przed ewentualnymi nieprzyjemnościami, i w ogóle, nie ma się czym martwić, ani nie ma co dodawać, jakby Murtagh chciał zajebać Isobelle czy coś, na pewno dałby znać, gdyby było mu potrzebne wsparcie, dlatego Lorraine, wciąż niewzruszenie spokojna, poświęciła całą uwagę płaczącej Sarze, skruszonej Maeve i... Rowle'owi, który nieoczekiwanie wychnął z ciemności.
Co prawda, prawie przewróciła oczami słysząc deklaracje Murtagha o "oddawaniu życia", ale przyjaciel miał skłonności do dramatyzowania - zresztą, mylnie odczytała jego intencje, i uznała, że to bardziej manipulacyjny chwyt mający zadziałać na dumę reszty chłopów przy ognisku, aniżeli poryw szczerości, bo inaczej chyba by się popukała w czółko, bredzisz, Mortek - ale znowu tak brutalnie pozbawić Agatki satysfakcji z usłyszenia haha nooo don't kill yourself, you are too sexy,,,? Biedactwo, może już nigdy nie będzie miała lepszej okazji, niech ma coś dziewczyna od krótkiego życia!! Bądź co bądź, z Lorraine nie była taka znowu zepsuta do szpiku kości zołza, żeby tak od razu życzyć Agathcie tego, co najgorsze.
Przynajmniej dopóki w Stonehedge nie uderzył grom z jasnego nieba.
I chociaż potem w końcu naszła ją myśl, że to wszystko wina tej głupiej suki, Agathy..., najpierw o wiele bardziej paląca idea tłukła się w główce Malfoy: to nie może być koniec, pomyślała Lorraine, otwierając oczy, to nie może być tak, ale te eschatologiczne rozważania nie potrwały nawet sekundy, bo w tym momencie liczyło się dla niej tylko jedno:
Maeve Maeve Maeve Maeve Maeve
Gdyby nie nadnaturalne okoliczności osnuwające dzisiejszy dzień, zapewne zawstydziłaby się desperacji, która rozkwitła w jej piersi jak otaczające ją krokusy, rozlewając się fioletem - już nie fioletem delikatnych płatków kwiatów, tylko fioletem tępo pobolewającego siniaka - kiedy ujrzała nad sobą bezmiar wszechświata w bezkresnej czerni nieba, zamiast twarzy Maeve, która powiedziałaby jej, że to wszystko był tylko zły sen, Raine. Jeszcze chwilę temu opiekuńczo przesunęła ręką po karku Maeve, kiedy jedna z młodych kapłanek zasugerowała wezwanie służb porządkowych - Lorraine gotowa była w tamtym momencie zgarnąć Sarę pod jedną pachę, a Maeve pod drugą, i wyjść po angielsku, by pod pretekstem kobiecej trwożliwości uniknąć bezpośredniej konfrontacji z przedstawicielami prawa - już otwierała usta, zdecydowana za wszelką cenę przekonać Maeve, Sarah, i Leviathana do taktycznego odwrotu, ale nagle wszystko pochłonęła biel.
O ile instynkt kazał jej najpierw dosyć chłodno skonstatować, że zapewne jest martwa, wszystkie jej zmysły buntowały się przeciwko temu skądinąd logicznemu wnioskowi - a najsilniej dziko bijące serce, spanikowana, pierwotna siła dziwnie nieważkich ramion, którymi zaparła się o grunt, próbując usiąść, i oczy, wciąż jeszcze zaślepione bielą - z tego prostego względu, że Lorraine każdym swoim zmysłem pragnęła jednego: Maeve.
Nie wiedziała, czy chce ją znaleźć: jeżeli znaczyłoby to, że dziewczyna jest równie martwa, co sama Malfoy, to wolała pozostać w tym pustym, niedokończonym świecie sama - choć przecież ten natrętny egoistyczny głosik w jej głowie domagał się teraz, by była tu razem z nią, a nie po drugiej stronie łąk asfodelowych - w żadnym życiu nie mogłaby się bowiem pozbyć echa wyrzutów sumienia, które mówiło: to twoja wina, ty zaprosiłaś ją na Lithę, ani przeklętego chorału błędnej spirali jej dziewczęcego szaleństwa, skandującego: myślałaś, że możesz być szczęśliwa?
