27.11.2022, 00:40 ✶
Dora zachichotała cicho, zasłaniając dłonią usta, na wspomnienia przywołane przez Fernah. Uwarzenie eliksiru upiększającego było tak na prawdę tylko wierzchołkiem góry lodowej jej licznych i natrętnych prób wytworzenia zamienników istniejących już eliksirów, które korzystałyby w swojej recepturze z nieco tańszych i łatwiej dostępnych składników. Większość tego typu prób kończyła się byciem zaledwie niesmacznym doświadczeniem, który powodował co najwyżej zgagę. Mniejsza ich cześć miała czasem efekty uboczne, jak wspomniany wcześniej dziób, który nijak miał się do upiększania Łupina. Najmniejszy procent natomiast, okazywał się sukcesem. Tego typu przypadki mogła jednak zliczyć zaledwie na palcach obu dłoni. A przynajmniej tak na szybko.
Uśmiechnęła się też zaraz łagodnie, na dalsze słowa Slughorn. Były one nad wyraz pokrzepiające i Crawley chyba nie spodziewała się, jak bardzo chciała je usłyszeć od kogoś nie bezpośrednio zamieszanego w jej życiowe dramaty. Wyciągnęła rękę do przyjaciółki i ścisnęła jej dłoń.
- Dziękuję - powiedziała, resztę dopowiadając spojrzeniem. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
Kiedy na scenie pojawiła się Faye, podobnie jak lwia cześć zgromadzonych na sali gości, zwróciła swoje spojrzenie w jej kierunku. Kobieta śpiewała roztaczając swoimi słowami niesamowity urok, którym niektórym pewnie już uderzał do głowy. Dora sama słuchała jak oczarowana, do momentu kiedy wśród gości nie zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Ktoś krzyczał, coś latało i snującą się nad ich głowami piosenka urwała się nagle. Ze swojego miejsca Crawley ciężko było wyłapać co właściwie działo się za stojącymi przed nią ludźmi, mimo ze usilnie próbowała wyciągnąć ku górze szyje czy stanąć na palcach. Usłyszała wzbijający się nad głowami głos Alastora, a potem i zaklęcie rzucone przez Brenne. Co tam u licha, się działo?
Spojrzała nieco zaniepokojona na Fernah, która przesunęła się przed nią, łapiąc odruchowo za różdżkę. Można by było pomyśleć, że życie doświadczyło Menodore wystarczająco by sama posiadała podobne odruchy, jednak wcale tak nie było. Ciężko czuć się zagrożonym we własnym domu i dopiero postawa przyjaciółki zasugerowała jej, ze chyba faktycznie było czego się bać. Ktoś jednak zawołał medyka, a wrzawa, mimo ze nie ucichła, nie przybrała tez na sile i targnęła ludźmi w panice. Powoli więc uniosła dłoń, kładąc ja wreszcie na barku Fernah i ściskając ją delikatnie i dając znać, ze chyba nie było czego się bać.
- Mój boże - wyszeptała początkowo cicho, zaraz odchrząkując i odzyskując pełnię głosu - Mam nadzieje, ze nikomu nic się nie stało... Może... może chcesz przejść do bocznej sali? Albo w ogóle wyjść na zewnątrz? Mam wrażenie... ze zrobiło się jakby duszno...
Uśmiechnęła się też zaraz łagodnie, na dalsze słowa Slughorn. Były one nad wyraz pokrzepiające i Crawley chyba nie spodziewała się, jak bardzo chciała je usłyszeć od kogoś nie bezpośrednio zamieszanego w jej życiowe dramaty. Wyciągnęła rękę do przyjaciółki i ścisnęła jej dłoń.
- Dziękuję - powiedziała, resztę dopowiadając spojrzeniem. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
Kiedy na scenie pojawiła się Faye, podobnie jak lwia cześć zgromadzonych na sali gości, zwróciła swoje spojrzenie w jej kierunku. Kobieta śpiewała roztaczając swoimi słowami niesamowity urok, którym niektórym pewnie już uderzał do głowy. Dora sama słuchała jak oczarowana, do momentu kiedy wśród gości nie zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Ktoś krzyczał, coś latało i snującą się nad ich głowami piosenka urwała się nagle. Ze swojego miejsca Crawley ciężko było wyłapać co właściwie działo się za stojącymi przed nią ludźmi, mimo ze usilnie próbowała wyciągnąć ku górze szyje czy stanąć na palcach. Usłyszała wzbijający się nad głowami głos Alastora, a potem i zaklęcie rzucone przez Brenne. Co tam u licha, się działo?
Spojrzała nieco zaniepokojona na Fernah, która przesunęła się przed nią, łapiąc odruchowo za różdżkę. Można by było pomyśleć, że życie doświadczyło Menodore wystarczająco by sama posiadała podobne odruchy, jednak wcale tak nie było. Ciężko czuć się zagrożonym we własnym domu i dopiero postawa przyjaciółki zasugerowała jej, ze chyba faktycznie było czego się bać. Ktoś jednak zawołał medyka, a wrzawa, mimo ze nie ucichła, nie przybrała tez na sile i targnęła ludźmi w panice. Powoli więc uniosła dłoń, kładąc ja wreszcie na barku Fernah i ściskając ją delikatnie i dając znać, ze chyba nie było czego się bać.
- Mój boże - wyszeptała początkowo cicho, zaraz odchrząkując i odzyskując pełnię głosu - Mam nadzieje, ze nikomu nic się nie stało... Może... może chcesz przejść do bocznej sali? Albo w ogóle wyjść na zewnątrz? Mam wrażenie... ze zrobiło się jakby duszno...
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.