05.02.2024, 20:55 ✶
- Dobrze, to jak tylko wrócimy, pójdę do piwnicy i zobaczymy, co się da zrobić w tym temacie – oświadczyła śmiertelnie poważnym tonem. Jakby to wcale a wcale nie był żart, tylko naprawdę miała zamiar zapakować się do trumny i porobić za rodzinnego wampira Longbottomów… - Jak myślisz, które drewno będzie bardziej twarzowe? Mahoń, dąb, heban…? – wyliczyła pierwsze, co jej przyszło na myśl. Zresztą, nie zaliczała się do drzewnych specjalistek; to było coś zgoła innego niż, chociażby, papier i wszelkiej maści ołówki, węgle czy inne tusze.
- Och, rujnujesz moje marzenia – dość teatralnym gestem przyłożyła dłoń do piersi. Bo jak to, wampiry nie śpią w trumnach – skandal! Znaczy, w atłasowej wyściółce… Stało to w zupełnej sprzeczności z tym, co szło wyczytać z mugolskich ksiażek czy ujrzeć w ich filmach, ale – trudno się mówi! I tak cała ta rozmowa nie była na poważnie, a co za tym idzie – serduszko Bones nie zostało złamane przez tę jakże druzgocącą wieść.
- Rozumiem, że muszę na nowo się przefarbować, żeby zyskać prawo do schodzenia pierwszej do piwnicy? – spytała żartobliwie, bynajmniej się jednak nie kłócąc odnośnie tego, która dokładnie gdzie idzie. Ktoś musiał tak czy siak, a która gdzie pójdzie, to miało raczej drugorzędne znaczenie. Wszak obie sroce spod ogona nie wypadły, nieprawdaż? Różdżkę trzymać potrafiły, samo posługiwanie się magią też im było nieobce, nie mówiąc już o niezliczonych sytuacjach, w których musiały sobie przecież poradzić, żeby ujść z nich cało.
Stąd też ruszyła po schodach na piętro…
- A jesteś pewna, że to są konfitury?! – odkrzyknęła w odpowiedzi, zapewne w pierwszym odruchu myśląc tak samo, jak Longbottom. Zresztą, nie oszukujmy się, w takim domu nie powinny sobie stać tak po prostu najzwyklejsze w świecie słoiczki z zawartością, której się używało chociażby do ciast! To bardziej powinno być jakieś mroczne mazidło do ciała, ku chwale wiecznej młodości, i tak dalej, i tak dalej…
- A tutaj to jak na razie widzę tonę kurzu! Ewidentnie nikt tu ze ścierką nie pojawiał się od bardzo dawna! – podzieliła się swoim spostrzeżeniem. Cisza, spokój, można by rzec, że w zasadzie typowy dom, tylko trochę zaniedbany. Gdyby tylko nie ta dziwna śmierć…
… i ten zapaszek, jaki uderzył ją wprost w nozdrza, gdy już niemalże dosłownie się wzdrygnęła. Ten grzmot, aż uszy zabolały – musiało walnąć naprawdę blisko. Ale nie, nie ogłuchła, jak się w pierwszej chwili mogło wydawać. To dziwne brzęczenie… chwilkę zajęło zrozumienie, że to nie „powidok” popiorunowy, tylko coś, co naprawdę słyszy. Cofnęła się, subtelnym gestem różdżki kształtując wokół siebie niewidzialną barierę – tak mocno na wszelki wypadek. A że naprawdę nie wypadało walić bez pardonu ogniem – i ściągać tym samym uwagę postronnych – po prostu strzeliła, tak na odlew, w zasłony oszałamiaczem.
Może gdyby bardziej się przykładała do lekcji związanych z magicznymi stworzeniami, to coś by znacznie wcześniej zaświtało w łepetynie...
- Och, rujnujesz moje marzenia – dość teatralnym gestem przyłożyła dłoń do piersi. Bo jak to, wampiry nie śpią w trumnach – skandal! Znaczy, w atłasowej wyściółce… Stało to w zupełnej sprzeczności z tym, co szło wyczytać z mugolskich ksiażek czy ujrzeć w ich filmach, ale – trudno się mówi! I tak cała ta rozmowa nie była na poważnie, a co za tym idzie – serduszko Bones nie zostało złamane przez tę jakże druzgocącą wieść.
- Rozumiem, że muszę na nowo się przefarbować, żeby zyskać prawo do schodzenia pierwszej do piwnicy? – spytała żartobliwie, bynajmniej się jednak nie kłócąc odnośnie tego, która dokładnie gdzie idzie. Ktoś musiał tak czy siak, a która gdzie pójdzie, to miało raczej drugorzędne znaczenie. Wszak obie sroce spod ogona nie wypadły, nieprawdaż? Różdżkę trzymać potrafiły, samo posługiwanie się magią też im było nieobce, nie mówiąc już o niezliczonych sytuacjach, w których musiały sobie przecież poradzić, żeby ujść z nich cało.
Stąd też ruszyła po schodach na piętro…
- A jesteś pewna, że to są konfitury?! – odkrzyknęła w odpowiedzi, zapewne w pierwszym odruchu myśląc tak samo, jak Longbottom. Zresztą, nie oszukujmy się, w takim domu nie powinny sobie stać tak po prostu najzwyklejsze w świecie słoiczki z zawartością, której się używało chociażby do ciast! To bardziej powinno być jakieś mroczne mazidło do ciała, ku chwale wiecznej młodości, i tak dalej, i tak dalej…
- A tutaj to jak na razie widzę tonę kurzu! Ewidentnie nikt tu ze ścierką nie pojawiał się od bardzo dawna! – podzieliła się swoim spostrzeżeniem. Cisza, spokój, można by rzec, że w zasadzie typowy dom, tylko trochę zaniedbany. Gdyby tylko nie ta dziwna śmierć…
… i ten zapaszek, jaki uderzył ją wprost w nozdrza, gdy już niemalże dosłownie się wzdrygnęła. Ten grzmot, aż uszy zabolały – musiało walnąć naprawdę blisko. Ale nie, nie ogłuchła, jak się w pierwszej chwili mogło wydawać. To dziwne brzęczenie… chwilkę zajęło zrozumienie, że to nie „powidok” popiorunowy, tylko coś, co naprawdę słyszy. Cofnęła się, subtelnym gestem różdżki kształtując wokół siebie niewidzialną barierę – tak mocno na wszelki wypadek. A że naprawdę nie wypadało walić bez pardonu ogniem – i ściągać tym samym uwagę postronnych – po prostu strzeliła, tak na odlew, w zasłony oszałamiaczem.
Może gdyby bardziej się przykładała do lekcji związanych z magicznymi stworzeniami, to coś by znacznie wcześniej zaświtało w łepetynie...