06.02.2024, 16:25 ✶
Nie zdawała się mieć niczego przeciwko obecności Rodolphusa. Jasne, wiedziała, że na tę rodzinę trzeba uważać – ale tylko tak, jak na większość konserwatywnych rodów czystej krwi. Był nieco dziwny, nie dał jednak na razie podstaw do podejrzeń, że jest psychopatą czy na jego ręku skrywa się mroczny znak.
Skinęła więc mu jedynie głową na powitanie.
– Och wujku... Obawiam się, że jeśli Kronos trzyma w dłoniach porządek wszechświata, to jest absolutnie, zupełnie, dokumentnie szalony. I wiem, że to wszystko synonimy, ale miałam potrzebę hiperboli - westchnęła Brenna, odwracając się przez ramię i posyłając mu uśmiech. - To tutaj – dodała chwilę później, otwierając ukryte zejście do piwnicy. Ona i Apollo znaleźli je błyskawicznie głównie dzięki temu, że właściciel postanowił właśnie tam uciec.
Przepuściła ich na schodach, pozwalając, by zajrzeli do piwnicy i zobaczyli to samo, co wcześniej ona i Apollo. Ostatecznie była tylko zwykłą, głupiutką Brygadzistką, gdzie jej do grzebania w czasie i przestrzeni - ewentualnie w artefaktach wywołujących halucynacje albo przy jakichś dziwacznych zaklęciach. Odpaliła jedynie lumos, schodząc od drzwi zaledwie o parę stopni, by im przyświecić, gdy będą iść w dół, ale nie pakując się do samego wejścia: raz, było wąskie i nie mogliby wtedy wygodnie zajrzeć do środka, dwa potem okaże się, że coś wybuchło i To Na Pewno Jej Wina, że z piwnicy zaczęły wychodzić jakieś potwory z dużą ilością marek i zamiarem przejęcia władzy nad światem.
Wejście na dole, wiodące do samej piwnicy, było otwarte i w niej samej nie potrzebowali już światła, a to, co tam zobaczyli, zdecydowanie kwalifikowało się jako "wezwać Niewymownych i to bardzo, bardzo szybko".
W różnych miejscach pomieszczenia co chwila pojawiały się niebieskie rozbłyski. Towarzyszyły im dziwne trzaski, które zdawały się wibrować w uszach. W powietrzu, bardzo, bardzo powoli, unosiły się przedmioty: słoiki, fragmenty zniszczonych szafek, szkło oraz... piasek. Mogłoby się wydawać, że to tylko coś nie tak z grawitacją, ale Morpheus mógłby przysiąc, że na jego oczach z fragmentów szkła znów powstał słoik, a potem rozpadł się z powrotem w setki odłamków. Może jednak tylko mu się wydawało? Wszystko stało się tak szybko, a przedmiot był po drugiej stronie pomieszczenia, w sporej odległości. Być może Longbottom uległ złudzeniu, oślepiony błękitnym rozbłyskiem?
Czy była to anomalia czasu i przestrzeni? Halucynacja? Efekt działania jakiegoś artefaktu? A może czasowy skutek zaklęć? Na razie nie mieli jeszcze pełnych informacji, by wybrać ze stu procentową dokładnością jedną opcję.
Rodolphusowi przez moment wydało się, że w samym środku tego wszystkiego dostrzegł fragment dużej, rozwalonej klepsydry, błyskającej błękitem, ale i on nie mógł być pewien, bo…
…jakieś trzy minuty po tym, jak zaczęli obserwować to zaskakujące, piwnicze zjawisko, światło znów rozbłysło. Tym razem znacznie mocniej niż wcześniej.
Błękitny blask zalał ich wszystkich, zmuszając do zaciśnięcia powiek, osłonięcia oczu. Nawet Brennę, która została nieco z tyłu. A kiedy je otworzyli, piwnica była po prostu piwnicą. Nic nie lewitowało w powietrzu, pod ścianami stały szafki, pokryte kurzem, na półkach pobłyskiwały słoiki, wypełnione przetworami. Nigdzie nie dało się dostrzec choćby śladu klepsydry, która wcześniej mignęła Lestrangowi.
– No, no, nie sądziłam, że jesteście aż tak skuteczni – stwierdziła Brenna z góry, unosząc brwi. Przyklękła wcześniej na schodach, obserwując ten przedziwny fenomen ponad ich głowami. – Sama wasza aura sprawiła, że wszystko wróciło do normy, czy jak? – spytała. Podniosła się, otrzepała kolano i pokonała te dwa stopnie, dzielące się od wyjścia, najwyraźniej zamierzając wyjść. Nawet nie próbowała zastanawiać się, co się stało: czy to jednak były dziwne zaklęcia i ustąpiły samoistnie, czy pracownicy Departamentu Tajemnic użyli na dzień dobry jakiejś magii i wszystko zakończyli. Podejrzewała, że Niewymowni zechcą rozejrzeć się po tej dziwnej piwnicy, a kto wie, czy zaraz znów wszystko nie zacznie szaleć, a nauczyła się już, że zwykle przy takich okazjach wywalali wszystkich postronnych najdalej, jak się dało.
Sięgnęła do klamki.
A gdy ją nacisnęła i wyjrzała na korytarz…
Brenna zamrugała. Potem bardzo powoli znów zamknęła drzwi i ponownie je otworzyła, ale widok za nimi ani trochę się nie zmienił. Nie wpadła w panikę – głównie dlatego, że nie przywykła do wpadania w taką, a poza tym była zbyt skonsternowana – ale przez długą chwilę stała po prostu, zapatrzona przed siebie.
Potem zaś odezwała się, mimowolnie uciekając do cytatu, którego pewnie żaden z nich nie miał szans rozpoznać.
