06.02.2024, 00:38 ✶
- Hmph.
Tak skomentował to jego „ładne kłamstwo”. Żadne to było kłamstwo, skoro mówił o tym otwarcie. No... Mógł też tego po prostu nie rozumieć.
A ten mniej interesujący go stróż prawa... Cóż, wykonywał swoją pracę, ale mógłby już sobie iść. Pewnie wystarczyło rzucić na niego proste zaklęcie, ale Flynn był w dziedzinie kontroli umysłu piorunująco beznadziejny jak na to, ilu osobom zawrócił w głowie.
- Panie Simm, spisze pan nasze papiery, to nas pan wpisze na listę ucisku policji metropolitarnej. Nie musi mi pan cytować prawa, w dupie je mam. Wiem, że powinienem czuć się bezkarny od przynajmniej pięciu lat, ale oboje wiemy, jak wygląda rzeczywistość. No, chyba że muszę panu przypominać to stało się w styczniu w Louis. Albo przed chwilą, kiedy nasi sąsiedzi zadzwonili po pana, bo za głośno jęknąłem. Będziemy już cicho. Naprawdę nie ma pan czegoś lepszego do roboty o tej godzinie?
Simm wpatrywał się w nich w milczeniu. Głęboko się nad czymś zastanawiał, nad czymś, czym nie miał zamiaru podzielić się z ich dwójką. Ostatecznie, po skinięciu głową, poprawił czapkę i bez słowa obrócił się w kierunku klatki schodowej.
- Dziękuję.
Simm zatrzymał się w połowie kroku, żeby posłać im ostatnie tej nocy, pełne zmieszania spojrzenie.
- Dobranoc - rzucił jeszcze, a później zniknął na schodach kamienicy.
- Dobranoc.
Zamknął drzwi. Następnie odwrócił się i spojrzał na Caina. Przed chwilą powiedział mu porozmawiajmy, ale nagle nie miał nic do powiedzenia. Ja też cię kocham, zdawało się brzmieć tak pusto po tym wszystkim, czym przerzucali się przed chwilą. To nie było coś, czym człowiek wymieniał się z oczyma spuchniętymi od płaczu, a przynajmniej nie wtedy, kiedy źródłem łez była osoba, której chciało się ofiarować to wyznanie. Żyła w nim chęć rozbicia tego co powiedział Bletchley, rozerwania tej beznadziejności na strzępy, uczynienia jej czymś mniej rzeczywistym - ale jak miałby to zrobić? Chłopak powiedział mu oddychając ciężko jasny przekaz - chciał mieć go na wyłączność. Jasne, że mógł powstrzymać się przed wskakiwaniem innym do łóżka (no... przynajmniej tak myślał, bo nie widział swojej karty postaci), ale miał rację - nie zostawi dla niego Alexandra. I chociaż wiedział, że jest w stanie kochać dwie osoby jednocześnie i nie ma w tym choćby cienia fałszu, to... Inni tak nie myśleli. Już się tego nauczył, dla innych to był najważniejszy element bycia z kimś w bliskiej relacji... Nawet on czuł to czasami. I to zajebiście mocno wszystko komplikowało.
Miał rację. Był problemem. Przynosił mu kłopoty. Był jak używka, a Flynn nie potrafił walczyć z uzależnieniami. Ledwo powstrzymywał się od narkotyków, bo tak ciężko było się bez nich skoncentrować. Narkotyki były jak twój kochanek, zrywałeś z nim z dobrego powodu, rozumiałeś ten powód, znałeś zasady gry - ale to i tak było tak cholernie trudne, bo wciąż go kochałeś. A twój były kochanek był jak...
To jest nieskończona pętla. Pętla zaciskająca się na szyi jak lina szubienicy.
Ale człowiek nie mógł pływać nie ryzykując utonięcia w głębinach.
Mimo wszystko, uśmiechnął się, tylko trochę smutno. Myślami próbował odszukać czegokolwiek, jakiegoś punktu zaczepienia, żeby przerwać tę ciszę. Tylko ta cisza jakoś nie chciała zostać przerwana, przywarła do tej chwili i nie chciała uciec. Złapał go więc za rękę, w ten sam sposób co przed wizytą policjanta, i pociągnął go do tej sypialni. Był cholernie zmęczony. Pełnym emocji spotkaniem, seksem, płaczem, krzykiem. W dodatku dwóch obcych facetów pukających do drzwi jeden po drugim uczyniło tę scenę iście surrealną.
- Nie odpowiedziałeś mi na którą masz do pracy - przypomniał mu, chociaż dziwnie było zakładać, że zapomniał. Prędzej założyłby, że to jemu umknęła odpowiedź, bo był skupiony na czymś innym. Powinien więc powiedzieć „nie usłyszałem”, ale było mu to jakieś dziwnie obojętne. Chciał tylko wiedzieć, czy obudzi się rano mając go obok, czy przywita go widok pustej poduszki. Trochę nie rozumiał w sobie egzystowania jako największy leń tego kraju, jednocześnie uganiając się za pracoholikami. Ale może to był klucz? I Cain i Alexander i Fontaine - wszyscy mieli swoje zajęcia, życie i obowiązki. A kiedy... Kiedy się bawili? Z nim, to na pewno. Kiedy jeszcze? - Jak weźmiesz dwa dni wolnego pod rząd, to możemy pojechać w fajne miejsce.
