06.02.2024, 23:07 ✶
Drzwi uchyliły się nieco. Zaledwie na szerokość dłoni. Były zablokowane za pomocą solidnego łańcuszka, tak aby ktoś, kto chciałby otworzyć je szerzej nie miał ku temu wielkiego pola manewru. Colette najwyraźniej była ostrożną osobą.
Vincent nie widział całej jej postaci. Zaledwie fragment twarzy, włosy, ciemną, domową sukienkę. Słyszał, że miała jakieś czterdzieści lat, chociaż wyglądała trochę młodziej. Kiedyś musiała być bardzo piękna, a i teraz wciąż dało się określić ją jako ładną czy może przystojną: czas był dla niej łaskawy. Może odziedziczyła po swoich przodkach jednak jakąś drobinę magii, nie dość, aby czarować, ale dość, aby nieco przedłużyło jej to życie?
Oczy miała wielkie, zielononiebieskie i choć w ich kącikach czaiły się zmarszczki, a w rozpuszczonych, ciemnych włosach widać było wiele srebrzystych nitek, dało się łatwo zrozumieć, czym uwiodła Tymoteusa Salta do tego stopnia, że pomógł jej opuścić burdel i zadbał o to, aby mogła wygodnie żyć w niemagicznym Londynie.
Była, rzecz jasna, dużo niższa od Vincenta. Nie wydawała się jednak przestraszona jego aparycją. Czy sprawiał to uśmiech, czy ktoś, kto pracował niegdyś na Nokturnie, nie był po prostu strachliwy? Zadarła głowę i utkwiła spojrzenie w jego twarzy, a potem zacmokała.
- Prewett - skwitowała. Najwyraźniej chociaż była charłaczką i odeszła do niemagicznego świata, miała jakieś kontakty w magicznym świecie i śledziła, co się tam dzieje...? A może... - Jeden z twoich krewnych był kiedyś moim klientem. Bardzo go przypominasz - oświadczyła sucho. Och, tak, to wszystko wyjaśniało. I nie zamierzała kryć, że go rozpoznała. Ani swojej profesji: domyślała się, że to coś z czasów tamtej pracy sprowadziło go na jej próg. - Czego życzy sobie od biednej charłaczki wielki czarodziej czystej krwi? Zakładam, że nie skorzystać z moich usług. Raz, rzuciłam to, dwa, nie wyglądasz chłoptasiu, jakbyś musiał szukać kurew aż w niemagicznym Londynie. Na Nokturnie znajdziesz młodsze i chętniejsze.
Vincent nie widział całej jej postaci. Zaledwie fragment twarzy, włosy, ciemną, domową sukienkę. Słyszał, że miała jakieś czterdzieści lat, chociaż wyglądała trochę młodziej. Kiedyś musiała być bardzo piękna, a i teraz wciąż dało się określić ją jako ładną czy może przystojną: czas był dla niej łaskawy. Może odziedziczyła po swoich przodkach jednak jakąś drobinę magii, nie dość, aby czarować, ale dość, aby nieco przedłużyło jej to życie?
Oczy miała wielkie, zielononiebieskie i choć w ich kącikach czaiły się zmarszczki, a w rozpuszczonych, ciemnych włosach widać było wiele srebrzystych nitek, dało się łatwo zrozumieć, czym uwiodła Tymoteusa Salta do tego stopnia, że pomógł jej opuścić burdel i zadbał o to, aby mogła wygodnie żyć w niemagicznym Londynie.
Była, rzecz jasna, dużo niższa od Vincenta. Nie wydawała się jednak przestraszona jego aparycją. Czy sprawiał to uśmiech, czy ktoś, kto pracował niegdyś na Nokturnie, nie był po prostu strachliwy? Zadarła głowę i utkwiła spojrzenie w jego twarzy, a potem zacmokała.
- Prewett - skwitowała. Najwyraźniej chociaż była charłaczką i odeszła do niemagicznego świata, miała jakieś kontakty w magicznym świecie i śledziła, co się tam dzieje...? A może... - Jeden z twoich krewnych był kiedyś moim klientem. Bardzo go przypominasz - oświadczyła sucho. Och, tak, to wszystko wyjaśniało. I nie zamierzała kryć, że go rozpoznała. Ani swojej profesji: domyślała się, że to coś z czasów tamtej pracy sprowadziło go na jej próg. - Czego życzy sobie od biednej charłaczki wielki czarodziej czystej krwi? Zakładam, że nie skorzystać z moich usług. Raz, rzuciłam to, dwa, nie wyglądasz chłoptasiu, jakbyś musiał szukać kurew aż w niemagicznym Londynie. Na Nokturnie znajdziesz młodsze i chętniejsze.