Alexander odrobinę się w ocenie Degenhardta pomylił. Owszem, był artystą i to takim wysokiej klasy, do tego nie można było odmówić mu idącej z tym w parze głośnej nuty obłąkania, która nawet mając na uwadze jego geniusz muzyczny, naciskana była tak maniakalnie i do porzygu, że przywodziła na myśl bardziej skowyt zarzynanego psa, a nie trel rudzika. Mówiąc mniej poetycko: no po prostu było coś złego już w samej jego mordzie, kiedy się tak patrzył na te dwie odziane w ciemne płaszcze postacie. Oczy miał tak jasne, że wielu powiedziałoby: puste. Ale one nie mogły być puste, nic co było odbiciem duszy Degenhardta nie mogło świadczyć o pustce - tam się działo aż za dużo, za mocno, zbyt intensywnie. Tam wszystkie trybiki były naoliwione, on podejmował decyzje świadome i był całkiem niezłym szachistą, nie pozostawał w tyle kiedy przychodziło co do czego, po prostu... Było w nim coś okrutnie, dusząco wręcz złego. Kiedy się na niego patrzyło z pozycji widza, muzyk musiał uchodzić po prostu za ekscentryka, a kto znał pianistę, co nie był ekscentrykiem? Ludziom sztuki się pewne rzeczy po prostu z góry wybaczało - no bo przecież, żeby tworzyć dzieła godne pokazywania ich na wielkich arenach, to trzeba było przeżywać. No właśnie - przeżywać. A skoro błękit jego oczu nie był pusty, to czy mógł być chłodny? Też nie. Bo ktoś chłodny, zdystansowany nigdy by nie stworzył żadnego utworu, co by w sobie nosił zapis emocji, a Degenhardta nie zapraszano na tak ważne uroczystości, żeby grał o niczym, albo o tym jak niewiele bodźców do niego dociera.
Za błękitem tych tęczówek, za tą woalką czarnych jak smoła, gęstych rzęs, pod tymi przydługimi, ale elegancko ułożonymi włosami, krył się umysł człowieka podłego z czystej, ludzkiej ciekawości. Alexander się pomylił - Degenhardt wcale nie opowiedział się nigdy po stronie Czarnego Pana. On się na tym występie pojawił z przypadku. Wybrał go pan Pinns. Pan Pinns w gruncie rzeczy też nie spodziewał się chyba, że tego dnia w Luminares kolację zjedzą akurat Śmierciożercy. I on i Lavinia domyślili się prawdy tego samego dnia rano, trzymając w dłoni poranne wydanie Proroka Codziennego, pijąc pierwszą i ostatnią kawę przed wyjściem. Oczywiscie - mogli zrezygnować, nikogo by to pewnie nie zdziwiło. Trochę się wtedy bał, że nienawiść zwolenników Voldemorta stanie się szersza - rozciągnie się na imigrantów, na czarodziejów niby czystej krwi, ale jednak przyjezdnych, z naleciałościami z dalekich stron. Pewnie gdyby się kogokolwiek z tych angielskich ciołów zapytał gdzie konkretnie leży Bergslagen, to nikt by nie wiedział, a przy pierwszym strzale pokazaliby palcem Niemcy. No to... czemu tam poszli? Bo on chciał. Bo coś poczuł. Wreszcie poczuł coś tak intensywnego, ten stres, strach, tak mu to zmąciło w głowie i oh tak (!) coś wzburzyło go na tyle, aby tak mocno czuć, że żyje. Żył tak intensywnie jak tego potrzebował.
Intensywność płynęła w jego żyłach, pragnął emocji, inaczej wolałaby nie oddychać. Zakochał się w pannie Moreau i ożenił z nią tylko i wyłącznie dlatego, że ona też potrafiła to docenić, poczuć, zrozumieć, a później ubrać w coś, co potrafił uznać za piękne. Może nie muzykę, ale muzyka to była jego dziedzina, a te plamy barwne...
Zaspokajały go na tyle, aby mogli spokojnie i szczęśliwie koegzystować. Może i żyliby tak długo i szczęśliwie, gdyby Degenhardt nie złapał dzięki bliźniakom Lestrange okazji do stania się kompletnym szaleńcem. Potworem. Chyba można już go było tak nazwać, chociaż to dopiero jedno z pierwszych wspomnień na drodze, jaką pokonał, aby się nim stać?
Stojąc naprzeciwko Diany Mulciber czuł dużo rzeczy. Jego twarz pozostała jednak niewzruszona. Nie był byle grajkiem, występował już na oczach tak wymagających sal gości, że zawiódłby się na sobie, gdyby teraz pękł.
Morderca z przypadku. Jednocześnie przyszły najlepszy nabytek ich szeregów, człowiek właśnie od tak brudnej roboty, jakiej nie chcieli wykonywać. Nieruchomy, ale nie ze strachu. Nie wiedział czego się spodziewać i nie wiedział też co zrobić z rękoma, więc sięgnął po drugiego papierosa. Kobiecie, chociaż w tym odzieniu nie miał pojęcia, że była kobietą, również zaoferował paczkę. Tylko jak miała zapalić w tej durnej masce? Pokracznie wzruszył ramionami, bo to jednak było kompletnie bez sensu.