Tak skomentował to jego „ładne kłamstwo”. Żadne to było kłamstwo, skoro mówił o tym otwarcie. No... Mógł też tego po prostu nie rozumieć.
A ten mniej interesujący go stróż prawa... Cóż, wykonywał swoją pracę, ale mógłby już sobie iść. Pewnie wystarczyło rzucić na niego proste zaklęcie, ale Flynn był w dziedzinie kontroli umysłu piorunująco beznadziejny jak na to, ilu osobom zawrócił w głowie.
- Panie Simm, spisze pan nasze papiery, to nas pan wpisze na listę ucisku policji metropolitarnej. Nie musi mi pan cytować prawa, w dupie je mam. Wiem, że powinienem czuć się bezkarny od przynajmniej pięciu lat, ale oboje wiemy, jak wygląda rzeczywistość. No, chyba że muszę panu przypominać to stało się w styczniu w Louis. Albo przed chwilą, kiedy nasi sąsiedzi zadzwonili po pana, bo za głośno jęknąłem. Będziemy już cicho. Naprawdę nie ma pan czegoś lepszego do roboty o tej godzinie?
Simm wpatrywał się w nich w milczeniu. Głęboko się nad czymś zastanawiał, nad czymś, czym nie miał zamiaru podzielić się z ich dwójką. Ostatecznie, po skinięciu głową, poprawił czapkę i bez słowa obrócił się w kierunku klatki schodowej.
- Dziękuję.
Simm zatrzymał się w połowie kroku, żeby posłać im ostatnie tej nocy, pełne zmieszania spojrzenie.
- Dobranoc - rzucił jeszcze, a później zniknął na schodach kamienicy.
- Dobranoc.
Zamknął drzwi. Następnie odwrócił się i spojrzał na Caina. Przed chwilą powiedział mu porozmawiajmy, ale nagle nie miał nic do powiedzenia. Ja też cię kocham, zdawało się brzmieć tak pusto po tym wszystkim, czym przerzucali się przed chwilą. To nie było coś, czym człowiek wymieniał się z oczyma spuchniętymi od płaczu, a przynajmniej nie wtedy, kiedy źródłem łez była osoba, której chciało się ofiarować to wyznanie. Żyła w nim chęć rozbicia tego co powiedział Bletchley, rozerwania tej beznadziejności na strzępy, uczynienia jej czymś mniej rzeczywistym - ale jak miałby to zrobić? Chłopak powiedział mu oddychając ciężko jasny przekaz - chciał mieć go na wyłączność. Jasne, że mógł powstrzymać się przed wskakiwaniem innym do łóżka (no... przynajmniej tak myślał, bo nie widział swojej karty postaci), ale miał rację - nie zostawi dla niego Alexandra. I chociaż wiedział, że jest w stanie kochać dwie osoby jednocześnie i nie ma w tym choćby cienia fałszu, to... Inni tak nie myśleli. Już się tego nauczył, dla innych to był najważniejszy element bycia z kimś w bliskiej relacji... Nawet on czuł to czasami. I to zajebiście mocno wszystko komplikowało.
Miał rację. Był problemem. Przynosił mu kłopoty. Był jak używka, a Flynn nie potrafił walczyć z uzależnieniami. Ledwo powstrzymywał się od narkotyków, bo tak ciężko było się bez nich skoncentrować. Narkotyki były jak twój kochanek, zrywałeś z nim z dobrego powodu, rozumiałeś ten powód, znałeś zasady gry - ale to i tak było tak cholernie trudne, bo wciąż go kochałeś. A twój były kochanek był jak...
To jest nieskończona pętla. Pętla zaciskająca się na szyi jak lina szubienicy.
Ale człowiek nie mógł pływać nie ryzykując utonięcia w głębinach.
Mimo wszystko, uśmiechnął się, tylko trochę smutno. Myślami próbował odszukać czegokolwiek, jakiegoś punktu zaczepienia, żeby przerwać tę ciszę. Tylko ta cisza jakoś nie chciała zostać przerwana, przywarła do tej chwili i nie chciała uciec. Złapał go więc za rękę, w ten sam sposób co przed wizytą policjanta, i pociągnął go do tej sypialni. Był cholernie zmęczony. Pełnym emocji spotkaniem, seksem, płaczem, krzykiem. W dodatku dwóch obcych facetów pukających do drzwi jeden po drugim uczyniło tę scenę iście surrealną.
- Nie odpowiedziałeś mi na którą masz do pracy - przypomniał mu, chociaż dziwnie było zakładać, że zapomniał. Prędzej założyłby, że to jemu umknęła odpowiedź, bo był skupiony na czymś innym. Powinien więc powiedzieć „nie usłyszałem”, ale było mu to jakieś dziwnie obojętne. Chciał tylko wiedzieć, czy obudzi się rano mając go obok, czy przywita go widok pustej poduszki. Trochę nie rozumiał w sobie egzystowania jako największy leń tego kraju, jednocześnie uganiając się za pracoholikami. Ale może to był klucz? I Cain i Alexander i Fontaine - wszyscy mieli swoje zajęcia, życie i obowiązki. A kiedy... Kiedy się bawili? Z nim, to na pewno. Kiedy jeszcze? - Jak weźmiesz dwa dni wolnego pod rząd, to możemy pojechać w fajne miejsce.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.