Nie potrafiła z nim rozmawiać, tak jak nie potrafiła ponownie spojrzeć mu w oczy – te wypełnione namacalnym nieomal przejęciem; ten zbity wzrok, którym tchną dzieci, gdy zostaną przyłapane na gorącym uczynku; te słowa, które z jego ust przybierały w jej mniemaniu jedynie bezkresny akwen fałszu. Nie potrafiła zrobić nic, poza zawinięciem się w niewinny kokon zbudowany z pracy i laudanum – opium zawsze stanowiło najdoskonalszą kochankę i sama wpadła w stupor, dlaczego też pomyślała, że na jego miejscu mógł się znaleźć mężczyzna; dlaczego mógł się tam znaleźć Theon: przez większość czasu obecny pod woalką przyjaźni, później przybierając znamiona romansu.
Przecież takich rzeczy się nie robi przyjaciołom.
Gdyby ją kochał; gdyby nawet ją lubił, z pewnością nie wytarłby sobie butów jej oddaniem i zaufaniem. Życie po raz kolejny zaskakiwało ją przewidywalnością i tym, że wróciwszy do rutyny, zapominała zwolna. Nie posiadała nader wielu miłosnych rozterek na kanwie swojego życia, ta jedna jednak doprawiła ją tak solidnie, że zamknęła się w sobie i otoczyła fosą nawet silniej, niż zanim poznała smak jego ust.
A smakował przecież słodko.
Tym bardziej gorzkim rozczarowaniem się okazał. Nie pojmowała, nie mogła zrozumieć i nade wszystko – chciała zapomnieć o tych brutalnych kłamstwach, zawierających jedynie podszycie okruchami szczerości – tak jakby chciał oszukać blask gwiazd, który mościł się wygodnie na nieboskłonie nocą. Tak jakby była dla niego od początku do samego końca niczym; a Lycoris nie płakała, a na pewno nie po mężczyznach – zdradę Traversa skwitowała jedynie ponurym westchnięciem, nim oddała się w arkana pracy.
Bo była pracoholiczką, teraz tym bardziej ekspresywną w swoim zakochaniu w pracy, że uczuć nie musiała dzielić między nią a człowieka. Ludzie okazali się jej zbędni, a jej serce – dotychczas nieznające podrygów – zastygło niczym wosk kapiący na blat, jedynie bladym duchem plamy przypominający, że kiedyś coś było na jego miejscu.
Uniosła spojrzenie rozjuszone sponad mikroskopu.
– Poukładać? – prychnęła zdenerwowana. – Ty masz niepoukładanie w głowie. Jak chcesz układać sprawy między nami? – rzekła jednak doskonale spokojna, pochylając się ponownie nad szkiełkiem.
Gdy tylko jego gęsta obecność zniknęła za drzwiami, pozostawiając ją samą z myślami buńczucznymi, odrzuciła te prędko za ramię wraz z opadającymi na policzek kosmykami włosów.
Skupienie wymagało od niej ogromnych pokładów silnej woli; im bardziej usiłowała go wypędzić ze swojej głowy, on tym silniej wracał, ze zdwojoną warstwą tego wszystkiego co przeżyli razem. Bo Lycoris od robota dzieliło jedynie to, że posiadała wspomnienia i choć nigdy nie była sentymentalna – te teraz ożywały w niej na nowo, sprowadzając smak jego ust na pierwszy plan.
Każdą kawę, którą zastawała na biurku, sukcesywnie wyrzucała do śmietnika.
A gdy pojawił się w jej drzwiach ponownie, tym razem statyczny i twardy – w końcu przez mnogość wcześniejszych dni nie miał odwagi nachodzić jej personalnie – zastał ją ściągającą lateksowe rękawiczki z dłoni, aby wyrzucić je do odpadów; gdy tylko kątem oka dostrzegła jego sylwetkę, odwróciła się ku niemu, opierając o blat biurka.
Uniosła brwi tak wysoko, że to cud, że nie odleciały.
– O czym chcesz rozmawiać? – westchnęła. – Pomyślmy jakie mamy opcje, tak przez moment. Pierwszym tematem jest Stella Pierdolona Avery, do której z niewiadomych przyczyn poczułeś miętę, jak tylko między nami coś zaszło; i wiesz co, nie obchodzi mnie to, bo skoro rzucasz się na kobiety jak jebany neandertalczyk na mięso, to nigdy nie byłeś warty mojej uwagi, ani przez moment – wysyczała, skracając dystans między nimi o solidne dwa kroki. – Czy może chodzi o drugi temat, czyli kwestię tego, że po tym bajecznym ekscesie nie odzywałeś się do mnie przez miesiąc, nie dając znaku życia. Nikt mnie tak parszywie nie potraktował, nigdy.
– Wyjdź stąd, albo nie ręczę za siebie – skwitowała, obracając się ku niemu tyłem.