07.02.2024, 05:45 ✶
Bulstrode błagał, BŁAGAŁ, żeby na niego spojrzała, chociaż do końca jeszcze nie przemyślał tego, co właściwie zrobi, kiedy ta podłapie jego spojrzenie. Wybałuszenie oczu czy znaczące poruszenie brwiami wydawało się aż nazbyt wymowne, tak samo jak i niejednoznaczne. Zaraz by się pewnie któraś go zapytała, oczywiście tylko nie sama zainteresowana, bo w takich sytuacjach to bywało, czy mu coś do oka nie wpadło.
Obejrzał się na psa, kiedy ta zwróciła na niego uwagę, bo prawdę powiedziawszy, do tej pory pozostawał dla Atreusa absolutnie nieważnym elementem otoczenia. Był sobie, nie warczał, nie szczerzył zębów, wydawał się całkiem miły. A no tak, i gadał. I podobnie jak Brenna, Atreus zamarł na moment, chyba potrzebując chwili, żeby obróć parę razy w głowie informację, że mieli do czynienia z gadającym zwierzęciem. Nie był to jakiś ewenement, ale z tą informacją szła jakaś ulga. Bo to znaczyło, że byli wśród czarodziejów.
Atreus odetchnął, bo jakoś mu się tak lżej zrobiło. Może faktycznie mieli tutaj dookoła jakąś małą armię oklumentów, szczerze to nawet by się nie zdziwił, gdyby była to jakaś rodzinna sztuczka przekazywana wręcz religijnie z pokolenia na pokolenie. Nawet chwaliło się zaangażowanie i w ogóle.
Sięgnął po różdżkę, bardzo chętnie sięgając po magię by podobnie jak Longbottom pozbyć się z odzieży błota, czy nawet nieco ją osuszyć. To mu także polepszyło nieco humor, nawet jeśli musieli spotkać się z przykrą rewelacją, że całkiem przypadkiem państwu zabrakło akurat proszka Fiuu.
Dobrze też było widzieć, że Brenna wcale nie była aż tak spokojna na jaką wyglądała. Rozrastający się wykwitami na jej aurze niepokój był dla Atreusa łatwy do zauważenia i tym mocniej zarysowany, że wszyscy inni wydawali się niczym zgaszone świeczki i pozbawieni jakiegokolwiek blasku. A on tego okropnie nienawidził. Przyzwyczajony do widoku barwnych poświat, zawsze kiedy ktoś w jakiś sposób je blokował, czuł się zwyczajnie ślepy, nawet jeśli przecież miał jeszcze dwójkę sprawnych oczu.
Obejrzał się na Flosie, która znalazła się znowu obok niego, może nieco bliżej, ale czy mu to przeszkadzało? Absolutnie nie. Nie wyglądała przecież na groźną i nawet jeśli wciąż odczuwał szarpnięcia niepokoju, to przez głowę mu nie przeszło, że była w stanie mu coś zrobić. Pomijając oczywiście niby to przypadkowego otarcia się o jego rękę, ale hej - nie mógł jej przecież o to winić. Szkoda tylko, że nie wydawała się tak ciepła, jak zwykle była Brenna, kiedy łapał ją za rękę.
Przyjął swój ręcznik, przecierając nim niedbale włosy, ale co o wiele bardziej go ucieszyło, to herbata którą zaraz przyniosła Luna. Rozlewające się po żołądku ciepło, nawet jeśli nie rozganiało goszczącego w nim zimna, wciąż było niezwykle pocieszające i zwyczajnie przyjemne. Dlatego też uśmiechnął się do dziewczyny z wdzięcznością, bez mrugnięcia okiem pociągając z filiżanki łyk.
Utkwił spojrzenie w Longbottom, zastanawiając się co ona właściwie wyprawia, kiedy tak patrzyła od jednej dziewczyny do drugiej, samemu nawet przez moment nie zastanawiając się nad tym czy w ogóle powinien je znać. Atreus, tak samo jak i reszta borginowej Bandy, był łasy na ładne dziewczyny kiedy chodził do szkoły, ale prawdę powiedziawszy - większości z nich nigdy nie zapamiętał. Ich twarze scalały się w jakąś jedną, niewyględną masę, na szczycie której tańcowała w pełnej krasie Lorraine, śmiejąc się i rozsiewając swój urok, a towarzyszyła jej przy tym muzyczka z pozytywki, którą mu przypominała.
Równie dobrze otaczające ich dziewczęta mogły także uczęszczać do innej szkoły. Na przykład tej francuskiej, albo chociażby Durmstrangu, bo z tego co luźno kojarzył, niektórzy z rodziny Stanleya tam uczęszczali (o czym wiedział w sumie głównie przez to, że Stachu uwielbiał marudzić jakich to fajnych przedmiotów w tej Szwecji nie mieli).
- Ugościli nas państwo, za co jesteśmy wdzięczni, ale nie będziemy mogli narzucać się w nieskończoność. Byliśmy umówieni i obawiam się, że nasza nieobecność może kogoś zmartwić - żeby nie powiedzieć wkurwić, bo nie spodziewał się niczego innego w sytuacji, kiedy wysłani z Ministerstwa pracownicy nie stawiali się na miejsce docelowe. - Może moglibyśmy wysłać sowę? Wiem, że pada, ale chyba powinna sobie dać radę? - rzucił, spoglądając na Binnsa znad kolejnego łyku herbaty. - Bardzo smaczna - rzucił jeszcze do Luny, uśmiechajac się do niej jeszcze raz.
