Skoro mógł, to uczynił go swoim. W każdym tego słowa znaczeniu. Uczynił go swoim kochankiem, ale też absolutnie wszystkim, czego będzie kiedykolwiek potrzebować. Na tę jedną chwilę, na każdy oddech, jaki wymienili w tej wannie, na każde stęknięcie, na każdą szczyptę płynącej w nich energii, jaka na czas rozkoszy zdawała się być jednością. Ich ciała były sobie znane, a jednocześnie obce. Bo to był wciąż ten Crow, przy którym żaden dotyk nie mówił, że to zbyt wiele, żadna potrzeba nie wydawała się być trywialna, ale spoglądał na niego i widział go inaczej - to nie było tylko pożądanie, on przez ten dotyk przepuszczał swoje myśli i marzenia. On faktycznie kochał.
A później zabrał go z tej łazienki. Woda ściekająca z ich ciał, chociaż już dawno powinna przestać płynąć, znów zgasiła kilka świec, ale czy to jeszcze miało znaczenie? Wyszli stamtąd, do pomieszczenia do bólu przypominającego przestrzeń niższych warstw Ścieżek. To nie był zwykły dom, woda zatrzymywała się na krawędzi kafelek tak, jakby trzymała ją tam niewidzialna siła, a sam budynek... był wryty w skałę. Przed zawaleniem się pod naciskiem z góry chroniły go takie same wzmocnienia, jakie Prewett kojarzył z magicznych dzielnic. Przez wielkie szyby pokrywające niemal całą powierzchnię ścian salonu, widać było jak w oddali, za górą, na której się znajdowali, tliły się światła miasta. Oni tam jednak nie poszli. Położyli się na tarasie, na jednym leżaku, zawinięci w miękki koc i okryci kaskadą czarnych piór, żeby oglądać deszcz spadających gwiazd.
Crow sięgnął ręką do góry, zupełnie tak, jakby jedną z nich dało się złapać, ścisnąć pomiędzy bladymi palcami i... to było niemożliwe. Oczywiście, że to było kompletnie niemożliwe, nierealne, to nigdy nie powinno się wydarzyć - tak samo jak wszystko inne, co wydarzyło się na tej granicy jawy i snu. Ale on tę gwiazdę naprawdę złapał. Ściągnął ją z nieba, migoczącą, zbudowaną z jakiegoś zaklętego minerału, którego magiczne światło delikatnie pulsowało, oświetlając jego skórę. Skinął głową, wskazując na dłoń Laurenta, po czym kiedy ten rozprostował palce, wsadził mu ją w nie, zaplątaną w blady rzemień.
- Będę czekał bez względu na odstęp pomiędzy nami. Jestem twój. Nie musisz nic mówić, kiedy zechcesz w tym utonąć, po prostu się w tym zanurz. Emocje dopłyną do domu.
On był tym domem. To było jego dobre miejsce. Takie, do którego zawsze będzie można wrócić.
Zrobiło się chłodniej. Przymknięte oczy blondyna otworzyły się znów i było już jasno. Znów był w swoim łóżku, ledwie nadszedł świt, a przez otwartą okiennicę do środka dostała się rześka, letnia bryza, od której przechodził zimny dreszcz. Miał brudne ubrania i pościel - oczywiście. W czasach nastoletnich to nie byłoby dziwne, dzisiaj... Cóż, musiał naprawdę zaciekle trzymać się tej czułości nawet w śnie. W końcu tam, nawet coś, czego nie mamy odwagi dotknąć w rzeczywistości stawało się osiągalne - szkoda tylko, że teraz po przebudzeniu zdawało się być tylko szeptem. Przynajmniej do zbadania zakamarków własnego ciała.
Ono pamiętało ten dotyk.
Wargi spierzchnięte jakby od pocałunków, niemal niezauważalne, sine punkty tam, gdzie ściskały go palce Crowa, napięcie w ciele przypominające o własnych poszukiwaniach rozkoszy na powierzchni jego skóry. To w końcu sen, czy odkupienie? Wyobraźnia, czy miłość ponad czasem i przestrzenią? A może żadna z tych rzeczy? Może to było coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, jakiś błąd w systemie, albo zabawa bogów, o której zawiłości nie mogli mieć pojęcia. Może Matka czasami odpowiadała na modlitwy z kolanami wbitymi ziemię. Te, w których błaga się o jakąś ulgę dla strudzonej duszy. W końcu ten rzemień, na którym zaciskał skostniałe palce, wciąż istniał. I tylko on i nocne niebo były świadkami słów, jakie padły w tym dziwnym miejscu. Nikt inny ich nie usłyszy.