W wyobraźni usłyszał krzyk pana Mourne. Tylko i wyłącznie w wyobraźni. No bo do diabła - czyj dom miałby być tu najlepiej wyciszony, jak nie dom pianisty? Sąsiedzi waliliby mu w ściany codziennie, gdyby nie nałożył na niego szeregu stosownych zaklęć. Cokolwiek wrzeszczał teraz Mourne, odbijało się echem tylko i wyłącznie po przestrzeni tejże piwnicy. A poza nią było tak cicho, cichutko jak nigdy. Nikt się jeszcze na Nokturn nie odważył wychylić, bo na Pokątnej wciąż wrzało. Po co mieli ryzykować życiem? Nawet tutaj, w tej pozbawionej bogów dzielnicy, niewielu znalazło się tak stukniętych w dekiel jak durny Degenhardt.
Za błękitem tych tęczówek, za tą woalką czarnych jak smoła, gęstych rzęs, pod tymi przydługimi, ale elegancko ułożonymi włosami, krył się umysł człowieka podłego z czystej, ludzkiej ciekawości. Alexander się pomylił - Degenhardt wcale nie opowiedział się nigdy po stronie Czarnego Pana. On się na tym występie pojawił z przypadku. Wybrał go pan Pinns. Pan Pinns w gruncie rzeczy też nie spodziewał się chyba, że tego dnia w Luminares kolację zjedzą akurat Śmierciożercy. I on i Lavinia domyślili się prawdy tego samego dnia rano, trzymając w dłoni poranne wydanie Proroka Codziennego, pijąc pierwszą i ostatnią kawę przed wyjściem. Oczywiscie - mogli zrezygnować, nikogo by to pewnie nie zdziwiło. Trochę się wtedy bał, że nienawiść zwolenników Voldemorta stanie się szersza - rozciągnie się na imigrantów, na czarodziejów niby czystej krwi, ale jednak przyjezdnych, z naleciałościami z dalekich stron. Pewnie gdyby się kogokolwiek z tych angielskich ciołów zapytał gdzie konkretnie leży Bergslagen, to nikt by nie wiedział, a przy pierwszym strzale pokazaliby palcem Niemcy. No to... czemu tam poszli? Bo on chciał. Bo coś poczuł. Wreszcie poczuł coś tak intensywnego, ten stres, strach, tak mu to zmąciło w głowie i oh tak (!) coś wzburzyło go na tyle, aby tak mocno czuć, że żyje. Żył tak intensywnie jak tego potrzebował.
Intensywność płynęła w jego żyłach, pragnął emocji, inaczej wolałaby nie oddychać. Zakochał się w pannie Moreau i ożenił z nią tylko i wyłącznie dlatego, że ona też potrafiła to docenić, poczuć, zrozumieć, a później ubrać w coś, co potrafił uznać za piękne. Może nie muzykę, ale muzyka to była jego dziedzina, a te plamy barwne...
Zaspokajały go na tyle, aby mogli spokojnie i szczęśliwie koegzystować. Może i żyliby tak długo i szczęśliwie, gdyby Degenhardt nie złapał dzięki bliźniakom Lestrange okazji do stania się kompletnym szaleńcem. Potworem. Chyba można już go było tak nazwać, chociaż to dopiero jedno z pierwszych wspomnień na drodze, jaką pokonał, aby się nim stać?
Stojąc naprzeciwko Diany Mulciber czuł dużo rzeczy. Jego twarz pozostała jednak niewzruszona. Nie był byle grajkiem, występował już na oczach tak wymagających sal gości, że zawiódłby się na sobie, gdyby teraz pękł.
Morderca z przypadku. Jednocześnie przyszły najlepszy nabytek ich szeregów, człowiek właśnie od tak brudnej roboty, jakiej nie chcieli wykonywać. Nieruchomy, ale nie ze strachu. Nie wiedział czego się spodziewać i nie wiedział też co zrobić z rękoma, więc sięgnął po drugiego papierosa. Kobiecie, chociaż w tym odzieniu nie miał pojęcia, że była kobietą, również zaoferował paczkę. Tylko jak miała zapalić w tej durnej masce? Pokracznie wzruszył ramionami, bo to jednak było kompletnie bez sensu.
W wyobraźni usłyszał krzyk pana Mourne. Tylko i wyłącznie w wyobraźni. No bo do diabła - czyj dom miałby być tu najlepiej wyciszony, jak nie dom pianisty? Sąsiedzi waliliby mu w ściany codziennie, gdyby nie nałożył na niego szeregu stosownych zaklęć. Cokolwiek wrzeszczał teraz Mourne, odbijało się echem tylko i wyłącznie po przestrzeni tejże piwnicy. A poza nią było tak cicho, cichutko jak nigdy. Nikt się jeszcze na Nokturn nie odważył wychylić, bo na Pokątnej wciąż wrzało. Po co mieli ryzykować życiem? Nawet tutaj, w tej pozbawionej bogów dzielnicy, niewielu znalazło się tak stukniętych w dekiel jak durny Degenhardt.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me