07.02.2024, 18:02 ✶
Na południu Europy lato było piekące i duszne – sklepienie nieba już przed południem przeobrażało się w taflę błyszczącego mosiądzu. Nocą w powietrzu szemrały odgłosy cykad, jakby owady zszywały ciszę i choć te melodie wybrzmiewały również w Londynie, tutaj grane były jakby inaczej.
Villa Verdi leżała nad samym morzem i sprawiała wrażenie, jakby właśnie z tego miejsca rozszerzał się horyzont, popołudniowe odcienie błękitu wypływające spomiędzy drewnianych krzeseł, okruchy piachu pomiędzy fugami chodnika, oblicze zachodzącego słońca odbite w na wklęsłym dnie srebrnej łyżki. Odchylała głowę do tyłu, próbując objąć wzrokiem przepastną szerokość wybrzeża – woda ścieliła się tego dnia jak najdroższa tkanina, miękkimi marszczeniami, pozornie łagodnie, ciszej niż zwykle, w oddali morze miało jednak barwę atramentu, a ona wyobrażała sobie, że nurt musiał być gwałtowny i silny, porywający ciała prosto w otchłań ciemnego abysalu.
Nigdy nie ufała morzu – sztorm pod jej powiekami był zbyt wyraźny, dno zbyt odległe, ciało pozbawione sposobu, by ugruntować się w ziemi; jej serce miało kształt kotwicy i tonęło w piersi jak kamień – wątpiła, że było dość ładne i cenne, by wyłowić je spomiędzy fal, a mimo to patrzyła na nie z ugruntowaną we wnętrzu fascynacją.
Późne popołudnie nabierało modrych odcieni i gdy zapraszano ją z walizką do środka, myślała tylko o ciasnym kołtunie nerwów splatających jej żołądek – wiedziała bowiem, co dzisiejszego wieczoru ma mieć miejsce i tak jak przed każdym innym towarzyskim zebraniem, stresowała się. Żałowała, iż Garrick przybyć miał dopiero następnego dnia i że nie miał kto nad nią sprawować butelkowej pieczy, bo przecież kto jak nie ojciec powie ci, że dość, wystarczy, może czas przejść na drinka wody z cytryną? Nikt!
Rozpoznawała muzykę odbijającą się echem od starych ścian willi. Melodia była jej znana, Włosi często ją puszczali, jakby z narodowego obowiązku. Usłyszała z oddali jak nuty układają się w przestrzeni i trącają wszystkie struny sentymentów jej pamięci. Uśmiechnęła się pod nosem; stawiała lekko taneczne kroki, w rytm muzyki układała trochę nieskładnie dłonie i płynęła. Jakże podobał jej się ten chwilowy brak uwięzi, brak lin, które mocowała każdego dnia by przetrwać w świecie pełnym uprzedzeń. Tylko skąd to niejasne przeczucie, że popełni dzisiaj jakiś błąd, zrobi coś głupiego?.
?!
Rąbnęła nieopatrznie walizką w ścianę na widok rozklejonego ludzika na marmurowym korytarzu.
– M-morpheus?
Villa Verdi leżała nad samym morzem i sprawiała wrażenie, jakby właśnie z tego miejsca rozszerzał się horyzont, popołudniowe odcienie błękitu wypływające spomiędzy drewnianych krzeseł, okruchy piachu pomiędzy fugami chodnika, oblicze zachodzącego słońca odbite w na wklęsłym dnie srebrnej łyżki. Odchylała głowę do tyłu, próbując objąć wzrokiem przepastną szerokość wybrzeża – woda ścieliła się tego dnia jak najdroższa tkanina, miękkimi marszczeniami, pozornie łagodnie, ciszej niż zwykle, w oddali morze miało jednak barwę atramentu, a ona wyobrażała sobie, że nurt musiał być gwałtowny i silny, porywający ciała prosto w otchłań ciemnego abysalu.
Nigdy nie ufała morzu – sztorm pod jej powiekami był zbyt wyraźny, dno zbyt odległe, ciało pozbawione sposobu, by ugruntować się w ziemi; jej serce miało kształt kotwicy i tonęło w piersi jak kamień – wątpiła, że było dość ładne i cenne, by wyłowić je spomiędzy fal, a mimo to patrzyła na nie z ugruntowaną we wnętrzu fascynacją.
Późne popołudnie nabierało modrych odcieni i gdy zapraszano ją z walizką do środka, myślała tylko o ciasnym kołtunie nerwów splatających jej żołądek – wiedziała bowiem, co dzisiejszego wieczoru ma mieć miejsce i tak jak przed każdym innym towarzyskim zebraniem, stresowała się. Żałowała, iż Garrick przybyć miał dopiero następnego dnia i że nie miał kto nad nią sprawować butelkowej pieczy, bo przecież kto jak nie ojciec powie ci, że dość, wystarczy, może czas przejść na drinka wody z cytryną? Nikt!
Rozpoznawała muzykę odbijającą się echem od starych ścian willi. Melodia była jej znana, Włosi często ją puszczali, jakby z narodowego obowiązku. Usłyszała z oddali jak nuty układają się w przestrzeni i trącają wszystkie struny sentymentów jej pamięci. Uśmiechnęła się pod nosem; stawiała lekko taneczne kroki, w rytm muzyki układała trochę nieskładnie dłonie i płynęła. Jakże podobał jej się ten chwilowy brak uwięzi, brak lin, które mocowała każdego dnia by przetrwać w świecie pełnym uprzedzeń. Tylko skąd to niejasne przeczucie, że popełni dzisiaj jakiś błąd, zrobi coś głupiego?.
?!
Rąbnęła nieopatrznie walizką w ścianę na widok rozklejonego ludzika na marmurowym korytarzu.
– M-morpheus?