Prawie nie zmrużył dzisiaj oka. Nie był pewien czy to co widział powinien określić mianem mokrego snu, czy jakiegoś pojebanego koszmaru, ale mózg nie dał mu zasnąć na dłużej niż godzinę, bo za każdym razem kiedy zamykał oczy widział tego cholernego Laurenta Prewetta jako samozwańczego króla Podziemnych Ścieżek. Dlaczego on? Akurat ten jeden człowiek, którego ledwie tydzień temu określił mianem skończonej pizdy? Nie wiedział, przynajmniej do momentu, w którym pomyślał „nie wiem”, bo jak się do tej niewiedzy przyznał przed samym sobą, to do niego dotarło, że zawsze Prewetta widział jako kogoś, kto gdyby tylko dać mu do tego jakieś zasoby, to by bardzo chętnie ludźmi dyrygował...
Prychnął, omal nie wypluwając z ust gumy do żucia.
- Ale ja mam dziwną, kurwa, wyobraźnię - powiedział, po czym wzruszył ramionami. Zwolnił przed zakrętem, po czym dostawszy się na ulicę, przy której mieszkał Cain, nacisnął pedał gazu. Smutna, ckliwa piosenka lecąca z w radiu skończyła się, prezenter powiedział coś o tym przykrym incydencie na paradzie, po czym po aucie rozległy się pierwsze nuty hitu, który utkwił mu we łbie i nie opuszczał go przynajmniej od tygodnia. Nie zatrzymując się, spojrzał w lusterko, żeby poprawić rozmazaną, bezbarwną pomadkę, zaczesać za ucho loki, nad którymi spędził o wiele więcej czasu, niż wypadało, po czym wjechał dwoma kołami na chodnik i zatrzymał się pod wskazanym adresem. Rzucił zaklęcie na okno, żeby zsunęło się w dół bez potrzeby kręcenia korbką przy drzwiach, a później wyglądając przez nie, zsunął na nos przeciwsłoneczne okulary i spojrzał na budynek, naciskając dwa razy na klakson. Zaraz po naciśnięciu go przeszło go takie wrażenie, że powinien zamiast ręką pierdolnąć w niego czołem, bo naprawdę nie potrafił pozbyć się tego dziwnego uczucia, że... To nie tutaj powinien być tylko w jebanym New Forest, ale... po co? PO CO? Typ absolutnie nic mu nie napisał, nic się nie działo. - Kurwa mać... - Do końca życia będzie sobie wypominał, że ją o to poprosił. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego nie potrafił wyrzucić ze łba tej blond czupryny, przecież nie byli ani trochę podobni, nic ich nie łączyło poza jakimś durnym zdarzeniem sprzed dziesięciu lat.
Zajrzał jeszcze w to lusterko, tym razem dwukierunkowe. Nic. No to nacisnął jeszcze raz. Był już na tym etapie zajebiście głodny, a musieli dojechać do Soho... I naprawdę nie chciał tego przed sobą przyznać, ale do momentu usłyszenia, jak Bletchley zbiega po schodach klatki, Flynn zastanawiał się, co może robić teraz Laurent. Ta myśl jednak rozpłynęła się w niebyt po drugim kieliszku wina.
A później zabrał go z tej łazienki. Woda ściekająca z ich ciał, chociaż już dawno powinna przestać płynąć, znów zgasiła kilka świec, ale czy to jeszcze miało znaczenie? Wyszli stamtąd, do pomieszczenia do bólu przypominającego przestrzeń niższych warstw Ścieżek. To nie był zwykły dom, woda zatrzymywała się na krawędzi kafelek tak, jakby trzymała ją tam niewidzialna siła, a sam budynek... był wryty w skałę. Przed zawaleniem się pod naciskiem z góry chroniły go takie same wzmocnienia, jakie Prewett kojarzył z magicznych dzielnic. Przez wielkie szyby pokrywające niemal całą powierzchnię ścian salonu, widać było jak w oddali, za górą, na której się znajdowali, tliły się światła miasta. Oni tam jednak nie poszli. Położyli się na tarasie, na jednym leżaku, zawinięci w miękki koc i okryci kaskadą czarnych piór, żeby oglądać deszcz spadających gwiazd.
Crow sięgnął ręką do góry, zupełnie tak, jakby jedną z nich dało się złapać, ścisnąć pomiędzy bladymi palcami i... to było niemożliwe. Oczywiście, że to było kompletnie niemożliwe, nierealne, to nigdy nie powinno się wydarzyć - tak samo jak wszystko inne, co wydarzyło się na tej granicy jawy i snu. Ale on tę gwiazdę naprawdę złapał. Ściągnął ją z nieba, migoczącą, zbudowaną z jakiegoś zaklętego minerału, którego magiczne światło delikatnie pulsowało, oświetlając jego skórę. Skinął głową, wskazując na dłoń Laurenta, po czym kiedy ten rozprostował palce, wsadził mu ją w nie, zaplątaną w blady rzemień.
- Będę czekał bez względu na odstęp pomiędzy nami. Jestem twój. Nie musisz nic mówić, kiedy zechcesz w tym utonąć, po prostu się w tym zanurz. Emocje dopłyną do domu.
On był tym domem. To było jego dobre miejsce. Takie, do którego zawsze będzie można wrócić.
