06.02.2024, 13:46 ✶
Brenna wahała się jeszcze przez chwilę, spoglądając na Tymoteusa. Nie czuła, że wie "wszystko" - zdawało się jej, że wiedzą mało, rozpaczliwie więc mało. I zaczynała mieć wątpliwości, czy Heather w ogóle powinna trafić na tę wyspę, bo jeśli miałaby nie ulegać własnym pragnieniom, by wrócić... to chyba właśnie nadmiernie im ulegała.
Ale teraz nie było mowy, aby pozwoliła się zatrzymać.
Brenna mocniej zacisnęła palce na różdżce, nagle bardzo żałując, że przyprowadziła tutaj Wood, ale nie spodziewała się, że Tymoteus... powie właśnie coś takiego. Będzie trzeba uważać na Heather.
- Obawiam się, że to, że Andrew wierzył, że może pozbyć się klątwy, znaczy raczej że uległ pragnieniu, któremu podobno ulegać nie można - powiedziała jeszcze cicho. - Panie Salt...
- Nienienienienienie - powtarzał mężczyzna, kiwając się w przód i w tył. Brenna zacisnęła szczęki. Więcej się nie dowiedzą. Nie dało się powiedzieć, że ta wycieczka była na darmo, bo informacje mogły się przydać... ale w tej chwili ciężko było to ocenić.
W dodatku wcale nie chciała zostawiać tutaj Tymoteusa Salta. Wszystko w niej protestowało przeciwko takiemu rozwiązaniu. Tyle że on wcale nie chciał odchodzić, a ona przecież nie mogła zbawić całego świata. Nie mogła po prostu zebrać z Podziemnych Ścieżek wszystkich, którzy potrzebowali pomocy - zwłaszcza, że po tylu latach brygadowej pracy doskonale wiedziała, że w większości przypadków poszłaby na darmo.
Musiała skupić się na upewnieniu się, że Voldemort nie dostanie broni wypełnionej ciemnością.
I że wszyscy, którzy wejdą na tę wyspę, zejdą z niej żywi oraz zdrowi psychicznie.
– Chodźmy – zgodziła się w końcu, zawracając w tę samą stronę, z której przyszły.
Rzecz jasna to nie był jeszcze koniec.
Trudno powiedzieć, czy miały pecha, czy mężczyzna, który szedł za nimi wcześniej, nie dał się jednak odstraszyć. Czekali na nie w każdym razie dokładnie tam, gdzie magia zaczynała dziwnie działać – być może stwierdzając, że nie mogąc rzucać zaklęć, będą bezbronne. A Brenna mogła tylko przekląć samą siebie, że tego nie przewidziała. Oczywiste, że ktoś postanowi je okraść. Albo komuś nie podobało się, że obcy zapuszczali się tak głęboko w podziemne ścieżki...
Ledwo wyszła zza załomu korytarza, światło na różdżce przygasło, a ktoś sięgnął w jej stronę. Wyłapała ruch kątem oka i instynktownie umknęła przed rękami, a potem w odruchowo uderzyła, próbując walnąć mroczną sylwetkę prosto w noc.
Ta wcale nie była sama: były jeszcze dwie i jedna z nich skoczyła ku Heather.
rzuty Bren
Ale teraz nie było mowy, aby pozwoliła się zatrzymać.
Brenna mocniej zacisnęła palce na różdżce, nagle bardzo żałując, że przyprowadziła tutaj Wood, ale nie spodziewała się, że Tymoteus... powie właśnie coś takiego. Będzie trzeba uważać na Heather.
- Obawiam się, że to, że Andrew wierzył, że może pozbyć się klątwy, znaczy raczej że uległ pragnieniu, któremu podobno ulegać nie można - powiedziała jeszcze cicho. - Panie Salt...
- Nienienienienienie - powtarzał mężczyzna, kiwając się w przód i w tył. Brenna zacisnęła szczęki. Więcej się nie dowiedzą. Nie dało się powiedzieć, że ta wycieczka była na darmo, bo informacje mogły się przydać... ale w tej chwili ciężko było to ocenić.
W dodatku wcale nie chciała zostawiać tutaj Tymoteusa Salta. Wszystko w niej protestowało przeciwko takiemu rozwiązaniu. Tyle że on wcale nie chciał odchodzić, a ona przecież nie mogła zbawić całego świata. Nie mogła po prostu zebrać z Podziemnych Ścieżek wszystkich, którzy potrzebowali pomocy - zwłaszcza, że po tylu latach brygadowej pracy doskonale wiedziała, że w większości przypadków poszłaby na darmo.
Musiała skupić się na upewnieniu się, że Voldemort nie dostanie broni wypełnionej ciemnością.
I że wszyscy, którzy wejdą na tę wyspę, zejdą z niej żywi oraz zdrowi psychicznie.
– Chodźmy – zgodziła się w końcu, zawracając w tę samą stronę, z której przyszły.
Rzecz jasna to nie był jeszcze koniec.
Trudno powiedzieć, czy miały pecha, czy mężczyzna, który szedł za nimi wcześniej, nie dał się jednak odstraszyć. Czekali na nie w każdym razie dokładnie tam, gdzie magia zaczynała dziwnie działać – być może stwierdzając, że nie mogąc rzucać zaklęć, będą bezbronne. A Brenna mogła tylko przekląć samą siebie, że tego nie przewidziała. Oczywiste, że ktoś postanowi je okraść. Albo komuś nie podobało się, że obcy zapuszczali się tak głęboko w podziemne ścieżki...
Ledwo wyszła zza załomu korytarza, światło na różdżce przygasło, a ktoś sięgnął w jej stronę. Wyłapała ruch kątem oka i instynktownie umknęła przed rękami, a potem w odruchowo uderzyła, próbując walnąć mroczną sylwetkę prosto w noc.
Ta wcale nie była sama: były jeszcze dwie i jedna z nich skoczyła ku Heather.
rzuty Bren
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.