Ciepłota rozlewająca się po jej ciele świadczyła wyłącznie o tym mikroskopijnym przywiązaniu, które urastało do wagi mikrokosmosu pamięci i wieczystości, w której zamknęli się w niewinnej bańce. Teraz istnieli tylko we dwoje, jak te sputniki przecinające swoje orbity, aby niebawem zderzyć się w gorliwym uścisku, rozbić się w pył i w tym miękkim, migotliwym piasku rozpościerać się na rozciągłość całego wszechświata. Może gdyby byli sobie odrobinę dalsi; odrobinę mniej dociśnięci do siebie na przestrzeni tych całych burzliwych lat młodości; trochę mniej znani sobie jak dno własnej kieszeni – może wówczas zbliżenia nie byłyby tak naturalną koleją rzeczy. I chociaż nigdy nie myślała o nim w tych kategoriach – nagle zaczęła dostrzegać niedostrzegalne.
Na przykład to, że ładnie się uśmiechał. I że jego włosy były w urokliwy sposób zmierzwione jak cała jej osobowość.
– Tak, nigdy się do tego nie przyznasz, ale rozpłakałeś się wtedy jak dziewczynka. A ja tylko chciałam cię zaczepić – rzuciła, a jej wargi rozlały się w mętnym, odrobinę nostalgicznym uśmiechu; stanowiło to nader dużo jak na Lycoris, która urokliwych grymasów nie przybierała z czystej zasady nigdy.
Coś w jej wnętrzu zabiło odrobinę za mocno; coś rozłożyło motyle skrzydła i wyfrunęło do krtani, gdzie ugrzęzły słowa niewypowiadalne, ckliwe i świadczące o tych rysach wrażliwości na jej osobowości, do których nigdy by się nie przyznała. Prawdopodobnie to to uleciało z warg z głębszym oddechem, który wzięła, odwracając od niego wzrok. Czynił jej ciepło, miałko i miękko – jakby przybierała figurę odrobinę miększej Afrodyty, aniżeli kutej w marmurze, bezwzględnej Ateny.
Bo nikt jej nie powiedział, nie szepnął na temat przyszłości; że będzie tutaj, gdzie ugrzęźnie pełna emocji sprzecznych i wyjątkowych w swojej krasie.
– Liczę na twoją inwencję. Pamiętasz jak tańczyliśmy pijani na nagrobku? – zabrzmiała retoryką; było to wszak wspomnienie niezmywalne z połaci wiążącej ich relacji. – Wtedy się potknęłam na kostce brukowej. I popatrzyłeś na mnie tym wzrokiem, którym patrzysz na mnie teraz.
Chwyciła nóżkę kieliszka i upiła jeden łyk wina, krzywiąc się brzydko.
– Przypomnij, co my tu robimy? Napiłabym się czegoś parszywego; nie jak ten alkohol, coś, co bardziej sponiewiera. Czy my udajemy ludzi poważnych? – zabrzmiała pytaniem, parskając śmiechem tak obłędnie szczerym i urokliwym, że przez moment nie wyglądała jak Lycoris.