08.02.2024, 11:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2024, 14:47 przez Samuel McGonagall.)
Tak naprawdę chciał zabrać ją dalej, głębiej, bliżej swojego domu, bliżej kniei. Chciał zmienić się w niedźwiedzia i porwać ją jak brankę, daleko, na piękną polanę wypełnioną świetlikami i starożytną magią. Chciał być, chociaż na tę jedną noc jej magicznym księciem, którego ujrzenie w świetle księżyca nie przekreśli uczuć, nie sprawi, że klątwa rozdzieli kochanków na zawsze.
Książka z baśniami, które kupiła mu w zeszłym roku na jarmarku, wciąż była ukryta przed rodzicami i robiła mu bardzo dziwne rzeczy w głowę. Jako że matka do snu od maleńkości czytała mu atlas botaniczny, a jego wyliczanki opiewały liczne zabawne nazwy kozich chorób, stojący u progu dorosłości umysł chłonął jak gąbka wielkie romanse i narracje tak obce w stosunku do praktycznego podejścia jego rodziców.
Bo czyż to nie było piękne, że pocałunek prawdziwej miłości łamie wszelkie klątwy? W swojej naiwności, w burzy hormonów, poszumie krwi zdał sobie sprawę, że zaczął marzyć. Kto wie... może pocałunek złamałby i jego przekleństwo?
Serce zaczęło mu walić jak oszalałe, błękitne, lśniące oczy ześlizgiwały się po twarzy towarzyszki, wciąż w oszołomieniu zatrzymując się na pełnych, słodkich, uśmiechniętych wargach. Przyspieszony puls łomotał mu w uszach zagłuszając jej słowa, ale chyba... chyba była szczęśliwa jak on teraz.
To było niebezpieczne. Czuł swąd magii, wyczuwał iskry kłębiącej się pod skorupą ziemi roślinnością. W każdej chwili mógł znów stać się zagrożeniem dla siebie, a co gorsza - dla niej.
Szlag
Wysunął dłoń z jej dłoni i wymusił zawadiacki uśmiech.
– Kto ostatni w wodzie ten zaschła mandragora! – krzyknął zrzucając bogato wyszywany kaftan kupiony specjalnie na okoliczność jej urodzin. Zaraz potem przez głowę ściągnął koszulkę biegnąć w kierunku wody. Woda mu pomoże, chłodna, rześka... woda sprawi, że będą bezpieczni...
Książka z baśniami, które kupiła mu w zeszłym roku na jarmarku, wciąż była ukryta przed rodzicami i robiła mu bardzo dziwne rzeczy w głowę. Jako że matka do snu od maleńkości czytała mu atlas botaniczny, a jego wyliczanki opiewały liczne zabawne nazwy kozich chorób, stojący u progu dorosłości umysł chłonął jak gąbka wielkie romanse i narracje tak obce w stosunku do praktycznego podejścia jego rodziców.
Bo czyż to nie było piękne, że pocałunek prawdziwej miłości łamie wszelkie klątwy? W swojej naiwności, w burzy hormonów, poszumie krwi zdał sobie sprawę, że zaczął marzyć. Kto wie... może pocałunek złamałby i jego przekleństwo?
Serce zaczęło mu walić jak oszalałe, błękitne, lśniące oczy ześlizgiwały się po twarzy towarzyszki, wciąż w oszołomieniu zatrzymując się na pełnych, słodkich, uśmiechniętych wargach. Przyspieszony puls łomotał mu w uszach zagłuszając jej słowa, ale chyba... chyba była szczęśliwa jak on teraz.
To było niebezpieczne. Czuł swąd magii, wyczuwał iskry kłębiącej się pod skorupą ziemi roślinnością. W każdej chwili mógł znów stać się zagrożeniem dla siebie, a co gorsza - dla niej.
Szlag
Wysunął dłoń z jej dłoni i wymusił zawadiacki uśmiech.
– Kto ostatni w wodzie ten zaschła mandragora! – krzyknął zrzucając bogato wyszywany kaftan kupiony specjalnie na okoliczność jej urodzin. Zaraz potem przez głowę ściągnął koszulkę biegnąć w kierunku wody. Woda mu pomoże, chłodna, rześka... woda sprawi, że będą bezpieczni...