Kiedy więc niemalże po omacku wyciągnęła dłoń, a jej rozpłomienione spojrzenie natrafiło na znajomą twarz, a sama Lorraine uświadomiła sobie, że Maeve jest tuż obok, pośród krokusów, z piersi półwili wydostał się stłumiony okrzyk ulgi, a ona sama natychmiast znalazła się przy przyjaciółce, pomagając jej podnieść się do pozycji siedzącej, czy tego chciała, czy nie, a jej dłonie, nagle dziwnie rozedrgane, odgarnęły włosy z Mewowego czółka, by mogła je ucałować.
- Nie dość, że ta wywłoka nie potrafi śpiewać, to jeszcze nie umiała nawet porządnie popełnić samobójstwa - szept Lorraine był okrutny i gorączkowy, i podszyty chyba bardziej strachem aniżeli rzeczywistą mściwością, kiedy zaborczo gładziła Maeve po włosach, i, nie wypuszczając jej z objęć, mamrotała zapamiętale - bardziej do siebie, niż do kogolwiek innego. Przymknęła na chwilę oczy, przytłoczona dziwnym krajobrazem dookoła. Wszystko było takie... Piękne i straszne zarazem. Ale prawdziwe piękno zawsze musi zawierać w sobie trochę grozy, prawda?
Lorraine wypuściła głośno powietrze z płuc, i zacisnęła zęby, robiąc to, co potrafiła robić najlepiej: maskować doskonałe opanowanie. - Przepraszam, że cię tu zaciągnęłam. - Powinnyśmy zostać na naszym kwiatowym łożu i zignorować ten rytuał. - Nic ci nie jest, kochanie? - Głos Lorraine był poważny, kiedy uważnie sunęła wzrokiem po twarzy Maeve, i dopiero nagły ruch nad ramieniem kobiety spowodował, że Malfoy zdała sobie sprawę, że przecież nie są na łące krokusów same. Zawstydziła się, widząc w niewielkim oddaleniu wyciągniętą wśród kwiatów Sarę, i, odpoczywającą nieco dalej, kolejną dziewczynę... Czyżby Effimery? Czy wszystkie umarły? Nagle Malfoy zwątpiła w swoją teorię o życiu pozagrobowym. Nie wierzyła w istnienie sprawiedliwości, ale zawsze sądziła, że pod tym jednym względem świat duchowy różnił się od tego doczesnego, że w obliczu śmierci, każdy dostawał to, na co zasługiwał... A jeżeli Lorraine była czegoś pewna, to tego, że nie mogła w oczach bogów być w żaden sposób równa Sarze, której sumienie było równie czyste, co runo poświęconego na początku rytuału jagniątka - ona zaś mogła być co najwyżej jedną z tych czarnych owiec, o których mówiła Isobelle.
- Sarah? - zawołała w stronę przyjaciółki, wciąż nie puszczając jednak Maeve - ta była zresztą zaskakująco ciepła jak na kogoś, kto zdecydował się na trójkąt miłosny z Lorraine i ze Śmiercią - Wszystko dobrze, Sarah? - dodała z troską w głosie, i już już chciała dźwignąć się na nogi, by podejść do dziewczyny, ale zamarła, widząc zbliżającą się w ich stronę, piękną zjawę.
