- Oczywiście, że nie! - odparł z pewnością w głosie, całkowicie zaprzeczając temu co powiedziała - Jesteś jedna, jedyna, tak? - zapytał, chcąc się upewnić, że na pewno o tym wie. Skłamałby mówiąc, że czasem nie rzucało się okiem na inne kobiety ale czy tego nie robili zdrowi mężczyźni? Nie patrzył na nie w formie potencjalnych partnerek czy co gorsza zdrady, a jedynie jako entuzjasta damskich kształtów. Ot, taki koneser - co sobie popatrzy to jego.
Stanley raczej unikał tematu swojej matki od momentu jej śmierci. Nie podejmować go chyba z nikim, wyłączając ten etap ze swojego życia. Oczywiście chodził na grób i zawsze upewniał się, że ten jest wysprzątany, są na nim świeże kwiaty i zapalone znicze jako forma hołdu, na który mógł sobie pozwolić. Może obawiał się, że ta zasklepiona rana, znowu się otworzy? Albo że powie zbyt dużo? Pewne rzeczy łatwiej było przemilczeć, udać, że nie istnieją... lub nawet palić głupa na ten temat.
Na pewno nic nie wspomniał? Cóż... lepiej późno, niż wcale - Hmm... Mogło tak być - przyznał, wolną dłonią przejeżdżając po swojej brodzie. Czemu nie zrobił tego wcześniej? Bo sam musiał się z tą myślą pogodzić. Z tym, że już nie jest de facto sierotą - Prawda, ciężko się z tym nie zgodzić - stwierdził - Pytasz jaki on jest? - westchnął - Myślę jakby odpowiedzieć na to pytanie w najprostszy możliwie sposób... Jest dosyć specyficzny? - uniósł zdziwioną brew na swoje własne słowa. Nie bardzo wiedział jak mógł Stelli opisać Roberta Mulcibera - Wymaga pełni zaangażowania. Ma trochę pedantyczne podejście do wszystkiego? Mam wrażenie, że nie bardzo lubi jak ktoś mu się sprzeciwia... Wiesz, musi zawsze postawić na swoim. Bardzo opanowany i spokojny. Trochę małomówny? Oceniający? - kontynuował, próbując wyłapać główne cechy swojego ojca - Ale z tego co się dowiedziałem to był kiedyś kimś ważnym w Ministerstwie, a dokładnie to w Departamencie Tajemnic, więc nie jest źle - pokiwał głową. W życiu by przecież nie powiedział, że ktoś tak wysoko postawiony mógł być z nim powiązany. Co więcej - nie mógł być, a był i to było zaskakujące.
- Jak doszło do spotkania? Przypadkiem trochę. Okazało się, że mój krewniak, a chyba współpracownik Roberta połączył kropki i przekazał kontakt. Napisał do mnie list, spotkaliśmy się i tak jakoś poszło - wytłumaczył - Nie sądzisz, że to wspaniałe? Co prawda mamy wiele do nadrobienia i w ogóle... ale małymi kroczkami do celu i jakoś to będzie - dodał, poklepując ją swoją wolną dłonią po jej własnej, obdarowując Stellę pogodnym uśmiechem. Stanley ewidentnie był zadowolony z takiego obrotu spraw. A może chciał tym uśmiechem jej zrekompensować to, że tyle jej o tym nie mówił?
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972