05.02.2024, 21:19 ✶
Ciemność, oślepienie i zabawa w ciuciubabkę inspirowane tym
- Wiesz co? Wypróbujemy różne rodzaje drewna - obiecała jeszcze, nim zbiegła na dół.
*
– Truskawkowe i wiśniowe! Żadnej krwi ani fragmentów ciał – zrelacjonowała Brenna, a potem zamarła.
Jej okrzyki najwyraźniej bowiem zaalarmowały coś, co faktycznie siedziało w piwnicy. I to „coś” uderzyło raz i drugi od wewnątrz w drzwi szafy, ustawionej w kącie pomieszczenia. Brenna obróciła się gwałtownie, kierując na tę różdżkę i wtedy…
…drzwi rozwarły się i z szafy wypełzł dementor.
Kobieta momentalnie poczuła, jak ogarnia ją chłód. Pojawienie się ze sobą tej istoty niosło ze sobą strach, brak nadziei, poczucie, że wszystko jest stracone. W słabym świetle lumos mogła dostrzec pokrytą liszajami rękę, wyłaniającą się ze zbyt długiego, poszarpanego rękawa. Ale gdzieś w głowie Brenny odbiła się myśl, że przecież nikt nie trzymałby dementora w szafie: i że spotkała już takiego na Boginowym Moście.
Że po Beltane jej największym strachem był może nie dementor, ale te emocje, które ze sobą przynosił.
- RIDIKKULUS! – – powiedziała głośno i wyraźnie, poruszając różdżką. Skupiła się na wyobrażeniu sobie dementora w różowej, koronkowej sukience, takiej, jaką kiedyś założyła ciotka Lavinia, i trzasnęło, a stwór przystanął, jakby niezdecydowany, co zrobić. I chociaż chichot, jaki wyrwał się z ust Brenny był bardziej nerwowy niż szczery, to chyba wystarczyło: bo istota cofnęła się, wpadła na szafę, a nim się rozpadła, strąciła z jednej z półek jakiś słoik i…
…w nim nie było konfitury.
Ciemny proszek, zostawiony tu przypadkiem albo celowo przez Elizabeth Fawley, momentalnie pochłonął pomieszczenie, wszystko malując mrokiem. Brenna wprawdzie odruchowo rzuciła tarczę, ale chociaż proszek sam w sobie nie sięgnął kobiety, to i tak otoczyła ją nieprzenikniona ciemność. Nie widziała kompletnie niczego, a blask różdżki wygasł i kolejne lumos nie podziałało. Gdzieś w tle Brenna usłyszała kolejne trzaśnięcie i zaklęła pod nosem, bo jeśli w tę nieprzeniknioną ciemność wyszedłby kolejny bogin – dementor, i zaczął się z nią bawić w ciuciubabkę… miałaby przerąbane. Oby był to tylko odgłos starego domu…
Wycofała się, krok, jeden, drugi, ku – jak miała nadzieję – wyjściu. Gdzieś w oddali znów zagrzmiało, coś trzasnęło, Brenna obróciła się… i wpadła na jakiś stołek. W kompletnym mroku wylądowała na ziemi, omal nie wypuszczając różdżki.
Była oślepiona i musiała znaleźć cholerne wyjście, zanim wylezie tutaj następny bogin. Albo ghul. Albo cholera wie co trzymane tutaj przez Fawleyównę.
Popełzła po podłodze, a potem z pewnym trudem wstała. I wyciągając przed siebie dłonie, jak podczas zabawy w ciuciubabkę, ruszyła powoli do przodu, starając się nie wpaść na żadną ścianę ani na półkę. Namacała w końcu coś, co było framugą i wydostała się na zewnątrz – ku schodom. Tutaj też panował mrok ciemnej, burzowej nocy, ale nie aż tak nieprzenikniony jak w piwnicy, wypełnionej tajemniczym proszkiem…
*
Tymczasem na górze magiczna zasłona otoczyła Mavelle. W samą porę – spomiędzy zasłon wyleciało bowiem parę… bachantek. Nie było ich wiele: wyjaśniało to, dlaczego policjanci je przegapili, zwłaszcza że pewnie niekoniecznie sprawdzali akurat zasłony (a i zgon mógł wydawać się im dziwny, ale nie brali za pewniaka, że ktoś się do niego przyczynił). Oraz drobniutkie rany i śmierć mugola. Został pewnie pogryziony przez bahanki, i nie zdołał wezwać pomocy, pokonany przez ich jad…
- Wiesz co? Wypróbujemy różne rodzaje drewna - obiecała jeszcze, nim zbiegła na dół.