Nieziemska, tylko tak mogłaby ją opisać, bo nie było przecież słów, które byłyby w stanie oddać jej urodę. Piękna, tak, ale jednocześnie dziwnie niewinna, z tym anielskim uśmiechem, pszenicznymi włosami, i nadnaturalną gracją. I chociaż Lorraine poczuła się tak, jakby promienie słońca opromieniły jej twarz, kiedy dziewczyna skierowała na nią spojrzenie swoich czystych, błękitnych oczu; chociaż nie wiedziała, czy chciałaby być nią, tą zwiewną istotą zakrawającą o doskonałość, czy z nią, omdlewającą pod afektem czarownej bogini; chociaż podziw mieszał się w niej z zazdrością, czułością, zaciekawieniem, i strachem - och tak, bała się przeokropnie, bo nagle widziała w twarzy kobiety nie wymarzone odbicie w lustrze, nie twarz perfekcyjnej kochanki, a twarz matki-wili, której przecież nigdy nawet nie widziała na oczy, więc mogła żyć tylko w jej sennych koszmarach - i tylko ten strach pozwolił jej wyprostować dumnie plecy, unieść podbródek i odezwać się:
- Dlaczego nazywasz nas siostrami? Nawet nas nie znasz; my także nie znamy twojego imienia? - Ani twoich zamiarów, chciała dodać, ale zamiast tego, umilkła, zdając sobie sprawę, jak miękko zabrzmiał jej głos, jak leciutko zadrżał, chociaż najpierw chciała być przecież stanowcza, osłonić towarzyszki przed tajemniczą zjawą - w końcu sama dobrze wiedziała, że piękno bywa złudne - ale zamiast tego zabrzmiała niemal życzliwie.
Co powinna zrobić? Użyć legilimencji, wybadać tajemniczą dziewczynę o twarzy bogini? Ona jedyna tutaj potrafiła czytać w myślach, więc była gotowa wyjść przed szereg, by kupić czas Maeve i Sarah, może dowiedzieć się czegoś przydatnego... Ale znów, promienny uśmiech zjawiskowej boginki rozbroił ją, i Lorraine mogła tylko słuchać gwałtownego bicia swego niespołusznego serca, bezradna.
- Jesteś tu sama? - spytała, nagle uświadamiając sobie, jak młodo wygląda dziewczyna, która je tutaj przywitała. Ile mogła mieć lat? Szesnaście? Lorraine poczuła nieprzyjemne ukłucie w piersi. Czy Nokturn aż tak wypaczył jej postrzeganie świata, że wszędzie dopatrywała się jakiejś pułapki? Sama nie mogła być przecież starsza niż ta dziewczyna, kiedy zaczęła tam nawiązywać pierwsze znajomości. Czy to dlatego nie potrafiła uwierzyć jej świeżej buźce, bo sama wiedziała, jak wcześnie zaczęło się jej własne zepsucie? - Jeżeli też się zgubiłaś, możemy razem poszukać wyjścia - szepnęła.
po pierwsze, los Agathy był jej absolutnie obojętny - Malfoy nie zwykła nadstawiać karku dla byle kogo, a już na pewno nie zamierzała tracić energii na pertraktowanie z fanatyczną gówniarą i jej wściekłą protektorką, czy nawet kiwnąć małym palcem, coby solidarnie wyrazić sprzeciw wobec całej tej degrengolady; to nie była jej walka, jeszcze przypadkiem złamałaby sobie paznokieć!, a jeżeli mężczyźni zgromadzeni na polanie chcieli być obrońcami daru życia, proszę bardzo - Lorraine była święcie przekonana, że jako przedstawicielka płci pięknej może bezkarnie leżeć, pachnieć, i pięknie wyglądać, np. opłakując misteryjne ofiary albo taplając się w krwi konsekrowanych dziewic jak w blasku księżyca - przedstawiciele płci brzydszej, biegli w sztuce brutalnych rozwiązań siłowych, skoro tak bardzo lubią dużo gadać, i dywagować na poważne tematy etyki, wiary i poświęcenia jakby pozjadali wszystkie rozumy, sami powinni się zająć się brudną robotą i uspokoić owczy pęd rozhisteryzowanych dewotek zmierzający w stronę stołu ofiarnego i stamtąd prosto na zielone niwy Limbo;
