07.02.2024, 09:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2024, 09:56 przez Brenna Longbottom.)
Pozostawała niepomna na te błagania. Ale może i dobrze, bo gdyby zaczął wysyłać jej jakieś znaki, za żadne skarby nie pojęłaby, o co chodzi. Miała drobne sygnały ustalone z rodziną i przyjaciółmi, z Mav umiały sporo sobie przekazać samym spojrzeniem, uściskiem ręki i spojrzeniem, ale wybałuszanie oczu, poruszanie brwiami i tym podobne w wykonaniu Bulstroda zapewne tylko bardzo by ją skonfundowały.
Oczywiście, że się niepokoiła. Już pomijając wrodzoną podejrzliwość - bo panny mogły być charłaczkami albo ostatecznie przyjechać z Francji, mimo braku akcentu - wiedziała, że rano zostanie zamordowana.
To jeszcze nie było najgorsze. Myśl o panice kilku osób (ehem, ehem, Mavelle) za to mocno ją uwierała. Gdyby Patrick dotknął świstoklika i przepadł, a Brenna się o tym dowiedziała, najpierw szukałaby go sama z Mav, a potem postawiła na nogi pół Zakonu. Dobrze, że on był zwykle mniej skory do drastycznych działań niż ona I pewnie nie będzie od razu zakładał najgorszego.
Za to Mavelle...
- Fale? - zapytała, gdy i pomysł Atreusa z sową został odrzucony. Mówiła bez nadziei, a jej twarz przybrała wyraz rezygnacji. Musiała pogodzić się z losem. Wyrok zapadł. Jutro będzie gęsto się tłumaczyć i myśl o tym przede wszystkim zaprzątała umysł Brenny. Przy optymalnym rozwoju wydarzeń, tylko Mav. Przy najbardziej drastycznym, zafundowała paskudną noc rodzinie i sporej części zakonników. Oby jak najpóźniej zorientowali się, że świstoklik nawalił.
Binns, oczywiście, pokręcił głową.
- Nie przedrą się podczas takiej ulewy. Przykro mi.
Westchnęła tylko z rezygnacją i znów pochyliła się, by pogłaskać psa. Przez kolejne parę minut wymieniała drobne uwagi z Mabelą, bardzo skorą do żartów, i odpowiadała na pytania Colette, która przysiadła w pobliżu, podczas gdy Flosie i Luna rozsiadły się po obu stronach Atreusa, zabawiając go rozmową, i zerkając to na niego, to posyłając krzywe spojrzenia sobie nawzajem.
I wciąż padało. Nie zanosiło się, że przestanie. Wciąż nie mogli się teleportować. Utknęli, może nie na wieczność, ale na pewno do rana.
- Pewnie jesteście zmęczeni - stwierdziła w końcu Colette, spoglądając na wielki, zabytkowy zegar ścienny, którego ciche, monotonne uderzenia powoli odmierzały czas. Mała wskazówka minęła już jedenastą. Brenna spojrzała na to z pewnym zdumieniem, bo przyszli tu późno, już po zmroku, a ten zapadał w lipcu koło dwudziestej pierwszej, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, ile czasu minęło. - Pościelę wam na górze. Luno, pomożesz mi?
- Naprawdę, trzeba już się zbierać? - jęknęła Flosie. - Tak rzadko mamy gości!
- Północ to godzina duchów i opadających czarów - stwierdziła Mabela, obejmując ręką szyję gadającego psa. - O północy wszyscy powinni być w łóżkach. Tata tak zawsze mówił, gdy nie chciałam się położyć, prawda?
Pan Binns odchrząknął, trochę chyba zakłopotany metodą, którą najwyraźniej zaganiał do łóżka najmłodszą córkę.