– Morpheusie? Rodolphusie? Chyba powinniście to zobaczyć – zawołała, przerywając im cokolwiek robili. – Mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas.
Skinęła więc mu jedynie głową na powitanie.
– Och wujku... Obawiam się, że jeśli Kronos trzyma w dłoniach porządek wszechświata, to jest absolutnie, zupełnie, dokumentnie szalony. I wiem, że to wszystko synonimy, ale miałam potrzebę hiperboli - westchnęła Brenna, odwracając się przez ramię i posyłając mu uśmiech. - To tutaj – dodała chwilę później, otwierając ukryte zejście do piwnicy. Ona i Apollo znaleźli je błyskawicznie głównie dzięki temu, że właściciel postanowił właśnie tam uciec.
Przepuściła ich na schodach, pozwalając, by zajrzeli do piwnicy i zobaczyli to samo, co wcześniej ona i Apollo. Ostatecznie była tylko zwykłą, głupiutką Brygadzistką, gdzie jej do grzebania w czasie i przestrzeni - ewentualnie w artefaktach wywołujących halucynacje albo przy jakichś dziwacznych zaklęciach. Odpaliła jedynie lumos, schodząc od drzwi zaledwie o parę stopni, by im przyświecić, gdy będą iść w dół, ale nie pakując się do samego wejścia: raz, było wąskie i nie mogliby wtedy wygodnie zajrzeć do środka, dwa potem okaże się, że coś wybuchło i To Na Pewno Jej Wina, że z piwnicy zaczęły wychodzić jakieś potwory z dużą ilością marek i zamiarem przejęcia władzy nad światem.
Wejście na dole, wiodące do samej piwnicy, było otwarte i w niej samej nie potrzebowali już światła, a to, co tam zobaczyli, zdecydowanie kwalifikowało się jako "wezwać Niewymownych i to bardzo, bardzo szybko".
W różnych miejscach pomieszczenia co chwila pojawiały się niebieskie rozbłyski. Towarzyszyły im dziwne trzaski, które zdawały się wibrować w uszach. W powietrzu, bardzo, bardzo powoli, unosiły się przedmioty: słoiki, fragmenty zniszczonych szafek, szkło oraz... piasek. Mogłoby się wydawać, że to tylko coś nie tak z grawitacją, ale Morpheus mógłby przysiąc, że na jego oczach z fragmentów szkła znów powstał słoik, a potem rozpadł się z powrotem w setki odłamków. Może jednak tylko mu się wydawało? Wszystko stało się tak szybko, a przedmiot był po drugiej stronie pomieszczenia, w sporej odległości. Być może Longbottom uległ złudzeniu, oślepiony błękitnym rozbłyskiem?
Czy była to anomalia czasu i przestrzeni? Halucynacja? Efekt działania jakiegoś artefaktu? A może czasowy skutek zaklęć? Na razie nie mieli jeszcze pełnych informacji, by wybrać ze stu procentową dokładnością jedną opcję.
Rodolphusowi przez moment wydało się, że w samym środku tego wszystkiego dostrzegł fragment dużej, rozwalonej klepsydry, błyskającej błękitem, ale i on nie mógł być pewien, bo…
…jakieś trzy minuty po tym, jak zaczęli obserwować to zaskakujące, piwnicze zjawisko, światło znów rozbłysło. Tym razem znacznie mocniej niż wcześniej.
Błękitny blask zalał ich wszystkich, zmuszając do zaciśnięcia powiek, osłonięcia oczu. Nawet Brennę, która została nieco z tyłu. A kiedy je otworzyli, piwnica była po prostu piwnicą. Nic nie lewitowało w powietrzu, pod ścianami stały szafki, pokryte kurzem, na półkach pobłyskiwały słoiki, wypełnione przetworami. Nigdzie nie dało się dostrzec choćby śladu klepsydry, która wcześniej mignęła Lestrangowi.
– No, no, nie sądziłam, że jesteście aż tak skuteczni – stwierdziła Brenna z góry, unosząc brwi. Przyklękła wcześniej na schodach, obserwując ten przedziwny fenomen ponad ich głowami. – Sama wasza aura sprawiła, że wszystko wróciło do normy, czy jak? – spytała. Podniosła się, otrzepała kolano i pokonała te dwa stopnie, dzielące się od wyjścia, najwyraźniej zamierzając wyjść. Nawet nie próbowała zastanawiać się, co się stało: czy to jednak były dziwne zaklęcia i ustąpiły samoistnie, czy pracownicy Departamentu Tajemnic użyli na dzień dobry jakiejś magii i wszystko zakończyli. Podejrzewała, że Niewymowni zechcą rozejrzeć się po tej dziwnej piwnicy, a kto wie, czy zaraz znów wszystko nie zacznie szaleć, a nauczyła się już, że zwykle przy takich okazjach wywalali wszystkich postronnych najdalej, jak się dało.
Sięgnęła do klamki.
A gdy ją nacisnęła i wyjrzała na korytarz…
Brenna zamrugała. Potem bardzo powoli znów zamknęła drzwi i ponownie je otworzyła, ale widok za nimi ani trochę się nie zmienił. Nie wpadła w panikę – głównie dlatego, że nie przywykła do wpadania w taką, a poza tym była zbyt skonsternowana – ale przez długą chwilę stała po prostu, zapatrzona przed siebie.
Potem zaś odezwała się, mimowolnie uciekając do cytatu, którego pewnie żaden z nich nie miał szans rozpoznać.
– Morpheusie? Rodolphusie? Chyba powinniście to zobaczyć – zawołała, przerywając im cokolwiek robili. – Mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.