05.02.2024, 20:15 ✶
- Najwyraźniej to miejsce jest przeklęte – westchnęła, mierząc dom spojrzeniem – Albo po prostu wszystko tłumaczy jedno słowo. Fawley – skwitowała. Może nie tyle słowo, co nazwisko, ale to i tak całkiem sporo mogło mówić. W końcu… to nie tak, że istnienie ichniego mauzoleum było jakąś cholerną zagadką, nie? Nie tak, że nie mieli do czynienia z Fawley na pierdolonym statku, nie tak, że już wcześniej nie kręciły się w okolicy tych cholernych Fawleyów i tak jakby… no jak nie pomyśleć, że coś koło nich śmierdzi, no jak? Trochę ciężko nie być uprzedzonym…
Inna sprawa, że aktualnie tego domu nie zamieszkiwał żaden przedstawiciel tejże rodziny. Ale to niewiele mogło znaczyć – w końcu kto wie, co poprzedni właściciel – właścicielka, dokładniej rzecz ujmując – pozostawił w jego czterech ścianach? Sami mugole potrafili zostawiać po sobie najróżniejsze niespodzianki, a co dopiero czarodzieje.
Zwłaszcza jeśli po głowie chodziły im jakieś paskudne zamiary i nieszczególnie przejmowali się tym, że w zasadzie nie powinni niemagicznym ujawniać w ten czy inny sposób rzeczy, które świadczą o „nadnaturalności” świata.
Ale, ale, nie ma co uprzedzać faktów. Może to sprawka poprzedniej właścicielki domu, może w grę wchodziło zupełnie co innego – nie dało się tego, niestety, stwierdzić na pierwszy rzut oka, więc nie pozostawało w zasadzie nic, poza koniecznością wtarabanienia się do środka i przekonania na własne oczy, co i jak. Tak dyskretnie, jak tylko się dało, oczywiście, byłoby głupio, gdyby ktoś je przyskrzynił na – ekhm – wykonywaniu obowiązków służbowych, kwalifikujących się do posadzenia za kratki…
- Jedna Dolina kontra ile przypadków w Little Hangleton? – skwitowała dość kwaśno, zapewne głównie z powodu drugiej części wypowiedzi Brenny. Bo właśnie, ten chędożony deszcz… - Obawiam się, że w tych warunkach mój nos jest tu bezużyteczny – mogła mieć czuły nosio, godny prawdziwych psów, ale niestety! Zmysł węchu nie był czymś… absolutnym, miał swoje ograniczenia, w postaci panujących warunków.
W końcu zapachy nie były aż tak trwałe, żeby być zdolnymi przetrwać i przebijać się przez strugi deszczu…
Nie obijała się; odruchowo zerknęła jeszcze z parę razy na boki, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie dostrzeże czegoś podejrzanego, mimo że to było trudne w panujących warunkach (aczkolwiek najbardziej podejrzane w tej chwili to były właśnie one – ot, paradoks) i poszła w ślady Brenny. Przeskoczyła przez płot i zmełła przekleństwo w ustach. Magia magią, ochrona ochroną, zmoknąć bardziej może i nie zmokła, nie licząc jednak czupryny i poczucia, że zaraz będzie się kleić od wody, która jednak znajdowała sobie drogę wejścia, ale błoto… nie, nawet nie to, że fuj i tak dalej – nietrudno o poślizgnięcie się na takiej brei i zażyciu błotnej kąpieli. Choć to akurat to ponoć same luksusy, a tu o, za darmo wręcz…
W zasadzie to nie było na co czekać; skierowała się w stronę domu, poruszając jednak dość ostrożnie, żeby nie przekonać się na własnej skórze, jak wygląda mocno niechciana kąpiel. Jeśli mijały okna - nie omieszkała spróbować zerknąć przez nie do środka, niemniej celem były drzwi. I taka tam drobna alohomora na zamek, po co wszak robić hałas poprzez wyłamywanie, skoro można sprawę załatwić o wiele dyskretniej…?
Inna sprawa, że aktualnie tego domu nie zamieszkiwał żaden przedstawiciel tejże rodziny. Ale to niewiele mogło znaczyć – w końcu kto wie, co poprzedni właściciel – właścicielka, dokładniej rzecz ujmując – pozostawił w jego czterech ścianach? Sami mugole potrafili zostawiać po sobie najróżniejsze niespodzianki, a co dopiero czarodzieje.
Zwłaszcza jeśli po głowie chodziły im jakieś paskudne zamiary i nieszczególnie przejmowali się tym, że w zasadzie nie powinni niemagicznym ujawniać w ten czy inny sposób rzeczy, które świadczą o „nadnaturalności” świata.
Ale, ale, nie ma co uprzedzać faktów. Może to sprawka poprzedniej właścicielki domu, może w grę wchodziło zupełnie co innego – nie dało się tego, niestety, stwierdzić na pierwszy rzut oka, więc nie pozostawało w zasadzie nic, poza koniecznością wtarabanienia się do środka i przekonania na własne oczy, co i jak. Tak dyskretnie, jak tylko się dało, oczywiście, byłoby głupio, gdyby ktoś je przyskrzynił na – ekhm – wykonywaniu obowiązków służbowych, kwalifikujących się do posadzenia za kratki…
- Jedna Dolina kontra ile przypadków w Little Hangleton? – skwitowała dość kwaśno, zapewne głównie z powodu drugiej części wypowiedzi Brenny. Bo właśnie, ten chędożony deszcz… - Obawiam się, że w tych warunkach mój nos jest tu bezużyteczny – mogła mieć czuły nosio, godny prawdziwych psów, ale niestety! Zmysł węchu nie był czymś… absolutnym, miał swoje ograniczenia, w postaci panujących warunków.
W końcu zapachy nie były aż tak trwałe, żeby być zdolnymi przetrwać i przebijać się przez strugi deszczu…
Nie obijała się; odruchowo zerknęła jeszcze z parę razy na boki, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie dostrzeże czegoś podejrzanego, mimo że to było trudne w panujących warunkach (aczkolwiek najbardziej podejrzane w tej chwili to były właśnie one – ot, paradoks) i poszła w ślady Brenny. Przeskoczyła przez płot i zmełła przekleństwo w ustach. Magia magią, ochrona ochroną, zmoknąć bardziej może i nie zmokła, nie licząc jednak czupryny i poczucia, że zaraz będzie się kleić od wody, która jednak znajdowała sobie drogę wejścia, ale błoto… nie, nawet nie to, że fuj i tak dalej – nietrudno o poślizgnięcie się na takiej brei i zażyciu błotnej kąpieli. Choć to akurat to ponoć same luksusy, a tu o, za darmo wręcz…
W zasadzie to nie było na co czekać; skierowała się w stronę domu, poruszając jednak dość ostrożnie, żeby nie przekonać się na własnej skórze, jak wygląda mocno niechciana kąpiel. Jeśli mijały okna - nie omieszkała spróbować zerknąć przez nie do środka, niemniej celem były drzwi. I taka tam drobna alohomora na zamek, po co wszak robić hałas poprzez wyłamywanie, skoro można sprawę załatwić o wiele dyskretniej…?