- Nonsens, to naprawdę nie problem. Jeśli będzie trzeba, znajdzie się wolny pokój. Nasza sowa jest niestety niezwykle leciwa i nie podoła takiej pogodzie - wyjaśnił mężczyzna, a Bulstrode, mimo że wewnętrze westchnął ciężko, jakby go własnie podwójnie skazano, to w gruncie rzeczy nie mrugnął nawet okiem. Zamiast tego napił sie znowu herbaty.
Obejrzał się na psa, kiedy ta zwróciła na niego uwagę, bo prawdę powiedziawszy, do tej pory pozostawał dla Atreusa absolutnie nieważnym elementem otoczenia. Był sobie, nie warczał, nie szczerzył zębów, wydawał się całkiem miły. A no tak, i gadał. I podobnie jak Brenna, Atreus zamarł na moment, chyba potrzebując chwili, żeby obróć parę razy w głowie informację, że mieli do czynienia z gadającym zwierzęciem. Nie był to jakiś ewenement, ale z tą informacją szła jakaś ulga. Bo to znaczyło, że byli wśród czarodziejów.
Atreus odetchnął, bo jakoś mu się tak lżej zrobiło. Może faktycznie mieli tutaj dookoła jakąś małą armię oklumentów, szczerze to nawet by się nie zdziwił, gdyby była to jakaś rodzinna sztuczka przekazywana wręcz religijnie z pokolenia na pokolenie. Nawet chwaliło się zaangażowanie i w ogóle.
Sięgnął po różdżkę, bardzo chętnie sięgając po magię by podobnie jak Longbottom pozbyć się z odzieży błota, czy nawet nieco ją osuszyć. To mu także polepszyło nieco humor, nawet jeśli musieli spotkać się z przykrą rewelacją, że całkiem przypadkiem państwu zabrakło akurat proszka Fiuu.
Dobrze też było widzieć, że Brenna wcale nie była aż tak spokojna na jaką wyglądała. Rozrastający się wykwitami na jej aurze niepokój był dla Atreusa łatwy do zauważenia i tym mocniej zarysowany, że wszyscy inni wydawali się niczym zgaszone świeczki i pozbawieni jakiegokolwiek blasku. A on tego okropnie nienawidził. Przyzwyczajony do widoku barwnych poświat, zawsze kiedy ktoś w jakiś sposób je blokował, czuł się zwyczajnie ślepy, nawet jeśli przecież miał jeszcze dwójkę sprawnych oczu.
Obejrzał się na Flosie, która znalazła się znowu obok niego, może nieco bliżej, ale czy mu to przeszkadzało? Absolutnie nie. Nie wyglądała przecież na groźną i nawet jeśli wciąż odczuwał szarpnięcia niepokoju, to przez głowę mu nie przeszło, że była w stanie mu coś zrobić. Pomijając oczywiście niby to przypadkowego otarcia się o jego rękę, ale hej - nie mógł jej przecież o to winić. Szkoda tylko, że nie wydawała się tak ciepła, jak zwykle była Brenna, kiedy łapał ją za rękę.
Przyjął swój ręcznik, przecierając nim niedbale włosy, ale co o wiele bardziej go ucieszyło, to herbata którą zaraz przyniosła Luna. Rozlewające się po żołądku ciepło, nawet jeśli nie rozganiało goszczącego w nim zimna, wciąż było niezwykle pocieszające i zwyczajnie przyjemne. Dlatego też uśmiechnął się do dziewczyny z wdzięcznością, bez mrugnięcia okiem pociągając z filiżanki łyk.
Utkwił spojrzenie w Longbottom, zastanawiając się co ona właściwie wyprawia, kiedy tak patrzyła od jednej dziewczyny do drugiej, samemu nawet przez moment nie zastanawiając się nad tym czy w ogóle powinien je znać. Atreus, tak samo jak i reszta borginowej Bandy, był łasy na ładne dziewczyny kiedy chodził do szkoły, ale prawdę powiedziawszy - większości z nich nigdy nie zapamiętał. Ich twarze scalały się w jakąś jedną, niewyględną masę, na szczycie której tańcowała w pełnej krasie Lorraine, śmiejąc się i rozsiewając swój urok, a towarzyszyła jej przy tym muzyczka z pozytywki, którą mu przypominała.
Równie dobrze otaczające ich dziewczęta mogły także uczęszczać do innej szkoły. Na przykład tej francuskiej, albo chociażby Durmstrangu, bo z tego co luźno kojarzył, niektórzy z rodziny Stanleya tam uczęszczali (o czym wiedział w sumie głównie przez to, że Stachu uwielbiał marudzić jakich to fajnych przedmiotów w tej Szwecji nie mieli).
- Ugościli nas państwo, za co jesteśmy wdzięczni, ale nie będziemy mogli narzucać się w nieskończoność. Byliśmy umówieni i obawiam się, że nasza nieobecność może kogoś zmartwić - żeby nie powiedzieć wkurwić, bo nie spodziewał się niczego innego w sytuacji, kiedy wysłani z Ministerstwa pracownicy nie stawiali się na miejsce docelowe. - Może moglibyśmy wysłać sowę? Wiem, że pada, ale chyba powinna sobie dać radę? - rzucił, spoglądając na Binnsa znad kolejnego łyku herbaty. - Bardzo smaczna - rzucił jeszcze do Luny, uśmiechajac się do niej jeszcze raz.
- Nonsens, to naprawdę nie problem. Jeśli będzie trzeba, znajdzie się wolny pokój. Nasza sowa jest niestety niezwykle leciwa i nie podoła takiej pogodzie - wyjaśnił mężczyzna, a Bulstrode, mimo że wewnętrze westchnął ciężko, jakby go własnie podwójnie skazano, to w gruncie rzeczy nie mrugnął nawet okiem. Zamiast tego napił sie znowu herbaty.