- Nasi goście pewnie są zmęczeni, a po tym jak przemokli, dobrze im zrobi odrobina odpoczynku, Mabelo - wybrnął. - My zresztą też niedługo powinniśmy stąd znikać, późno już
- Dajcie nam pięć minut i przyjdźcie na górę, wszystko naszykuję - powiedziała Colette do Brenny i Atreusa. - Od dawna nie mieliśmy gości, więc muszę poszukać kilku rzeczy.
Brenna uśmiechnęła się do niej i kiwnęła głową, chociaż miała dziwne wrażenie, że raczej tutaj nie zaśnie. Siostry były przemiłe, pan Binns wyglądał absolutnie niegroźnie, w atmosferze dworku nie kryło się nic mrocznego. Nie czuła zapachu czarnej magii, nie wyłapała niczego podejrzanego w rozmowach, gestach ani mimice, nie miała niedobrych przeczuć, że stało się tu coś strasznego, które wynikały czy to z intuicji, czy z talentu widmowidza. A jednak nie umiała tak całkiem wyzbyć się podejrzeń. Mroczne wizje w rodzaju "zakłócili teleportacje tak jak tamten czarnoksiężnik i nocą mordują gości" nie chciały opuścić jej głowy.
– To był bardzo miły wieczór. Może jeszcze kiedyś nas odwiedzisz? To znaczy... może jeszcze kiedyś któreś z was nas odwiedzi. Mieszkającym na tym pustkowiu dziewczyna łatwo zaczyna czuć się samotna – stwierdziła Flosie, na moment kładąc rękę na dłoni Atreusa. I tym razem zyskał pewność. Skórę miała dziwnie chłodną: tak, że nawet on to wyczuwał. Wrażenie było takie, jakby dotknął lodowatej wody, a przecież nosił w sobie zimno Limbo. A może tylko mu się zdawało? Kontakt trwał zaledwie ułamek sekundy, bo dziewczyna zaraz cofnęła rękę, jakby spłoszona własną śmiałością i odwróciła wzrok, choć po ustach błąkał się jej psotny uśmieszek, świadczący o tym, że było w tym geście sporo kalkulacji.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję za schronienie. - Brenna po raz ostatni pogłaskała psa i podniosła się z miejsca. Kiwnęła głową na pożegnanie domownikom, nim ruszyła do drzwi, by postąpić zgodnie z prośbą Colette. - Dobrej nocy.
Oczywiście, że się niepokoiła. Już pomijając wrodzoną podejrzliwość - bo panny mogły być charłaczkami albo ostatecznie przyjechać z Francji, mimo braku akcentu - wiedziała, że rano zostanie zamordowana.
To jeszcze nie było najgorsze. Myśl o panice kilku osób (ehem, ehem, Mavelle) za to mocno ją uwierała. Gdyby Patrick dotknął świstoklika i przepadł, a Brenna się o tym dowiedziała, najpierw szukałaby go sama z Mav, a potem postawiła na nogi pół Zakonu. Dobrze, że on był zwykle mniej skory do drastycznych działań niż ona I pewnie nie będzie od razu zakładał najgorszego.
Za to Mavelle...
- Fale? - zapytała, gdy i pomysł Atreusa z sową został odrzucony. Mówiła bez nadziei, a jej twarz przybrała wyraz rezygnacji. Musiała pogodzić się z losem. Wyrok zapadł. Jutro będzie gęsto się tłumaczyć i myśl o tym przede wszystkim zaprzątała umysł Brenny. Przy optymalnym rozwoju wydarzeń, tylko Mav. Przy najbardziej drastycznym, zafundowała paskudną noc rodzinie i sporej części zakonników. Oby jak najpóźniej zorientowali się, że świstoklik nawalił.
Binns, oczywiście, pokręcił głową.
- Nie przedrą się podczas takiej ulewy. Przykro mi.