Zrobiło się chłodniej. Przymknięte oczy blondyna otworzyły się znów i było już jasno. Znów był w swoim łóżku, ledwie nadszedł świt, a przez otwartą okiennicę do środka dostała się rześka, letnia bryza, od której przechodził zimny dreszcz. Miał brudne ubrania i pościel - oczywiście. W czasach nastoletnich to nie byłoby dziwne, dzisiaj... Cóż, musiał naprawdę zaciekle trzymać się tej czułości nawet w śnie. W końcu tam, nawet coś, czego nie mamy odwagi dotknąć w rzeczywistości stawało się osiągalne - szkoda tylko, że teraz po przebudzeniu zdawało się być tylko szeptem. Przynajmniej do zbadania zakamarków własnego ciała.
Ono pamiętało ten dotyk.
Wargi spierzchnięte jakby od pocałunków, niemal niezauważalne, sine punkty tam, gdzie ściskały go palce Crowa, napięcie w ciele przypominające o własnych poszukiwaniach rozkoszy na powierzchni jego skóry. To w końcu sen, czy odkupienie? Wyobraźnia, czy miłość ponad czasem i przestrzenią? A może żadna z tych rzeczy? Może to było coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, jakiś błąd w systemie, albo zabawa bogów, o której zawiłości nie mogli mieć pojęcia. Może Matka czasami odpowiadała na modlitwy z kolanami wbitymi ziemię. Te, w których błaga się o jakąś ulgę dla strudzonej duszy. W końcu ten rzemień, na którym zaciskał skostniałe palce, wciąż istniał. I tylko on i nocne niebo były świadkami słów, jakie padły w tym dziwnym miejscu. Nikt inny ich nie usłyszy.
~ ✶ ~
Prawie nie zmrużył dzisiaj oka. Nie był pewien czy to co widział powinien określić mianem mokrego snu, czy jakiegoś pojebanego koszmaru, ale mózg nie dał mu zasnąć na dłużej niż godzinę, bo za każdym razem kiedy zamykał oczy widział tego cholernego Laurenta Prewetta jako samozwańczego króla Podziemnych Ścieżek. Dlaczego on? Akurat ten jeden człowiek, którego ledwie tydzień temu określił mianem skończonej pizdy? Nie wiedział, przynajmniej do momentu, w którym pomyślał „nie wiem”, bo jak się do tej niewiedzy przyznał przed samym sobą, to do niego dotarło, że zawsze Prewetta widział jako kogoś, kto gdyby tylko dać mu do tego jakieś zasoby, to by bardzo chętnie ludźmi dyrygował...
Prychnął, omal nie wypluwając z ust gumy do żucia.
- Ale ja mam dziwną, kurwa, wyobraźnię - powiedział, po czym wzruszył ramionami. Zwolnił przed zakrętem, po czym dostawszy się na ulicę, przy której mieszkał Cain, nacisnął pedał gazu. Smutna, ckliwa piosenka lecąca z w radiu skończyła się, prezenter powiedział coś o tym przykrym incydencie na paradzie, po czym po aucie rozległy się pierwsze nuty hitu, który utkwił mu we łbie i nie opuszczał go przynajmniej od tygodnia. Nie zatrzymując się, spojrzał w lusterko, żeby poprawić rozmazaną, bezbarwną pomadkę, zaczesać za ucho loki, nad którymi spędził o wiele więcej czasu, niż wypadało, po czym wjechał dwoma kołami na chodnik i zatrzymał się pod wskazanym adresem. Rzucił zaklęcie na okno, żeby zsunęło się w dół bez potrzeby kręcenia korbką przy drzwiach, a później wyglądając przez nie, zsunął na nos przeciwsłoneczne okulary i spojrzał na budynek, naciskając dwa razy na klakson. Zaraz po naciśnięciu go przeszło go takie wrażenie, że powinien zamiast ręką pierdolnąć w niego czołem, bo naprawdę nie potrafił pozbyć się tego dziwnego uczucia, że... To nie tutaj powinien być tylko w jebanym New Forest, ale... po co? PO CO? Typ absolutnie nic mu nie napisał, nic się nie działo. - Kurwa mać... - Do końca życia będzie sobie wypominał, że ją o to poprosił. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego nie potrafił wyrzucić ze łba tej blond czupryny, przecież nie byli ani trochę podobni, nic ich nie łączyło poza jakimś durnym zdarzeniem sprzed dziesięciu lat.
Zajrzał jeszcze w to lusterko, tym razem dwukierunkowe. Nic. No to nacisnął jeszcze raz. Był już na tym etapie zajebiście głodny, a musieli dojechać do Soho... I naprawdę nie chciał tego przed sobą przyznać, ale do momentu usłyszenia, jak Bletchley zbiega po schodach klatki, Flynn zastanawiał się, co może robić teraz Laurent. Ta myśl jednak rozpłynęła się w niebyt po drugim kieliszku wina.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.