po drugie, skoro Isobelle nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami, to Lorraine bynajmniej nie oczekiwała od niej, że ta zapanuje nad chaosem, który wybuchł po deklaracji Agathy; starsza kobieta widocznie nie nadawała się już do przewodzenia tak podniosłemu rytuałowi - a może i samemu kowenowi jako arcykapłanka? - może to wszystko to był właśnie sygnał od Pani Księżyca, że potrzeba im innej duchowej przewodniczki? Ciekawiło ją, co pomyślałby o tym rytuale Sebastian Macmillan, a Lorraine była całkiem pewna, że część młodszych kapłanek mogła już wręcz szeptać o szaleństwie Isobelle po kątach, w końcu większość z nich miała poza kowenem także inne życiowe zobowiązania, a męczeństwo nie wydawało się w społeczeństwie czarodziejskim atrakcyjną perspektywą przyszłego rozwoju, a nuż Mojry stwierdziłyby, że na wieki pisane im reinkarnować jako baranki ofiarne;
no i wreszcie, po trzecie, nie ma nic bardziej uroczego niż mężczyźni angażujący się w konkurs porównywania penisów, choć, oczywiście, Murtagh od razu zdeklasował konkurencję swoją big dick energy, zmuszając wszystkich innych uczestników rytuału do rozpaczliwej obrony szczątków tkliwej męskości, kiedy to jako pierwszy rzucił Isobelle wyzwanie swoją płomienną przemową, prawdziwy trendsetter. Kompletnie nie zaskoczyło to Malfoy - przez ich legilimencką więź, Lorraine postrzegała Murtagha w kategoriach nieco innych niż większość znanych jej mężczyzn, i chociaż nie omieszkała wyrzucać mu jego błędów prosto w twarz, imponował jej inteligencją, sprytem i siłą - przyzwyczajona była do tego, że Macmillan umie brać sprawy w swoje ręce, więc tylko utwierdziła się w przekonaniu, że oto właśnie jest na tej polanie ktoś, kto zapanuje nad całym chaosem (a przynajmniej obróci go na własną korzyść), obroni ją i jej bliskich przed ewentualnymi nieprzyjemnościami, i w ogóle, nie ma się czym martwić, ani nie ma co dodawać, jakby Murtagh chciał zajebać Isobelle czy coś, na pewno dałby znać, gdyby było mu potrzebne wsparcie, dlatego Lorraine, wciąż niewzruszenie spokojna, poświęciła całą uwagę płaczącej Sarze, skruszonej Maeve i... Rowle'owi, który nieoczekiwanie wychnął z ciemności.
Co prawda, prawie przewróciła oczami słysząc deklaracje Murtagha o "oddawaniu życia", ale przyjaciel miał skłonności do dramatyzowania - zresztą, mylnie odczytała jego intencje, i uznała, że to bardziej manipulacyjny chwyt mający zadziałać na dumę reszty chłopów przy ognisku, aniżeli poryw szczerości, bo inaczej chyba by się popukała w czółko, bredzisz, Mortek - ale znowu tak brutalnie pozbawić Agatki satysfakcji z usłyszenia haha nooo don't kill yourself, you are too sexy,,,? Biedactwo, może już nigdy nie będzie miała lepszej okazji, niech ma coś dziewczyna od krótkiego życia!! Bądź co bądź, z Lorraine nie była taka znowu zepsuta do szpiku kości zołza, żeby tak od razu życzyć Agathcie tego, co najgorsze.
Przynajmniej dopóki w Stonehedge nie uderzył grom z jasnego nieba.
I chociaż potem w końcu naszła ją myśl, że to wszystko wina tej głupiej suki, Agathy..., najpierw o wiele bardziej paląca idea tłukła się w główce Malfoy: to nie może być koniec, pomyślała Lorraine, otwierając oczy, to nie może być tak, ale te eschatologiczne rozważania nie potrwały nawet sekundy, bo w tym momencie liczyło się dla niej tylko jedno:
Maeve Maeve Maeve Maeve Maeve
Gdyby nie nadnaturalne okoliczności osnuwające dzisiejszy dzień, zapewne zawstydziłaby się desperacji, która rozkwitła w jej piersi jak otaczające ją krokusy, rozlewając się fioletem - już nie fioletem delikatnych płatków kwiatów, tylko fioletem tępo pobolewającego siniaka - kiedy ujrzała nad sobą bezmiar wszechświata w bezkresnej czerni nieba, zamiast twarzy Maeve, która powiedziałaby jej, że to wszystko był tylko zły sen, Raine. Jeszcze chwilę temu opiekuńczo przesunęła ręką po karku Maeve, kiedy jedna z młodych kapłanek zasugerowała wezwanie służb porządkowych - Lorraine gotowa była w tamtym momencie zgarnąć Sarę pod jedną pachę, a Maeve pod drugą, i wyjść po angielsku, by pod pretekstem kobiecej trwożliwości uniknąć bezpośredniej konfrontacji z przedstawicielami prawa - już otwierała usta, zdecydowana za wszelką cenę przekonać Maeve, Sarah, i Leviathana do taktycznego odwrotu, ale nagle wszystko pochłonęła biel.