*
– Truskawkowe i wiśniowe! Żadnej krwi ani fragmentów ciał – zrelacjonowała Brenna, a potem zamarła.
Jej okrzyki najwyraźniej bowiem zaalarmowały coś, co faktycznie siedziało w piwnicy. I to „coś” uderzyło raz i drugi od wewnątrz w drzwi szafy, ustawionej w kącie pomieszczenia. Brenna obróciła się gwałtownie, kierując na tę różdżkę i wtedy…
…drzwi rozwarły się i z szafy wypełzł dementor.
Kobieta momentalnie poczuła, jak ogarnia ją chłód. Pojawienie się ze sobą tej istoty niosło ze sobą strach, brak nadziei, poczucie, że wszystko jest stracone. W słabym świetle lumos mogła dostrzec pokrytą liszajami rękę, wyłaniającą się ze zbyt długiego, poszarpanego rękawa. Ale gdzieś w głowie Brenny odbiła się myśl, że przecież nikt nie trzymałby dementora w szafie: i że spotkała już takiego na Boginowym Moście.
Że po Beltane jej największym strachem był może nie dementor, ale te emocje, które ze sobą przynosił.
- RIDIKKULUS! – – powiedziała głośno i wyraźnie, poruszając różdżką. Skupiła się na wyobrażeniu sobie dementora w różowej, koronkowej sukience, takiej, jaką kiedyś założyła ciotka Lavinia, i trzasnęło, a stwór przystanął, jakby niezdecydowany, co zrobić. I chociaż chichot, jaki wyrwał się z ust Brenny był bardziej nerwowy niż szczery, to chyba wystarczyło: bo istota cofnęła się, wpadła na szafę, a nim się rozpadła, strąciła z jednej z półek jakiś słoik i…
…w nim nie było konfitury.
Ciemny proszek, zostawiony tu przypadkiem albo celowo przez Elizabeth Fawley, momentalnie pochłonął pomieszczenie, wszystko malując mrokiem. Brenna wprawdzie odruchowo rzuciła tarczę, ale chociaż proszek sam w sobie nie sięgnął kobiety, to i tak otoczyła ją nieprzenikniona ciemność. Nie widziała kompletnie niczego, a blask różdżki wygasł i kolejne lumos nie podziałało. Gdzieś w tle Brenna usłyszała kolejne trzaśnięcie i zaklęła pod nosem, bo jeśli w tę nieprzeniknioną ciemność wyszedłby kolejny bogin – dementor, i zaczął się z nią bawić w ciuciubabkę… miałaby przerąbane. Oby był to tylko odgłos starego domu…
Wycofała się, krok, jeden, drugi, ku – jak miała nadzieję – wyjściu. Gdzieś w oddali znów zagrzmiało, coś trzasnęło, Brenna obróciła się… i wpadła na jakiś stołek. W kompletnym mroku wylądowała na ziemi, omal nie wypuszczając różdżki.
Była oślepiona i musiała znaleźć cholerne wyjście, zanim wylezie tutaj następny bogin. Albo ghul. Albo cholera wie co trzymane tutaj przez Fawleyównę.
Popełzła po podłodze, a potem z pewnym trudem wstała. I wyciągając przed siebie dłonie, jak podczas zabawy w ciuciubabkę, ruszyła powoli do przodu, starając się nie wpaść na żadną ścianę ani na półkę. Namacała w końcu coś, co było framugą i wydostała się na zewnątrz – ku schodom. Tutaj też panował mrok ciemnej, burzowej nocy, ale nie aż tak nieprzenikniony jak w piwnicy, wypełnionej tajemniczym proszkiem…
*
Tymczasem na górze magiczna zasłona otoczyła Mavelle. W samą porę – spomiędzy zasłon wyleciało bowiem parę… bachantek. Nie było ich wiele: wyjaśniało to, dlaczego policjanci je przegapili, zwłaszcza że pewnie niekoniecznie sprawdzali akurat zasłony (a i zgon mógł wydawać się im dziwny, ale nie brali za pewniaka, że ktoś się do niego przyczynił). Oraz drobniutkie rany i śmierć mugola. Został pewnie pogryziony przez bahanki, i nie zdołał wezwać pomocy, pokonany przez ich jad…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.