06.02.2024, 03:28 ✶
Nie oczekiwał tych przeprosin. Tak naprawdę to on ich wcisnął w tę spiralę rozpaczy, a Cain to tylko dobił dobitną szczerością, ale... no skłamałby jeśli by powiedział, że go to nie cieszyło. Bo „przepraszam” to było takie magiczne słowo. Nie zawsze oznaczało przyznanie się do pomyłki, cofnięcie swoich słów... Czasami oznaczało tylko i aż tyle, że ktoś przedkładał relację z kimś ponad swoje ego, ponad potrzebę posiadania ostatniego słowa i... Flynn potrzebował takich ludzi. Ludzi, którzy ulegali. Ludzi, którzy nie robili mu pod górkę, tylko płynęli dalej z jego głupotą, bo tak naprawdę to z kim innym miałby się dogadać? Ze złoczyńcami ze Ścieżek? Chyba pora pogodzić się z myślą, że się nigdy nie było prawdziwym łotrem, tylko jakimś dziwacznym ekscentrykiem, co zgubił drogę. Był durniem, dziwakiem pasującym do Fantasmagorii o wiele bardziej niż myślał. Robił z siebie tak poważnego chłopaczka, a przecież tam nic nie było poważne i ten brak powagi właśnie czynił to miejsce tak akceptującym jego nawet najbardziej skrajne działania. Im niżej na Ścieżki się schodziło, tym czarniejsze były ludzkie dusze. Ludzie śmierdzieli tam taką spalenizną, jakby siedzieli przy ognisku czekając, aż ziemniaki się upieką i po pierwsze - jak bardzo się trzeba było upodlić, żeby tak skończyć, on by nigdy tego nie zrobił, a po drugie - do diabła, skąd to porównanie? Ziemniaki? Nie, on nigdy nie będzie normalny, ostatnie szare komórki w jego głowie zgasły tego dnia, kiedy zapytał swojego dilera, dlaczego sprzedaje zawinięty w sreberko cukier.
Chyba sobie nie zasłużył na te pocałunki w czoło, na te pocieszające gesty i na tę miłość. Chyba na pewno. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciał je mieć, więc zagarnął to wszystko - to jest Caina - w swoje zachłanne łapy kiedy tylko mógł się obok niego położyć. Ten chłód sprzed chwili można było pokonać, trzęsienie się obolałych od stresu kończyn też - potrzebował jeszcze kilku kropel uczucia, kilku sekund tych wpatrzonych w niego oczu i kilku godzin snu. No dobrze - kilkunastu. Dlatego pytał o tę godzinę wstania, bo sobie mówił, że wstanie z nim. Tym razem z nim wstanie, nie będzie spał do południa...
- Wyśpisz się chociaż trochę...? - Dla niego taki tryb życia był nienormalny. Wstawać konkretnej porze. Albo o wschodzie słońca... Żyjąc pod ziemią, rozregulował to sobie zupełnie, a po powrocie do cyrku wszyscy uznali to za jego fioła i zaakceptowali to jak gdyby nigdy nic, więc zostawiali mu śniadanie i żyli własnym życiem, nie spodziewając się zobaczenia go wczesną porą poza dniami kiedy wracał po pijaku.
Strasznie dużo było tych informacji... On na pewno chciał o tym słyszeć, miał mu o tym opowiadać? O takich kompletnych pierdołach, jak to, kiedy ukradł Jimowi dzwon kościelny z jakąś blondynką, albo o tym, że jego siostra była zaginioną księżniczką Romanowów...?
- Tylko nie w weekendy. W weekendy są występy, a jak nie ma występów to i tak każą mi ćwiczyć na trapezie.
Czy on wiedział, co to jest trapez? To było tak cholernie dużo spraw, które wydawały mu się totalnie od czapy, bo obdzierało go to z tych wszystkich warstw enigmatyczności. Wielki pan Crow z tych ciemnych, strasznych korytarzy, też był człowiekiem. Takim samym jak wszyscy, a może nawet gorszego sortu.
Zostawi to na jutro, albo na kiedyś.
