Starała się nie patrzeć na krzywe ozdoby, ale miała podobny odruch jak Ulysses, gdy jej wzrok napotkał krzywy wieniec uniosła dłoń ku niemu, ale nim zdążyła go poprawić drzwi się otworzyły i pojawiła się urocza mugolka, więc szybko cofnęła dłoń i uśmiechnęła się w sposób przymilny. Inaczej nie mogła jej określić, była dziwnie inna od niej samej, taka ciepła jak światło kominka w nocy. Chyba właśnie tego oczekiwali jej właśni mężowie, tej samej emocjonalności na twarzy, mdlenia, gdy ktoś wyznaje ci miłość, ale dla Vespery takie rzeczy były odległe, nie potrafiła tak patrzeć i nigdy nie chciała tego robić. Wydawało jej się to słabe, trudne… nie pasujące do jej istnienia. Pozwoliła Ulyssesowi mówić, pozwoliła mu się przepuścić. Rozejrzała się po korytarzu, w którym się znaleźli. Tu również te paskudne, krzywe ozdoby zawieszone na ścianach, poustawiane na komodzie, czy też na balustradzie schodów. Starała się nie patrzeć na to wszystko, czując jak zimny dreszcz przechodzi przez jej ciało na myśl o tym, że jednym sprawnym ruchem różdżki mogłaby naprawić ten niedoskonały dom. Spojrzenie skierowała na Amy. Słodką, małą Amy.
Kobieta popatrzyła na nich niepewnie, z lekkim przestrachem. Nie była pewna, czy powinna o tym mówić, w końcu była to tajemnica, tak. Oboje mogli dostrzec na jej twarzy idealnie, słabo ukryte zawahanie, nie potrafiła chować swoich emocji. Była zbyt szczera, zbyt czysta, aby móc kłamać.
– Tak – odparła krótko nie wyjawiając zbyt dużo, ale Vespera domyśliła się, że nie chciała od razu zdradzić sekretu Cicerona. – Kim jesteście?
– Chcemy ci… pomóc, kochanie – odparła próbując brzmieć w miarę ciepło. Kłamstwo i manipulacja była jej znana, znała też emocje i jak na nich oszukiwać, ale wykorzystywała to tylko do jednego; do osiągnięcia swojego celu, a nie do rozkochania w sobie mężczyzn.
– Czy mu coś grozi? – ponowiła pytanie.
– Może wejdziemy dalej? Salon? Kuchnia? – Amy oblizała nerwowo usta, ale wprowadziła ich do kuchni, która była pełna w mące i ewidentnym chaosie. – To nie jemu coś grozi, a tobie. Amy, Ciceron przez wasze spotkania skazał cię na coś złego… – powiedziała łagodnie. Nie chciała jej wystraszyć, ale z drugiej strony nie chciała się z nią bawić.
– Nie rozumiem. Ciceron mówił tylko o tajemnicy waszego świata, nie mówił o zagrożeniach… Nikomu nie mówiłam o tym kim jest. Naprawdę. Nie zagrażam tajemnicy waszego świata.– Ciceron jest egoistą. Ty i on nigdy nie powinniście być razem, nigdy nie powinniście się poznać. To jest zakazane, moja droga, ale chcemy ci pomóc. Musisz zniknąć z Londynu, bo inaczej grozi ci śmierć – spojrzała w jej oczy, a Amy wytrzeszczyła swoje własne na nich z przerażeniem. Jej dłoń powędrowała do drewnianego wałka jakby chciała się nim przed nimi obronić, ale trzymała go zbyt lekko jakby zdawała sobie sprawę, że nie ma z nimi szans. – Spokojnie, nie chcemy cię skrzywdzić. Uwierz, że jakby o to nam chodziło to byśmy nie byli tacy… grzeczni. Nie chcemy cię skrzywdzić, bo to nie twoja wina, że się w nim… zakochałaś, rozumiesz? On wiedział jakie jest ryzyko, a jednak skazał cię na ten los… Amy, kochanie musisz nam zaufać – odparła powoli, starając się dobierać słowa tak, aby jej nie wystraszyć. Rzadko to robiła, rzadko atakowała, aż tak bezbronną osobę.