05.02.2024, 22:22 ✶
- Nieee… bardziej po prostu mnie to fascynuje? Sama się tym nie zajmuję, bo jednak nie wyobrażam sobie, żebym tak siedziała i dłubała w drewnie, marmurze czy czymś innym, ale… och, Brennie, istnieją takie rzeźby, że po prostu odruchowo podważasz fakt, iż mogły zostać wykonane jedynie z pomocą rąk. Przezroczystość woalu wykuta w kamieniu… jak kamień może być przezroczysty? – rzuciła retorycznym pytaniem, unosząc wzrok znad swojego szkicu. Albo raczej: szkicu-szkicu. Ot, zarysowana forma, z której wyłaniał się kształt mężczyzny napinającego łuk, niemniej dalekie to było od wykończonej na wszelkich płaszczyznach pracy.
- Ach, miłość... – westchnęła cicho, decydując się odejść od swojego modela i podążyć śladami kuzynki. W zamyśleniu zerknęła na słynny Pocałunek – … wiesz, Promyczku, miłość, zwłaszcza ta romantyczna, jest jednak tym czymś, co wręcz napędza artystów. Niedościgniony ideał, własne pragnienia i tak dalej, i tak dalej, niemalże święty Graal, którego nie tylko się poszukuje przez całe życie, ale i w zasadzie składa mu hołd... – przez twarz Bones przemknął cień. Nie zaliczała się do Wielkich Artystów, nie aspirowała nawet do tego; bazgranie sobie w szkicownikach traktowała bardziej jako odskocznię, którą mogła się zająć w niemalże każdej chwili – o ile miała ołówek i plik kartek pod ręką – oraz umiejętność przydatną w pracy, kiedy trzeba było zebrać do kupy wszystkie opisy poszukiwanego podejrzanego, chociażby.
Ale to nie tak, że nie wiedziała nic o miłości i że nie odcisnęła piętna w jej twórczości.
- Zauważyłaś, że oni tak naprawdę się nie całują? – spytała, zamiast udzielić tak po prostu odpowiedzi na zadane pytanie. Dlaczego tak się zachwycali…? A dlaczego nie? W zasadzie ze sztuką był też ten problem, że mogłeś być najwybitniejszym twórcą swych czasów, ale jednocześnie nie mając siły przebicia – pozostawałeś niezauważony. I tym samym mało kto się zachwycał, bo najzwyczajniej w świecie dzieło to nie trafiało do publiki. Inna sprawa, że takie to czasy teraz mieli, że nawet gówno upchnięte do puszki uznawało się za Sztukę… gdzie sens, gdzie logika – Mavelle w tym nie potrafiła odnaleźć ani odrobiny artyzmu. Tak, nie ma to jak klasyczne obrazy i rzeźby, miast kwadratów, nieokreślonych maziajów i kształtów bez określonej formy, sprawiających wrażenie, że wypełzły z majaków pijanego umysłu.
Nie, żeby proces twórczy nie bywał wspomagany przez używki…
- Zakazana miłość, przerwana przez męża, który nakrył kochanków… Więź ucięta przez śmierć, a może nie? Może będzie nadal trwać, tak jak trwają objęcia kochanka, który nadal jej nie wypuszcza? – umilkła, zaprzestając krążenia wokół splecionej pary – Miłość jest tajemnicą, a ta rzeźba też ma swoje sekrety. Postaci nie zostały w pełni wyodrębnione, zdają się wyłaniać z marmuru, nie ukazując się jednak w całej swej krasie. Nie powiem, żeby Rodinowi nie wyszło to połączenie – surowy kamień z wygładzonymi kształtami… ale sądzę, że jednak bardziej chodzi tu o ideę niż o sam kunszt. Zdziwiłabyś się, czym ludzie potrafią się zachwycać... – ostatnie zdanie zabrzmiało nieco kwaśno; chyba jej się właśnie nasunęła na myśl puszka z niezwykle wonną zawartością…
- I bo ja wiem, czy taka mało romantyczna? Może po prostu jeszcze tego w sobie nie odkryłaś? – rzuciła dość lekkim tonem, żartobliwym wręcz. Bo nie, nie robiła jej przytyków; w zasadzie to czasami wydawało się, że życie Longbottom pod tym względem było po prostu… prostsze.
