Moment, w którym odczuwałeś coś innego, niż podpowiadała twoja głowa, był momentem zgubnym. Potrafił być też momentem aż nazbyt wyzwalającym. Jakbyś wchodził do ciepłej wody nagrzanej słońcem, obmywany z brudu codzienności, ale jednocześnie zatapiający się w brud doznań. Głowa i usta mówiły "nie", kiedy każda reakcja ciała zaczynała mówić "tak". Tak, proszę... mów mi więcej... Błagam, nie przestawaj. Zatopmy się w tym świecie. Lub utop tylko mnie i pozwól chociaż raz na to, żeby morze wygrało. Taki moment, gdzie granica rzeczywiście się coraz bardziej rozmywała, gdzie strach i obawa były spychane z poszukiwaniem przyjemności. Ten świat, w którym nie wiesz, gdzie jest góra i dół, a w końcu nawet gubisz prawo z lewo. Wszystko stawało się równie niewyraźne jak ta granica. Istnienie i nieistnienie, być i nie być, egzystencja i życie - splecione w jeden koszyk, albo bluszcz pochłaniający ścianę starego domu. Kruszył ją, a człowiek i tak cieszył się z pięknej zieleni. Radował się zniszczeniem, które przynosiło piękno, mimo że zniszczenia również się bali. To był więc ten czas, w którym przestawałeś bać się fal, sztormów, bólu i zniszczenia. Nie zapominałeś o nim, o nie. On tam dalej tkwił. Zamieniał się jednak w podniecenie niewiadomą. W odczucie adrenaliny, kiedy coś ryzykujesz, coś niszczysz, żeby w zamian otrzymać coś pięknego. Jak ten uśmiech wyginający się pod jego palcami, który sprawił, że te palce pozostały tam nieco dłużej niż powinny, kiedy duże, niebieskie oczy, szeroko otworzone, chłonęły każdy grymas bogato odbijający się na przystojnej twarzy.
Namieszał mu w życiu tak samo, jak namieszała Madame, bez której nigdy by się nie poznali i nic by ich nie połączyło. Tak samo jak Dante, którego powinien nienawidzić, bo zatopił się w koszmarze. A jednak to był koszmar hedonizmu. Siedział więc teraz w ciepłej, mlecznej kąpieli z płatkami róż i czuł to samo zamieszanie w głowie i sercu, jakie było opisywane przez tego znajomo-nieznajomego człowieka. Fantazję, która zamieniała się w Pragnienie. Która zręcznie i sprytnie budowała każdą chwilę i oplątywała sobie aniołka wokół diablego paluszka. Takie piękne, takie śliczne słowa... zupełnie jakby ten człowiek wszedł mu do umysłu (a przecież to w JEGO umyśle siedzieli) i mówił wszystko to, co chciałby usłyszeć. Zbudował most, stabilny i ciężki jednocześnie, twardy i niepodatny na wichry zarazem. Laurent nie potrafiłby na taki most nie wejść. Nie potrafiłby na niego nie wbiec z mocno bijącym sercem, zapominając rozejrzeć się w prawo i lewo by upewnić się, że tam nie czają się jednak żadne niebezpieczeństwa. Oddając zdrowe przekonanie, że życie nie było bajką, a sny za łatwo się w koszmary zamieniają. Ale ten brak zaufania i niepewność, czy się zbliżyć, zostały roztopione w tej chwili. Palce przy wargach przesunęły się po policzkach i po linii szczęki, jakby uświadomił sobie, że dotyka czegoś uświęconego. Świętej relikwii, która mogłaby się rozbić, lub co gorsza - rozpłynąć wraz z parą. Niepewność się zmieniła. Z tego, czy się zbliżyć, na to, czy czasem nie straci go przedwcześnie. Ale ona nie nakłaniała do tego, by trzymać dystans. Nakłaniała do tego, żeby się poddać. I tak mięśnie blondyna pod czarem tych słów, pod tym dotykiem, rozluźniły się. W takich chwilach serce nieco przyśpieszało, a wargi same się rozchylały w poszukiwaniu oddechu. Tylko niekoniecznie swojego.
- Moje serce nie jest teraz zimne. Jest gorące. - Tak jak on zaczynał odczuwać ciepło, albo docierało do niego to, że tutaj było tak ciepło przez cały czas. Tak, Laurent również skłamał, bo raz się zakochał. To uczucie było tak żarliwe, tak świergotało w jego wnętrzu..! I zostało zgaszone jak pet przydepnięty butem. Uderzyło go w głowę nauką, żeś głupi, bardzo głupi, Laurencie. Kto miałby cię naprawdę pokochać? Ale teraz siedział tutaj i wierzył. Wierzył, bo chciał wierzyć. Bo tak tego gorąco potrzebował, że wcześniejszy opór zamieniał się w tracenie głowy. I sięgniecie po to wszystko, po co sięgał kiedyś, a co tak mocno go spłoszyło.
Pochylił się, przylgnął klatką piersiową do klatki piersiowej, podsunął nieco wyżej, jedna dłoń z ramienia zsunął niżej po ciele pod nim, zniknęła w bieli ciepłej wody. Dotknął krańcem nosa skroni swojego prywatnego diabła, czy może jednak anioła, rozbił oddech na płatku ucha, a druga dłoń musnęła palcami wrażliwą skórę karku jak pędzel malarza traktujący swoje płótno.
- Pomóż mi tu wrócić, żebym mógł się zakochać. - Szepnął do tego uszka. - Albo weź kolejną nagrodę tu i teraz. - I pokaż mi kawałek więcej siebie samego.