Westchnęła tylko z rezygnacją i znów pochyliła się, by pogłaskać psa. Przez kolejne parę minut wymieniała drobne uwagi z Mabelą, bardzo skorą do żartów, i odpowiadała na pytania Colette, która przysiadła w pobliżu, podczas gdy Flosie i Luna rozsiadły się po obu stronach Atreusa, zabawiając go rozmową, i zerkając to na niego, to posyłając krzywe spojrzenia sobie nawzajem.
I wciąż padało. Nie zanosiło się, że przestanie. Wciąż nie mogli się teleportować. Utknęli, może nie na wieczność, ale na pewno do rana.
- Pewnie jesteście zmęczeni - stwierdziła w końcu Colette, spoglądając na wielki, zabytkowy zegar ścienny, którego ciche, monotonne uderzenia powoli odmierzały czas. Mała wskazówka minęła już jedenastą. Brenna spojrzała na to z pewnym zdumieniem, bo przyszli tu późno, już po zmroku, a ten zapadał w lipcu koło dwudziestej pierwszej, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, ile czasu minęło. - Pościelę wam na górze. Luno, pomożesz mi?
- Naprawdę, trzeba już się zbierać? - jęknęła Flosie. - Tak rzadko mamy gości!
- Północ to godzina duchów i opadających czarów - stwierdziła Mabela, obejmując ręką szyję gadającego psa. - O północy wszyscy powinni być w łóżkach. Tata tak zawsze mówił, gdy nie chciałam się położyć, prawda?
Pan Binns odchrząknął, trochę chyba zakłopotany metodą, którą najwyraźniej zaganiał do łóżka najmłodszą córkę.
- Nasi goście pewnie są zmęczeni, a po tym jak przemokli, dobrze im zrobi odrobina odpoczynku, Mabelo - wybrnął. - My zresztą też niedługo powinniśmy stąd znikać, późno już
- Dajcie nam pięć minut i przyjdźcie na górę, wszystko naszykuję - powiedziała Colette do Brenny i Atreusa. - Od dawna nie mieliśmy gości, więc muszę poszukać kilku rzeczy.
Brenna uśmiechnęła się do niej i kiwnęła głową, chociaż miała dziwne wrażenie, że raczej tutaj nie zaśnie. Siostry były przemiłe, pan Binns wyglądał absolutnie niegroźnie, w atmosferze dworku nie kryło się nic mrocznego. Nie czuła zapachu czarnej magii, nie wyłapała niczego podejrzanego w rozmowach, gestach ani mimice, nie miała niedobrych przeczuć, że stało się tu coś strasznego, które wynikały czy to z intuicji, czy z talentu widmowidza. A jednak nie umiała tak całkiem wyzbyć się podejrzeń. Mroczne wizje w rodzaju "zakłócili teleportacje tak jak tamten czarnoksiężnik i nocą mordują gości" nie chciały opuścić jej głowy.
– To był bardzo miły wieczór. Może jeszcze kiedyś nas odwiedzisz? To znaczy... może jeszcze kiedyś któreś z was nas odwiedzi. Mieszkającym na tym pustkowiu dziewczyna łatwo zaczyna czuć się samotna – stwierdziła Flosie, na moment kładąc rękę na dłoni Atreusa. I tym razem zyskał pewność. Skórę miała dziwnie chłodną: tak, że nawet on to wyczuwał. Wrażenie było takie, jakby dotknął lodowatej wody, a przecież nosił w sobie zimno Limbo. A może tylko mu się zdawało? Kontakt trwał zaledwie ułamek sekundy, bo dziewczyna zaraz cofnęła rękę, jakby spłoszona własną śmiałością i odwróciła wzrok, choć po ustach błąkał się jej psotny uśmieszek, świadczący o tym, że było w tym geście sporo kalkulacji.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję za schronienie. - Brenna po raz ostatni pogłaskała psa i podniosła się z miejsca. Kiwnęła głową na pożegnanie domownikom, nim ruszyła do drzwi, by postąpić zgodnie z prośbą Colette. - Dobrej nocy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.