Żadnych złamanych serc, szalonych eksów, kłótni aż pod sufit. Zwłaszcza złamanych serc.
- Ach, miłość... – westchnęła cicho, decydując się odejść od swojego modela i podążyć śladami kuzynki. W zamyśleniu zerknęła na słynny Pocałunek – … wiesz, Promyczku, miłość, zwłaszcza ta romantyczna, jest jednak tym czymś, co wręcz napędza artystów. Niedościgniony ideał, własne pragnienia i tak dalej, i tak dalej, niemalże święty Graal, którego nie tylko się poszukuje przez całe życie, ale i w zasadzie składa mu hołd... – przez twarz Bones przemknął cień. Nie zaliczała się do Wielkich Artystów, nie aspirowała nawet do tego; bazgranie sobie w szkicownikach traktowała bardziej jako odskocznię, którą mogła się zająć w niemalże każdej chwili – o ile miała ołówek i plik kartek pod ręką – oraz umiejętność przydatną w pracy, kiedy trzeba było zebrać do kupy wszystkie opisy poszukiwanego podejrzanego, chociażby.
Ale to nie tak, że nie wiedziała nic o miłości i że nie odcisnęła piętna w jej twórczości.
- Zauważyłaś, że oni tak naprawdę się nie całują? – spytała, zamiast udzielić tak po prostu odpowiedzi na zadane pytanie. Dlaczego tak się zachwycali…? A dlaczego nie? W zasadzie ze sztuką był też ten problem, że mogłeś być najwybitniejszym twórcą swych czasów, ale jednocześnie nie mając siły przebicia – pozostawałeś niezauważony. I tym samym mało kto się zachwycał, bo najzwyczajniej w świecie dzieło to nie trafiało do publiki. Inna sprawa, że takie to czasy teraz mieli, że nawet gówno upchnięte do puszki uznawało się za Sztukę… gdzie sens, gdzie logika – Mavelle w tym nie potrafiła odnaleźć ani odrobiny artyzmu. Tak, nie ma to jak klasyczne obrazy i rzeźby, miast kwadratów, nieokreślonych maziajów i kształtów bez określonej formy, sprawiających wrażenie, że wypełzły z majaków pijanego umysłu.
Nie, żeby proces twórczy nie bywał wspomagany przez używki…
- Zakazana miłość, przerwana przez męża, który nakrył kochanków… Więź ucięta przez śmierć, a może nie? Może będzie nadal trwać, tak jak trwają objęcia kochanka, który nadal jej nie wypuszcza? – umilkła, zaprzestając krążenia wokół splecionej pary – Miłość jest tajemnicą, a ta rzeźba też ma swoje sekrety. Postaci nie zostały w pełni wyodrębnione, zdają się wyłaniać z marmuru, nie ukazując się jednak w całej swej krasie. Nie powiem, żeby Rodinowi nie wyszło to połączenie – surowy kamień z wygładzonymi kształtami… ale sądzę, że jednak bardziej chodzi tu o ideę niż o sam kunszt. Zdziwiłabyś się, czym ludzie potrafią się zachwycać... – ostatnie zdanie zabrzmiało nieco kwaśno; chyba jej się właśnie nasunęła na myśl puszka z niezwykle wonną zawartością…
- I bo ja wiem, czy taka mało romantyczna? Może po prostu jeszcze tego w sobie nie odkryłaś? – rzuciła dość lekkim tonem, żartobliwym wręcz. Bo nie, nie robiła jej przytyków; w zasadzie to czasami wydawało się, że życie Longbottom pod tym względem było po prostu… prostsze.
Żadnych złamanych serc, szalonych eksów, kłótni aż pod sufit. Zwłaszcza złamanych serc.