O ile instynkt kazał jej najpierw dosyć chłodno skonstatować, że zapewne jest martwa, wszystkie jej zmysły buntowały się przeciwko temu skądinąd logicznemu wnioskowi - a najsilniej dziko bijące serce, spanikowana, pierwotna siła dziwnie nieważkich ramion, którymi zaparła się o grunt, próbując usiąść, i oczy, wciąż jeszcze zaślepione bielą - z tego prostego względu, że Lorraine każdym swoim zmysłem pragnęła jednego: Maeve.
Nie wiedziała, czy chce ją znaleźć: jeżeli znaczyłoby to, że dziewczyna jest równie martwa, co sama Malfoy, to wolała pozostać w tym pustym, niedokończonym świecie sama - choć przecież ten natrętny egoistyczny głosik w jej głowie domagał się teraz, by była tu razem z nią, a nie po drugiej stronie łąk asfodelowych - w żadnym życiu nie mogłaby się bowiem pozbyć echa wyrzutów sumienia, które mówiło: to twoja wina, ty zaprosiłaś ją na Lithę, ani przeklętego chorału błędnej spirali jej dziewczęcego szaleństwa, skandującego: myślałaś, że możesz być szczęśliwa?
Kiedy więc niemalże po omacku wyciągnęła dłoń, a jej rozpłomienione spojrzenie natrafiło na znajomą twarz, a sama Lorraine uświadomiła sobie, że Maeve jest tuż obok, pośród krokusów, z piersi półwili wydostał się stłumiony okrzyk ulgi, a ona sama natychmiast znalazła się przy przyjaciółce, pomagając jej podnieść się do pozycji siedzącej, czy tego chciała, czy nie, a jej dłonie, nagle dziwnie rozedrgane, odgarnęły włosy z Mewowego czółka, by mogła je ucałować.
- Nie dość, że ta wywłoka nie potrafi śpiewać, to jeszcze nie umiała nawet porządnie popełnić samobójstwa - szept Lorraine był okrutny i gorączkowy, i podszyty chyba bardziej strachem aniżeli rzeczywistą mściwością, kiedy zaborczo gładziła Maeve po włosach, i, nie wypuszczając jej z objęć, mamrotała zapamiętale - bardziej do siebie, niż do kogolwiek innego. Przymknęła na chwilę oczy, przytłoczona dziwnym krajobrazem dookoła. Wszystko było takie... Piękne i straszne zarazem. Ale prawdziwe piękno zawsze musi zawierać w sobie trochę grozy, prawda?
Lorraine wypuściła głośno powietrze z płuc, i zacisnęła zęby, robiąc to, co potrafiła robić najlepiej: maskować doskonałe opanowanie. - Przepraszam, że cię tu zaciągnęłam. - Powinnyśmy zostać na naszym kwiatowym łożu i zignorować ten rytuał. - Nic ci nie jest, kochanie? - Głos Lorraine był poważny, kiedy uważnie sunęła wzrokiem po twarzy Maeve, i dopiero nagły ruch nad ramieniem kobiety spowodował, że Malfoy zdała sobie sprawę, że przecież nie są na łące krokusów same. Zawstydziła się, widząc w niewielkim oddaleniu wyciągniętą wśród kwiatów Sarę, i, odpoczywającą nieco dalej, kolejną dziewczynę... Czyżby Effimery? Czy wszystkie umarły? Nagle Malfoy zwątpiła w swoją teorię o życiu pozagrobowym. Nie wierzyła w istnienie sprawiedliwości, ale zawsze sądziła, że pod tym jednym względem świat duchowy różnił się od tego doczesnego, że w obliczu śmierci, każdy dostawał to, na co zasługiwał... A jeżeli Lorraine była czegoś pewna, to tego, że nie mogła w oczach bogów być w żaden sposób równa Sarze, której sumienie było równie czyste, co runo poświęconego na początku rytuału jagniątka - ona zaś mogła być co najwyżej jedną z tych czarnych owiec, o których mówiła Isobelle.