- Wiem, że powiedziałem, że zrobię dla ciebie wszystko, ale nie możesz poprosić o coś łatwiejszego? O pokój na świecie, albo o lek na likantropię? - Zaśmiał się, tym razem bez tego smutku. Znów atakował samego siebie, ale ten śmiech był szczery. A później ujął jego twarz w dłonie i sam go pocałował, z czułością i ciepłem, jakie potrafił dawać, ale też wyczuwalnym zmęczeniem. Nie porozmawiali wcale. Ewentualnie tego nie pamiętał. Był pewien, że obudził się na kilka sekund, kiedy zmieniali pozycję i przykrył Caina kołdrą, dociskając się do niego, jakby od tego zależało jego życie, ale następnym wyraźnym wspomnieniem była już... godzina dwunasta?! Oczywiście, że nie wstał. Miał tylko nadzieję, że nie mówił nic przez sen, jeśli Bletchley próbował go dobudzić, bo plótł wtedy takie straszne farmazony i... żałował trochę, ale nie mógł na to nic poradzić - musiał wracać do Little Hangleton.
Chyba sobie nie zasłużył na te pocałunki w czoło, na te pocieszające gesty i na tę miłość. Chyba na pewno. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciał je mieć, więc zagarnął to wszystko - to jest Caina - w swoje zachłanne łapy kiedy tylko mógł się obok niego położyć. Ten chłód sprzed chwili można było pokonać, trzęsienie się obolałych od stresu kończyn też - potrzebował jeszcze kilku kropel uczucia, kilku sekund tych wpatrzonych w niego oczu i kilku godzin snu. No dobrze - kilkunastu. Dlatego pytał o tę godzinę wstania, bo sobie mówił, że wstanie z nim. Tym razem z nim wstanie, nie będzie spał do południa...
- Wyśpisz się chociaż trochę...? - Dla niego taki tryb życia był nienormalny. Wstawać konkretnej porze. Albo o wschodzie słońca... Żyjąc pod ziemią, rozregulował to sobie zupełnie, a po powrocie do cyrku wszyscy uznali to za jego fioła i zaakceptowali to jak gdyby nigdy nic, więc zostawiali mu śniadanie i żyli własnym życiem, nie spodziewając się zobaczenia go wczesną porą poza dniami kiedy wracał po pijaku.
Strasznie dużo było tych informacji... On na pewno chciał o tym słyszeć, miał mu o tym opowiadać? O takich kompletnych pierdołach, jak to, kiedy ukradł Jimowi dzwon kościelny z jakąś blondynką, albo o tym, że jego siostra była zaginioną księżniczką Romanowów...?
- Tylko nie w weekendy. W weekendy są występy, a jak nie ma występów to i tak każą mi ćwiczyć na trapezie.
Czy on wiedział, co to jest trapez? To było tak cholernie dużo spraw, które wydawały mu się totalnie od czapy, bo obdzierało go to z tych wszystkich warstw enigmatyczności. Wielki pan Crow z tych ciemnych, strasznych korytarzy, też był człowiekiem. Takim samym jak wszyscy, a może nawet gorszego sortu.
Zostawi to na jutro, albo na kiedyś.
- Wiem, że powiedziałem, że zrobię dla ciebie wszystko, ale nie możesz poprosić o coś łatwiejszego? O pokój na świecie, albo o lek na likantropię? - Zaśmiał się, tym razem bez tego smutku. Znów atakował samego siebie, ale ten śmiech był szczery. A później ujął jego twarz w dłonie i sam go pocałował, z czułością i ciepłem, jakie potrafił dawać, ale też wyczuwalnym zmęczeniem. Nie porozmawiali wcale. Ewentualnie tego nie pamiętał. Był pewien, że obudził się na kilka sekund, kiedy zmieniali pozycję i przykrył Caina kołdrą, dociskając się do niego, jakby od tego zależało jego życie, ale następnym wyraźnym wspomnieniem była już... godzina dwunasta?! Oczywiście, że nie wstał. Miał tylko nadzieję, że nie mówił nic przez sen, jeśli Bletchley próbował go dobudzić, bo plótł wtedy takie straszne farmazony i... żałował trochę, ale nie mógł na to nic poradzić - musiał wracać do Little Hangleton.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.