07.02.2024, 00:55 ✶
Patrick odruchowo odwrócił głowę w stronę związanego linami mężczyzny, gdy Nora wypowiedziała zdanie o tym, że ten chciał ją zabić. Myśli o ojcu zupełnie zniknęły z jego głowy a zamiast nich poczuł strach. Już nieważne, skarcił się w myślach, pozwalając własnym kolanom opaść obok właścicielki Klubokawiarni. Złapał ją za ramiona i odruchowo przyciągnął do siebie, jakby w tym geście próbując ochronić przed spętanym linami człowiekiem i dodać jej otuchy.
- Zabieram cię stąd. Zaraz wezwę BUM, niech się nim zajmują – rzucił miękko.
Był jeszcze trzask, który powinien ich zaalarmować, ale zbyt szybko zastąpiła ją ciemność jak mrugnięcie powieki.
*
Nora znajdowała się w swojej Klubokawiarni. To był zwykły, bardzo zwyczajny dzień, jeden z takich w czasie których niby sporo się działo, ale głównie przez pierwszą część dnia. Teraz miała zdecydowanie więcej czasu i mogła się zająć tymi mniej pilnymi sprawami: księgowością, sprawdzeniem zapasów potrzebnych produktów oraz wymyślaniem nowych rodzajów słodkich deserów, które chciała wprowadzić do sprzedaży. Lady wylegiwała się na jednym z wolnych krzeseł i bawiła kłębkiem włóczki. W lokalu niedługo miała się zjawić Mabel razem z Erikiem i Brenną. Longbottomowie zabrali ją tego popołudnia do Wesołego Miasteczka. Póki co, znajdowała się w nim niemal sama, nie licząc grupki czarownic zawzięcie (ale cicho) dyskutujących o nowych zastosowaniach smoczej krwi oraz siedzącego przy stoliku w rogu posępnego czarodzieja, który czytał Proroka Codziennego, racząc się przy okazji pączkiem z konfiturą różaną.
Panna Figg zamykała właśnie swój notes, gdy usłyszała znajomy dzwonek zwiastujący, że do Klubokawiarni wszedł nowy klient. Ten okazał się kolejnym, samotnym czarodziejem w średnim wieku. Wyglądał… przez krótką chwilę nawiedziło ją osobliwe przeczucie, że już gdzieś widziała tego człowieka, ale zniknęło równie szybko jak się pojawiło. Mężczyzna uśmiechnął się dość szeroko, ale jego uśmiech ani nie objął zimnych oczu, ani nie odsłonił zębów.
- Dzień dobry. Przyszedłem po zamówiony tort. Na urodziny córki. Ma na imię Mabel – powiedział, opierając się łokciami o kontuar.
W jego zachowaniu było coś dziwnego. Patrzył na Norę, niemal zupełnie nie mrugając, poświęcając jej całą swoją uwagę, jakby była jedyną osobą znajdującą się na całym świecie.
- Biedna dziewczynka. Niedawno straciła matkę – dodał po paru sekundach cichym, pozbawionym emocji głosem. I znowu się uśmiechnął tym przypominającym żabi uśmiechem, który nijak nie obejmował jego zimnych oczu. – Ktoś ją zarżnął. Trzydzieści dwa ciosy nożem. Zaatakował w miejscu pracy – odepchnął się palcami od blatu i zaczął obchodzić kontuar by zbliżyć się do Nory.
W ręku trzymał ostry nóż. A ona musiała zostawić różdżkę w kuchni.
- Zabieram cię stąd. Zaraz wezwę BUM, niech się nim zajmują – rzucił miękko.
Był jeszcze trzask, który powinien ich zaalarmować, ale zbyt szybko zastąpiła ją ciemność jak mrugnięcie powieki.
*
Nora znajdowała się w swojej Klubokawiarni. To był zwykły, bardzo zwyczajny dzień, jeden z takich w czasie których niby sporo się działo, ale głównie przez pierwszą część dnia. Teraz miała zdecydowanie więcej czasu i mogła się zająć tymi mniej pilnymi sprawami: księgowością, sprawdzeniem zapasów potrzebnych produktów oraz wymyślaniem nowych rodzajów słodkich deserów, które chciała wprowadzić do sprzedaży. Lady wylegiwała się na jednym z wolnych krzeseł i bawiła kłębkiem włóczki. W lokalu niedługo miała się zjawić Mabel razem z Erikiem i Brenną. Longbottomowie zabrali ją tego popołudnia do Wesołego Miasteczka. Póki co, znajdowała się w nim niemal sama, nie licząc grupki czarownic zawzięcie (ale cicho) dyskutujących o nowych zastosowaniach smoczej krwi oraz siedzącego przy stoliku w rogu posępnego czarodzieja, który czytał Proroka Codziennego, racząc się przy okazji pączkiem z konfiturą różaną.
Panna Figg zamykała właśnie swój notes, gdy usłyszała znajomy dzwonek zwiastujący, że do Klubokawiarni wszedł nowy klient. Ten okazał się kolejnym, samotnym czarodziejem w średnim wieku. Wyglądał… przez krótką chwilę nawiedziło ją osobliwe przeczucie, że już gdzieś widziała tego człowieka, ale zniknęło równie szybko jak się pojawiło. Mężczyzna uśmiechnął się dość szeroko, ale jego uśmiech ani nie objął zimnych oczu, ani nie odsłonił zębów.
- Dzień dobry. Przyszedłem po zamówiony tort. Na urodziny córki. Ma na imię Mabel – powiedział, opierając się łokciami o kontuar.
W jego zachowaniu było coś dziwnego. Patrzył na Norę, niemal zupełnie nie mrugając, poświęcając jej całą swoją uwagę, jakby była jedyną osobą znajdującą się na całym świecie.
- Biedna dziewczynka. Niedawno straciła matkę – dodał po paru sekundach cichym, pozbawionym emocji głosem. I znowu się uśmiechnął tym przypominającym żabi uśmiechem, który nijak nie obejmował jego zimnych oczu. – Ktoś ją zarżnął. Trzydzieści dwa ciosy nożem. Zaatakował w miejscu pracy – odepchnął się palcami od blatu i zaczął obchodzić kontuar by zbliżyć się do Nory.
W ręku trzymał ostry nóż. A ona musiała zostawić różdżkę w kuchni.