- Sarah? - zawołała w stronę przyjaciółki, wciąż nie puszczając jednak Maeve - ta była zresztą zaskakująco ciepła jak na kogoś, kto zdecydował się na trójkąt miłosny z Lorraine i ze Śmiercią - Wszystko dobrze, Sarah? - dodała z troską w głosie, i już już chciała dźwignąć się na nogi, by podejść do dziewczyny, ale zamarła, widząc zbliżającą się w ich stronę, piękną zjawę.
Nieziemska, tylko tak mogłaby ją opisać, bo nie było przecież słów, które byłyby w stanie oddać jej urodę. Piękna, tak, ale jednocześnie dziwnie niewinna, z tym anielskim uśmiechem, pszenicznymi włosami, i nadnaturalną gracją. I chociaż Lorraine poczuła się tak, jakby promienie słońca opromieniły jej twarz, kiedy dziewczyna skierowała na nią spojrzenie swoich czystych, błękitnych oczu; chociaż nie wiedziała, czy chciałaby być nią, tą zwiewną istotą zakrawającą o doskonałość, czy z nią, omdlewającą pod afektem czarownej bogini; chociaż podziw mieszał się w niej z zazdrością, czułością, zaciekawieniem, i strachem - och tak, bała się przeokropnie, bo nagle widziała w twarzy kobiety nie wymarzone odbicie w lustrze, nie twarz perfekcyjnej kochanki, a twarz matki-wili, której przecież nigdy nawet nie widziała na oczy, więc mogła żyć tylko w jej sennych koszmarach - i tylko ten strach pozwolił jej wyprostować dumnie plecy, unieść podbródek i odezwać się:
- Dlaczego nazywasz nas siostrami? Nawet nas nie znasz; my także nie znamy twojego imienia? - Ani twoich zamiarów, chciała dodać, ale zamiast tego, umilkła, zdając sobie sprawę, jak miękko zabrzmiał jej głos, jak leciutko zadrżał, chociaż najpierw chciała być przecież stanowcza, osłonić towarzyszki przed tajemniczą zjawą - w końcu sama dobrze wiedziała, że piękno bywa złudne - ale zamiast tego zabrzmiała niemal życzliwie.
Co powinna zrobić? Użyć legilimencji, wybadać tajemniczą dziewczynę o twarzy bogini? Ona jedyna tutaj potrafiła czytać w myślach, więc była gotowa wyjść przed szereg, by kupić czas Maeve i Sarah, może dowiedzieć się czegoś przydatnego... Ale znów, promienny uśmiech zjawiskowej boginki rozbroił ją, i Lorraine mogła tylko słuchać gwałtownego bicia swego niespołusznego serca, bezradna.
- Jesteś tu sama? - spytała, nagle uświadamiając sobie, jak młodo wygląda dziewczyna, która je tutaj przywitała. Ile mogła mieć lat? Szesnaście? Lorraine poczuła nieprzyjemne ukłucie w piersi. Czy Nokturn aż tak wypaczył jej postrzeganie świata, że wszędzie dopatrywała się jakiejś pułapki? Sama nie mogła być przecież starsza niż ta dziewczyna, kiedy zaczęła tam nawiązywać pierwsze znajomości. Czy to dlatego nie potrafiła uwierzyć jej świeżej buźce, bo sama wiedziała, jak wcześnie zaczęło się jej własne zepsucie? - Jeżeli też się zgubiłaś, możemy razem poszukać wyjścia - szepnęła.